wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 17

Witajcie!
OGŁOSZENIA PARAFIALNE :)
Nie mogę uwierzyć, że piszę ten dziwny wstęp już po raz 17. Dziękuję, że zechcieliście czytać tę historię. Bez Waszego wsparcia i zaangażowania nie byłoby "Really Don't Like You", więc jeszcze raz ogroooooomniaste dziękuję.
Jak pewnie zauważyliście z boku pojawiła się ankieta. Czy mogę Was prosić o kliknięcie właściwej odpowiedzi? Zajmie to raptem 3 sekundy, a mi pozwoli się rozeznać, ilu mniej więcej czytelników posiadam.
Mam jeszcze jedną sprawę. Otóż sporo z Was zadaje mi pytania na Twitterze - odnośnie bloga jak i nawet samej mnie (haha, to dziwne, ale miłe), więc wpadłam na pewien pomysł. Jeśli jest jakieś pytanie, które Was nurtuje i na które być może będę mogła Wam odpowiedzieć, zostawcie je na dole tego rozdziału, a przed kolejnym postaram się szczegółowo i rzetelnie rozwinąć w każdej sprawie. :)
Być może część numer 18 pojawi się za jakiś tydzień. Ferie w toku, więc chciałabym nadrobić straty, kiedy nie mogłam czegoś dla Was dopracować lub dodać rozdziału w jakimś ludzkim odstępie czasu, za co i tak nigdy nie będę w stanie wystarczająco przeprosić.
Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie mego biadolenia. Zostawiam Was z Leightonem  i Harrym.
Buziaki!

_________________________


Pomimo dość późnej zimy pogoda była na tyle idealna, by okno w samochodzie mogło zostać uchylone. Wprawdzie do środa przedzierał się dość nieprzyjemny hałas, jednak Harry potrzebował chwili odstresowania, a nic nie działało bardziej kojąco niż odrobina świeżego powietrza.
- Nie po to załatwiliśmy ci wypis, żebyś teraz dostawał grypy i wracał na oddział – zauważył Leighton, który wyjątkowo manewrował kierownicą niewielkiego sedana Harry’ego.
Ignorując go, Styles jeszcze bardziej zbliżył się do okna, opierając policzek o plastikowe wnętrze auta. Przymknął oczy i skulił się na siedzeniu pasażera, starając się poukładać w głowie natłok spraw, jakie spadły na niego w ostatnim czasie.
Nie wiedział, co nękało go najbardziej.
Liam, jedna z najbardziej zaufanych mu osób, tak bezkarnie go skrzywdziła. Przypomniał sobie minione dni, kiedy spotkali się razem w klubie, rozważał każdy najmniejszy moment i w żadnej z tych błogich chwil nie uchwycił w zachowaniu Payne’a ani krzty skruchy czy jakiegokolwiek dyskomfortu. Co jeśli Judith nie odważyłaby się mówić? Czy w ogóle dowiedziałby się prawdy? Wątpił w to z każdą mijaną minutą, która dzieliła go od wyjaśnienia wszystkiego twarzą w twarz.
Harry przełknął głośno. Dostał gęsiej skórki – trochę z zimna, a trochę z nadmiaru sprzecznych emocji. Liam jest jego najlepszym przyjacielem, a przynajmniej był nim, póki nie zrobił sobie dziecka z jego żoną. Nie na długo, ale w końcu nadal pozostawali małżeństwem. Temat rozwodu ciągle nie ruszył naprzód, ale sumując ogrom innych trudności, stwierdził, że można to odrobinę odwlec w czasie.
Poza tym kwestia Leo pozostawała równie niepokojąca. Syn Harry’ego rozsypywał się na jego oczach. Może i wyolbrzymiał, ale znał go zbyt dobrze, by widzieć, co się święci. Choć Leo był cholernie inteligentnym maluchem, udźwignięcie takiej sprawy wymagało od niego większej wiedzy, której nie jest w stanie nabyć, mając niespełna sześć lat. Harry obiecał sobie, że kiedy wróci, postara się zabrać chłopca do siebie i wyjaśnić  mu zasady, jakimi będzie kierowało się ich nowe życie.
Był jeszcze Leighton. To, co działo się między nimi nabierało rozkwitu. I choć żaden nie powiedział tego na głos, coś dziwnego czaiło się za rogiem, by wyskoczyć w najmniej odpowiednim momencie. Harry sam do końca nie wiedział, co o tym myśleć. 
Westchnął głośno, klikając przycisk zamykający okno. Pomimo blokujących go pasów obrócił się w stronę swego towarzysza, uważnie wpatrującego się w drogę.
- Wymyśliłeś już jak uratować świat przed zagładą, Batmanie? – zażartował Leighton, starając się zetrzeć uśmiech z twarzy. – Kiedy nad czymś dumasz, masz minę naburmuszonego dziecka. Tak gdyby cię to interesowało – dodał, zmieniając pas ruchu. Zbliżali się do końca autostrady, będąc dość blisko londyńskich peryferii.
- Właściwie to wymyśliłem, gdzie przenocujemy. Tak gdyby cię to interesowało – puścił mu oczko, choć prawdą jest, że wpadł na to spontanicznie, w chwili mówienia.
- Odwiozę cię do Zayna albo tego tam – zmarszczył brwi. – Nila? – uśmiechnął się przepraszająco. – Mniejsza. Po prostu odstawię cię w jednym kawałku.
- Aż tak działam ci na nerwy?
- Nie, nie o to chodzi – zdecydowanie pokręcił głową. – Po prostu… Po prostu nie znoszę się narzucać.
- To coś nas łączy – uśmiechnął się Harry. – Dlatego nie będziemy nikomu przeszkadzać.
Leighton spojrzał na niego spode łba.
- Przeraża mnie, co mógł pan wykombinować, panie Styles.
- Dowie się pan w swoim czasie, panie Pevense.
Zachichotał pod nosem, przejeżdżając palcami po tatuażach na odsłoniętych ramionach chłopaka. Poczuł dziś nagły przypływ odwagi. Ten prosty gest chciał wykonać od bardzo dawna, lecz dopiero teraz, w ciasnym samochodzie, doszedł do wniosku, że musi przełamać lody, by przekonać się o tym, co kiełkowało w zakamarkach jego umysłu.
- Skąd je masz? To znaczy… - zająknął się, opuszkami palców kreśląc drogę od niewielkiej czaszki do tajemniczego napisu, chyba po łacinie. – Opowiadałeś mi o sobie, a tatuaże są dość drogie – zauważył, spuszczając wzrok na swoje blizny.
- Znam taką jedną, co zna się na swoim fachu – wzruszył ramionami. – Zaprzyjaźniliśmy się, a w wolnym czasie pozwalałem jej mnie trochę pokolorować – uśmiechnął się. – Wiem, to niezbyt rozsądne posunięcie z mojej strony. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że każdy coś dla mnie znaczy. W większym lub mniejszym stopniu.
- Ten jest moim ulubionym - Harry wskazał na pnącze latorośli oplatające litery porozrzucane wokół łokcia. Po głębszym wpatrywaniu się, można było odczytać z nich słowo „wygrałem”, co jeszcze bardziej mu się podobało. Był dość niewielki w porównaniu z resztą, tym bardziej ukazując precyzyjność dziewczyny, która tatuowała Leightona.
- Nie oceniaj dnia przed zachodem słońca – skwitował, malując na ustach Harry’ego szeroki uśmiech.
- Masz ich jeszcze więcej?
- Nie tyle, ile widać, ale znajdą się ukryte skarby.
Widząc zbliżające się znajome budynki, Harry wyprostował się na swoim miejscu. Opuścił nogi i zmierzwił włosy.
- Kiedyś ci pokażę – powiedział Leighton, skręcając w uliczkę, w którą nakierował go Harry.
- Jedź do końca – odchrząknął głośno, starając się ukryć swoje lekkie zażenowanie. Zawsze zazdrościł Leightonowi tej bezpośredniości, której sam w sobie nigdy nie odnalazł.
- Gdzie właściwie jesteśmy? – chłopak zmarszczył nos. – Nigdy tu nie przebywałem.
- Dość zapomniana dzielnica. Ale bardzo przytulna.
- Jest piękna – rzucił, rozglądając się na boki.
Wszystkie budynki, mieszkalne jak i zabudowę publiczną, utrzymano w tym samym stylu. Dominowała kawowa cegła i szare dachówki, nadając ogółowi jednolitego uroku na wzór starej, walijskiej wsi.
- Tutaj w lewo – Harry pozbył się swoich pasów. – Zatrzymaj się przy tym barze.
Zgodnie z poleceniem Leighton wbił się w wolne miejsce parkingowe z boku głównej drogi. Stanęli pod szyldem restauracji „Kardamon”.
- Czy będę bardzo niemiły, jeśli poproszę cię, byś poczekał na mnie jakieś dziesięć minut?
Leighton zagryzł wargę, uważnie przyglądając się Harry’emu, który powrócił do niedawnego nastroju zestresowania.
- Chcesz mi powiedzieć, o co chodzi?
- Muszę coś załatwić. Nie chcę być tutaj zbyt długo, dlatego… Cholera – przeklął pod nosem. Skoro język plątał mu się przed Leightonem, to co powie Liamowi?
- Harry – Leighton uspokajająco pogładził go po ramieniu. – Zróbmy tak – drugą ręką podniósł podbródek Harry’ego, tym samym zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy. – O nic nie pytałem, nic nie muszę wiedzieć. Wejdziesz tam i po prostu załatwisz to, co musisz. Okej? – Harry przytaknął ledwie dostrzegalnie. - A ja w międzyczasie kupię nam coś dobrego w sklepie naprzeciwko i będę na ciebie czekał, kiedy już stamtąd wyjdziesz – uśmiechnął się. - Z paczką chusteczek i słoikiem Nutelli – dodał pokrzepiająco.
Harry zachichotał, nieco się opanowując.
- Wystarczy mi opakowanie skittlesów.
- Wedle życzenia – Leighton uśmiechnął się, otwierając drzwi po swojej stronie.
Harry podążył jego śladem. Na miękkich nogach stanął przed drzwiami do kafejki.
- Jakby co, wystarczy słowo, Harry – powiedział Leighton, opierając się o maskę samochodu. W swojej skórzanej kurtce narzuconej niedbale na biały T-shirt przyprawiał Harry’ego o małą palpitację serca.
Nie wiedział, po co mu Leighton, ale świadomość, że będzie tutaj cały czas, dodawała mu otuchy. Obrócił się niepewnie i śmiałym krokiem przestąpił próg „Kardamonu”.
Zapach świeżo parzonej kawy i słodkich ciastek uświadomił mu, że nic dziś nie zjadł. Nie był w stanie. Choć jego zestresowanie wydawało się irracjonalne, sam nie mógł nic na to poradzić. Bał się. Tak mocno bał się skutków dzisiejszej rozmowy. W głębi duszy wciąż żywił nadzieję, że Judith go okłamała. Zadrwiła z niego i z Liama, pragnąc zemsty za to, że poważnie myśli o zostawieniu jej z tym samej. Ale czy byłaby aż tak naiwna?
- Harry – znajomy głos pokierował go w stronę dziewczyny siedzącej z laptopem przy dalekim stoliku. – Dawno się nie widzieliśmy.
Brunetka wstała i wyciągnęła dłoń w jego stronę. Harry przyjął ją, nieco zaskoczony.
- Spodziewałem się…
- Liama. Wiem – uśmiechnęła się. – Nie martw się. To po prostu moja restauracja.
- Oh – cichy dźwięk wyrwał się z ust Harry’ego. To by wyjaśniało, dlaczego Liam chciał się tu spotkać.
- Miło mi cię widzieć, naprawdę. Napijesz się czegoś?
- Nie, nie dziękuję – zaprzeczył energicznie. - Chciałem tylko porozmawiać z Liamem. Nie miej mi za złe, ale na osobności.
- Nie będę wam przeszkadzać, spokojnie – machnęła ręką, zsuwając swoje okulary. – Powiem mu, że jesteś.
Kiedy Jesy zniknęła za drzwiami zaplecza, Harry poczuł się jeszcze gorzej. Słyszał, że ona i Liam mają się ku sobie, jednak nie wiedział, że sytuacja jest aż tak poważna. Od jakiegoś czasu związki Liama opierały się na kilku wspólnych nocach z jakąś panienką, a teraz? Payne najwyraźniej się zakochał.
- Harry – Liam z uśmiechem na twarzy wyszedł mu naprzeciw. – Wyglądasz nie za ciekawie – skwitował, biorąc go w mocny uścisk. – Siadaj – wskazał na stolik obok tego, z którego Jesy właśnie sprzątała swojego laptopa. – Miło, że przyjechałeś. To musiała być ważna sprawa, jeśli fatygowałeś się tyle kilometrów.
- Możesz przestać?
To chyba dobry dzień dla odwagi Harry’ego. Ujawniała się dziś w najbardziej potrzebnych momentach. Liam zamilkł. Spojrzał na swoje splecione dłonie. Chłopak niezaprzeczalnie miał coś na sumieniu. Wesołe biadolenie, uśmieszki i opuszczanie wzroku – tak zachowywał się zestresowany Liam za czasów One Direction. Ta rzecz najwyraźniej nie uległa zmianie.
- Na pewno domyślasz się, o co mi chodzi – rzucił Harry, siląc się na spojrzenie mu w oczy. Wyczytał z nich tylko trochę strachu i… Przygnębienia?
- Nie za bardzo.
- Oh, Liam, proszę cię – syknął głośno. Był pełen podziwu dla samego siebie. Zestresowany chłopaczek odpłynął na dobre, na jego miejsce zsyłając kompletnie wkurzonego faceta. – Nie rżnij głupa – pokręcił głową. – Jak mogłeś, Liam?
- Harry, to nie…
- Powiedziałeś już Jesy, że zrobiłeś dzieciaka mojej żonie, czy będzie zdziwiona, gdy spotkamy się na wspólną herbatkę?
- Harry – Liam był wyraźnie zdziwiony zachowaniem Harry’ego. Jeszcze nigdy nie widział, by był tak pełen nienawiści i jadu. – Daj mi wyjaśnić.
- Nie wiem, czy chcę tego słuchać, Liam – wzruszył ramionami. – Ale muszę – zlustrował go od stóp do głów. – Miejmy to z głowy.
Liam westchnął głośno.
- Miałem trasę koncertową – zaczął. – Po show w Nottingham, urządziliśmy sobie after party. Judith miała tam akurat imprezę ze swoją redakcją, świętowali nową współpracę.
- A myślałem, że tylko w serialach żony wyjeżdżają na delegację, by zdradzać mężów w obskurnych, klubowych kiblach – prychnął Harry.
- Byłem nawalony w trzy dupy. Harry, błagam cię – Styles wyrwał rękę z uścisku Liama.
- Nie – pokręcił głową. – Zawsze miałeś dość mocny łeb. Wykorzystałeś to, że Judith wręcz przeciwnie.
- Zapewniam cię, że na trzeźwo nigdy by do tego nie doszło, Harry.
- Ale mnie nie obchodzi, co by było gdyby! – uniósł głos. – Obchodzi mnie to, że spieprzyłeś wszystko, Liam! – syknął z pogardą. – Spieprzyłeś życie mojemu synowi. I pewnie tak samo urządzisz swoje pierworodne dziecko z moją pieprzoną żoną!
Jesy stojąca nieopodal chyba usłyszała o kilka słów za dużo. Z przerażeniem wpatrywała się to w Liama, to w Harry’ego, nie do końca wiedząc, jak powinna postąpić.
- No co? – Harry rozłożył ręce. – Zamurowało, bo ktoś powiedział ci prawdę? – mało brakowało, a splunąłby mu w twarz. – Gardzę tobą, Liam. Gardzę osobą, jaką stałeś się przez ostatnie lata. Nie masz nawet jaj, by przyznać się do tego, co zrobiłeś. Dowiedziałbym się, gdyby Judith nic mi nie powiedziała?! Nie zasłużyłem nawet na gram szczerości?!
- Nie chciałem cię łamać, Harry.
- Oh, więc to dla mojego dobra, tak? – teatralnie wywrócił oczami. – W końcu nikt nie chce niszczyć małego, biednego Harry’ego, który o mało nie popełnił samobójstwa po śmierci swojego przyjaciela z zespołu – pokręcił głową z dezaprobatą. – Oczywiście…
- Zarzucasz mi tyle złego, a kto pieprzył Louisa, nie mając na uwadze Elea…
Słowa Liama zostały brutalnie przerwane przez pięść Harry’ego, która z ogromnym łoskotem spoczęła na jego żuchwie.
- Harry! – Jesy podbiegła do Liama, razem z inną kelnerką próbując odpędzić Harry’ego, który nie przestawał okładać go ciosami.
Liam jednak był znacznie silniejszy. Nie chciał tego robić, jednak w geście samoobrony zdecydował, że musi uderzyć Harry’ego. Kiedy jednak celował w chłopaka, nagle ręce Stylesa zostały odepchnięte, a jego zamach zamortyzowała czyjaś dłoń, która w jednej sekundzie przygwoździła go do pobliskiej ściany.
- A niech mnie… - szepnął Liam, oddychając ciężko. Klon Louisa Tomlinsona pociągnął go za koszulkę, delikatnie unosząc nad ziemią. Nie do końca wiedział, jak do tego doszło. Brunet był znacznie niższy od niego.
- Ani się waż – zaakcentował każde słowo, z wrogością patrząc mu prosto w oczy. Po chwili puścił go i odsunął się, wycofując się w stronę oniemiałego Stylesa. – Harry? Idziemy – pociągnął go za rękaw. – Harry.
Powoli odwrócili się i skierowali do wyjścia. Harry wciąż asekurowany przez Leightona, na wypadek gdyby nie dość było mu bijatyki.
- Harry, przepraszam – krzyknął Liam, ścierając strużkę krwi ze swojej brody.
Styles spojrzał na niego przez ramię. Pobocznie zaobserwował pobojowisko, które wyrządzili. W akcie adrenaliny przewrócili stolik, wywracając wszystko, co się na nim znajdowało. Pozostali klienci skostnieli w miejscu, niektórzy z widelczykiem przy lekko uchylonych ustach – każdy z zapartym tchem obserwował to, co działo się w odległym kącie kawiarni.
- Dla mnie nie istniejesz, Liam – rzucił cierpko, opuszczając restaurację.
Liam i Leighton nawiązali jeszcze krótki kontakt wzrokowy, nim i Pevense powoli podążył śladem Harry’ego.

*

- Szefie?
- Czego? – Jackson oderwał wzrok od przeglądanych właśnie dokumentów.
- Dziewczyna się sapie – rzucił jeden z ochroniarzy, pokazując w stronę piwnicy.
Morrison z uśmiechem na twarzy minął mężczyznę, zardzewiałymi schodami kierując się w dół, do starej i zapleśniałej przechowalni. Już tutaj słyszał krzyki wściekłej Camilli.
- Słoneczko, zaraz mi uszy odpadną – zachichotał.
- Nie nazywaj mnie tak – syknęła szatynka, podnosząc się, choć obwiązana dość ciasnym węzłem nie miała dużego pola manewru.
- Nie chcę robić z naszej relacji jakiegoś durnego filmu science-fiction, zaufaj mi – usiadł na pobliskim krześle, gładząc jej policzek. Dziewczyna splunęła mu na dłoń, odsuwając się w najdalszy zakamarek pokoju. – To nie było mądre posunięcie – pstryknął palcami, wstając i udając się do wyjścia. Dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn ruszyło w jej kierunku.
- Dlaczego mi to robisz?! – wrzasnęła. – Sprzedałam ci Leightona, czego jeszcze ode mnie oczekujesz?!
- O nie, skarbie! Powiedziałaś tylko, gdzie znajdę Leightona, ale inną sprawą jest to, że tego dupka wcale nie było w twoim mieszkaniu! – uniósł się.
- Ale jak to? – szepnęła zdziwiona.
- Może zapytasz samą siebie, zanim panowie dadzą ci małą karę – uśmiechnął się złowrogo. – Spytam jeszcze raz – dokąd poszedł Leighton?
- Naprawdę nie wiem!
- A chciałem ci pomóc – westchnął, z udawaną troską. – Zajmijcie się nią – powiedział do pozostałych mężczyzn.
- Ostatnio kręci się z Harrym Stylesem! – krzyknęła, zanim ciągnąc i szarpiąc, zaciągnięto ją do pokoju obok.
Głośny krzyk rozległ się w pomieszczeniu, echem odbijając się od gołych ścian pełnych zacieków.
- Harry Styles? – Jackson potarł skroń, przywołując kolejnego ze swoich pracowników. – Sprawdź mi kogoś. Była gwiazdka popu, Harry Styles. Czytaj brukowce, śledź pudelka, przejrzyj Twittera, nie wiem! Chcę wiedzieć, gdzie jest Harry Styles, jasne?

sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 16

Witajcie :)
Nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Przyznam szczerze, że napisałam go, ponieważ czułam, że jestem wam coś winna. Dawno nic się nie pojawiało. 
Drugiego lutego zaczynam ferie, więc postaram się dodać w ich czasie dwa rozdziały. Mam nadzieję, że mi się uda. Może zdopingujecie mnie komentarzami? Uwielbiam je czytać, naprawdę! :) 
Dziękuję, że wciąż jesteście i rośniecie w siłę. Naprawdę miło mi pisać z myślą, że nawet, gdy coś nie pójdzie, wspieracie mnie i nie uciekacie. Dziękuję za wasz czas i za każde miłe słowo, jakie kiedykolwiek mi zostawiliście. Uwielbiam Was! :)
Do napisania!

złota myśl, naprawdę :)

_____________________________________________


Harry rozejrzał się po białych ścianach pomieszczenia. Słabo pamiętał, dlaczego tu jest, jednak czuł, że wszystko z nim w porządku i powinni przestać robić mu te wszystkie idiotyczne badania.
- Auu – syknął cicho, kiedy pielęgniarka lekko uszczypnęła go strzykawką. Widząc jej pełne dezaprobaty spojrzenie, zamilkł, próbując ułożyć w głowie wszystkie najświeższe informacje.
- Gotowe – rzuciła kobieta, przyciskając kawałek materiału do zgięcia w łokciu Harry’ego. – Niech się pan przez chwilę nie rusza i przytrzyma wacik. Wyniki powinny być jutro z samego rana.
- Jutro? – jęknął głośno, grzebiąc w kieszeniach leżącego obok płaszcza. – Gdzie mój telefon?  
- Spokojnie. Wszystkie pańskie rzeczy są w przechowalni, proszę się o nic nie martwić.
- Muszę pilnie zadzwonić – złapał błękitne spojrzenie pielęgniarki. – To dla mnie bardzo ważne.
Brunetka pokręciła głową, kierując się do wyjścia.
- Życzy pan sobie krótkich odwiedzin? Oczywiście pojedynczo.
- Słucham? – zmarszczył brwi, w skupieniu obserwując wszelakie przyrządy zajmujące miejsca na półkach wokół niego. Obudził się kilkanaście minut temu, jednak dopiero teraz zrozumiał, że najwyraźniej zatrzymali go w tym śmiesznym pokoju na izbie przyjęć, który póki co znał tylko z naiwnych seriali.
- Dwie kobiety, starsza i młoda, jakieś urocze dziecko i mężczyzna około czterdziestki. Ma pan niezłe wsparcie – uśmiechnęła się serdecznie.
Harry westchnął, odkładając mokry wacik na prowizoryczną kozetkę.
- Chcę się zobaczyć z moim lekarzem prowadzącym. Żądam natychmiastowego wypisu na własną rękę.
- Ależ panie Styles, proszę to…
- Wszystko przemyślałem. Chcę natychmiast stąd wyjść. Nie mam czasu na jakieś…
- Panie Styles!
- Jezu!  – podniósł ręce w poddańczym geście. – Przepraszam, że jestem dla pani taki niemiły, ja tylko… – dodał po chwili, wzrokiem skanując swoje dłonie. – Przepraszam.
Pielęgniarka poklepała go po ramieniu, podając mu plastikowy kubek i okrągłą pigułkę.
- Przyprowadzę Leo. Nie powinien tu w ogóle być, ale owinął sobie cały oddział w okół palca.
Harry uśmiechnął się pod nosem. Urok osobisty Leo działał na najtwardszych ludzi. Przytaknął bez słowa, połykając tabletkę, w której rozpoznał swój stary lek na uspokojenie.
- Proszę bardzo! – w drzwiach pojawił się Adam, na rękach niosąc kędzierzawego chłopca. – Mówiłem, że nic mu nie będzie! A widzisz!
Leo z prędkością światła wyskoczył z ramion Lamberta, wtulając się w Harry’ego.
- Hej, już dobrze! – Harry pogłaskał go po gęstych lokach, jeszcze mocniej przyciskając do piersi. – Wszystko jest w porządku.
Adam posłał mu tylko zdegustowane spojrzenie. W ich niemym języku oznaczało to ni mniej ni więcej, że sytuacja nie prezentuje się najlepiej.
- Judith postanowiła, że lepiej jeśli nie będzie ci dziś przeszkadzać – czarnowłosy odchrząknął znacząco. Nie do końca wiedział, w jakim stopniu Leo jest świadomy sytuacji między Harrym a jego żoną. – Zajmę się małym i odwiozę go do domu.
Harry kiwnął głową w podzięce, wciąż nie mogąc wyswobodzić się z ciasno oplatających go rączek chłopca.
- Mógłbyś zadzwonić do Leightona? Nie będę mógł się z nim dzisiaj spotkać.
- Jasne – Adam przytaknął, wyciągając iPhone’a. – Zaraz wracam.
- Leo?
- Przepraszam – chłopiec przetarł zaczerwienione oczy, starając się opanować.
- To chyba ja powinienem przepraszać – Harry usadził go wygodnie na swoich kolanach. – Przestraszyłem cię.  
- Gdybym wiedział, że zachorujesz, jak ucieknę, to bym nie uciekał. Naprawdę bym nie uciekał!
Harry poczuł delikatne ukłucie w sercu. Leo myślał, że jest winny, stąd to całe zamieszanie w jego zaszklonych tęczówkach.
- Posłuchaj mnie, mały mężczyzno – lekko uniósł podbródek dziecka, tym samym zmuszając Leo, by spojrzał mu w oczy. - Nic, co wydarzyło się w ciągu ostatnich tygodni, nie jest twoją winą, jasne? Masz zakaz w ogóle myśleć w taki sposób – pokręcił głową, wymuszając uśmiech. – Jesteś najważniejszy w moim życiu i nie pozwolę, byś czuł się źle przez moje występki. Rozumiesz?
Leo głośno wciągnął powietrze, raz jeszcze zatapiając się w koszulce Harry’ego.
Styles westchnął, czując się bardziej rozbity niż po poznaniu prawdy o Liamie i Judith. Dawno nie widział Leo w tak mocno opłakanym stanie. Ta chora sytuacja rodzinna najwyraźniej odbijała się na nim gorzej, niż podejrzewał. Po zażegnanym kryzysie w Londynie myślał, że najgorsze już za nimi. Nie zdawał sobie sprawy, że to ledwie zalążek ciężkiej walki o utrzymanie zdrowych relacji. W głębi duszy nigdy nie wybaczy sobie, jak bardzo zranił własne dziecko.
- Spokojnie – szepnął ledwie słyszalnie, całując Leo w czubek głowy. – Wszystko będzie dobrze. Zapewniam cię.

*

- I jak?
Adam dał mu i Leo o wiele więcej czasu niż wymaga jeden telefon. Harry cieszył się, że znalazł tak wyrozumiałego przyjaciela. Był mu dozgonnie wdzięczny.
- Chyba zasnął – syknął cicho, starając się najdelikatniej, jak potrafi, ułożyć go w swoich ramionach. – Przeprosiłeś za mnie Leightona? – zapytał, przykrywając chłopca swoją kurtką.
- Możliwe, że będziesz miał okazję zrobić to osobiście.
Harry podniósł na niego skonsternowane spojrzenie.
- Powiedziałeś mu?! – uniósł głos, jednak ucichł natychmiast, gdy Leo chrapnął niewinnie w jego koszulkę. – Kazałem ci tylko odwołać spotkanie, niepotrzebnie siejesz panikę – rzucił szeptem.
- Zasługujesz na jego opieprz – Adam wzruszył ramionami, siadając na krześle obrotowym. – Uwierz mi, nie był szczęśliwy, kiedy opowiedziałem mu, jak bardzo się zaniedbywałeś.
- Urwę ci łeb – warknął pod nosem, lecz na tyle głośno, by Lambert usłyszał jego mrukliwą groźbę.
Mężczyzna zachichotał w odpowiedzi, szybko wracając do poważnego grymasu.
- Chciałbym powiedzieć „A nie mówiłem?”, ale chyba dobrze zdajesz sobie sprawę, że miałem rację.
- Okej – Harry jęknął niemrawo. – Za długo siedziałem w firmie, za dużo pracowałem, mało sypiałem i zaniedbałem pewne sprawy. Przyznałem ci rację, więc dałbyś mi spokój?
- Może – uśmiechnął się zawadiacko. – Jeśli weźmiesz urlop.
- Co? – prychnął gardłowo. – Chyba pan nie wie, co mówi, panie Lambert.
- Ostatnio często nie było cię w firmie, ale przez problemy rodzinne. To nie to samo co zasłużone wakacje od tego całego bajzlu. Przecież wiesz, że wszystkim się zajmę.
- Nie mogę wymagać od ciebie, że…
- Ale ja sam chcę, żebyś ode mnie wymagał – przerwał mu, pochylając się do przodu. – Chcę, żeby wrócił chłopak, którego poznałem siedem lat temu, a w bieżącej sytuacji nie odzyskam go, nawalając mu roboty na łeb.
Harry zagryzł wargę, wpatrując się w punkt za plecami Adama. Pierwszy raz dał mu do zrozumienia, że coś się zmieniło. Może wcześniej sam tego nie zauważył, ale faktycznie od niedawna Harry nie był do końca sobą. Zgubił gdzieś lekką beztroskę życia, którą swojego czasu w sobie uwielbiał.
- A załatwisz mi wypis do jutrzejszego ranka? Muszę jechać do Londynu.
- Chcesz siadać za kierownicę w takim stanie? Wyrzuć to sobie z głowy!
- Nie zachowuj się jak moja matka! – powiedział z wyrzutem, tamując uśmiech.
- Twoja matka urwałaby ci łeb, gdybym do niej zadzwonił.
- Nie zrobisz tego! – Adam powoli wsadził dłoń do kieszeni, wysuwając telefon. – Adam, nie! – przerażenie wstąpiło na oblicze Harry’ego.
- Spokojnie – chłopak zaśmiał się, chowając komórkę z powrotem. – Wiem, że Anne zabukowałaby najbliższy bilet, a latanie samolotem w tak mroźne zimy nie jest dobrym pomysłem.
- Dziękuję za rozwagę – Harry burknął pod nosem, uśmiechając się. – Ale ja naprawdę muszę jechać do Londynu. Przecież tam bym odpoczął – starał się przekupić Adama, jednak czuł, że stoi na przegranej pozycji. – Zayn lub Niall na pewno zaoferowaliby mi swój dom na rehabilitację – ostatnie słowo ujął w cudzysłów z palców. – Nie każ mi bawić się z tobą w pertraktacje!
Adam westchnął, przykładając do ucha dzwoniącą słuchawkę.
- Halo? – Harry przeniósł spojrzenie na wciąż śpiącego Leo. Kompletnie nie reagował na dźwięki ich rozmowy. – Jest w sali 205 na drugim piętrze. Wyjdę po ciebie na korytarz – zakończył połączenie, podnosząc się z miejsca.
- A ty dokąd? – Styles z powątpiewaniem zlustrował przyjaciela.
- Załatwić ci towarzystwo na rehabilitacji – powtórzył wcześniejszy gest Harry’ego, wychodząc z pomieszczenia.
- Dureń.
Harry zaśmiał się cicho, próbując jakoś przenieść Leo na swoje drugie ramię. Prawa ręka doszczętnie mu zdrętwiała. Delikatnie przełożył jego chude ciałko, sprawiając, że uścisk małych dłoni w okół talii Harry’ego jeszcze mocniej się zacisnął, jakby instynktownie nie pozwalał mu odejść.
- Harry?
Leighton pojawił się w progu, patrząc na niego z niepokojem.
- Cokolwiek nagadał ci ten przewrażliwiony kretyn, spokojnie – Harry uśmiechnął się mimowolnie. Myślał, że już go dzisiaj nie zobaczy. – Nie musiałeś się fatygować.
- Co się stało?
Chłopak usiadł na wcześniejszym miejscu Adama, z tą różnicą, że przyciągnął krzesło jeszcze bliżej, w taki sposób, aż ich kolana stykały się ze sobą, gdy siedzieli twarzą w twarz.
Harry westchnął cicho, ponownie spuszczając wzrok na Leo.
- Może faktycznie się nie oszczędzałem, ale miałem ostatnio dużo na głowie i tak jakoś wyszło.
- Tak jakoś wyszło? – Leighotn z powątpiewaniem podążył za wzrokiem Harry’ego. – Podobni jesteście – z uwagą wpatrywał się w śpiącego chłopca. Pokręcił głową, jakby próbując sobie przypomnieć, po co się tu znalazł. – Dlaczego nie powiedziałeś mi, że to wszystko tak cię przytłoczyło?
- Takie jest życie. Nikt nie mówił, że będzie łatwo – Harry wzruszył ramionami, oblizując spierzchniętą wargę. – Przepraszam, jeśli ciebie też zdenerwowałem.
- Najpierw przeproś samego siebie, potem spójrz na resztę dokoła – zauważył chłopak, wzdychając ciężko. – Zawiozę cię do Londynu, jeśli powierzysz mi kluczyki od swojego auta.
Harry zaskoczony przekręcił głowę.
- Szlag by go – przeklął niewyraźnie, przypominając sobie słowa Adama, gdy zostawiał go samego. – Nie jesteś do tego zobowiązany, wcale nie…
- Ale chcę być, Harry – Leighton prychnął z dezaprobatą. – Chociaż raz pozwól innym ludziom zadecydować, co jest dla ciebie lepsze.
 Harry był lekko zdumiony. Chyba jeszcze nie widział Leightona w takim stanie. Na pozór wydawał się normalny, jednak znając go już nieco lepiej, Harry czuł, że coś jest nie tak.
- Wszystko w porządku?
Brunet spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Może zapytaj mojego głupiego szefa, który wylądował na ostrym dyżurze? – ironizował, unikając spojrzenia Harry’ego.
- Czy ktoś tutaj się zanadto zmartwił? – Harry w zaczepny sposób uniósł brwi, a widząc zawstydzoną minę Leightona, wybuchnął lekką salwą śmiechu. – Schlebia mi pan, monsieur Pevense.
- Oh, daj spokój, Fancuzie od siedmiu boleści – jęknął cicho, także lekko się uśmiechając.
Harry’emu nieco poprawił się humor. Perspektywa, że Leightonowi zależy, sprawiła, iż choć na chwilę zapomniał o problemach. Wciąż pamiętał o umówionym spotkaniu z Liamem.
- Więc… Pojedziesz ze mną do Londynu? – dodał po chwili komfortowej ciszy.
- Jeśli chcesz. Podrzucę cię i zajmę się sobą.
- Chcę, abyś pojechał ze mną. Nie na długo – pokręcił głową, obserwują przebudzającego się Leo. – Mam tutaj kilka spraw do załatwienia.
Leighton przez chwilę obserwował chłopca, po czym wstał bezszelestnie, mierzwiąc włosy Harry’ego.
- Nie będę wam przeszkadzać. Macie trochę do nadrobienia – uśmiechnął się.
- Nie idź jeszcze. Chciałbym, żebyś go poznał.
- To nie najlepszy moment. Znajdziemy lepszą okazję – zasalutował, rozśmieszając Harry’ego. – Do jutra.
- Leighton?
Chłopak oparł się o framugę, pytająco wpatrując się w Harry’ego.
- Ja… - przymknął oczy, czując jak jego policzki przybierają odcień dorodnego pomidora.
Leighton zachichotał cicho, ukazując rząd perfekcyjnie białych zębów.
- Do jutra, Harry – zaakcentował ostatnie słowo, wychodząc.

*

- Szefie?
Postawny mężczyzna pojawił się w drzwiach gabinetu.
- Czego? Nie widzisz, że… A niech mnie! – klasnął w dłonie, dostrzegając uroczą szatynkę stojącą u boku chłopaka. – Camila, słoneczko! Niech cię uściskam!
Dziewczyna z lekkim grymasem podeszła do Jacksona, pozwalając mu objąć się ramieniem.
- Wracasz do nas?
- Wciąż nie zmieniłam decyzji – uśmiechnęła się niemrawo. – Po prostu… - westchnęła pod nosem. – Nie chcę, by to wyciekło poza nasza dwójkę – z uwagą przyjrzała się ciemnoskóremu facetowi, który przyprowadził ją do biura.
- Masz przerwę, Stan – podążył za wzrokiem dziewczyny, odprawiając swojego ulubionego ochroniarza. – Wyczuwam, że nie bez powodu pokonałaś tyle kilometrów – odsunął przed nią krzesło, obchodząc biurko i zasiadając na swoim stałym miejscu. – Słucham cię, aniołku!
- Potrzebuję pieniędzy.
Morrison zachichotał, z udawanym gestem ocierając łzę z policzka.
-Skarbie! A kto nie? – przyjrzał się jej kpiąco. – Wiesz, jeżeli nie chcesz wrócić do pracy, nie wiem, jak mógłbym ci…
- Jak bardzo potrzebujesz odzyskać pewnego małego dupka? – weszła mu w słowo, w ciągu kilku sekund ponownie zyskując w jego oczach.
- Gdzie? – spojrzał na nią zafascynowany. – Gdzie jest Pevense?! – uniósł głos, sprawiając, że podskoczyła w miejscu.
- Nie – otrząsnęła się, zbierając się z miejsca. – Nie powinnam.
- Ile chcesz?
Zatrzymana tymi słowami, mocno ścisnęła powieki, lekko obracając się w stronę Jacksona.
- Camila, słońce! – podszedł do niej, delikatnie gładząc jej ramiona. – Jesteś na krawędzi. Znowu. A ja ponownie mogę być twoim bohaterem, hm? – obserwował ją, lekko drżąc. – A więc? Może jednak porozmawiamy?
Dziewczyna przytaknęła, znów siadając naprzeciw.
- Idealnie! – Morrison uśmiechnął się w lekkim otępieniu, wykręcając numer na dość starym sprzęcie telefonicznym. – Andrew, bierz chłopaków i przyjeżdżajcie! – obserwował Camillę bezczelnym spojrzeniem. - Znalazłem Leightona.

sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział 15

Witajcie! :)
Odjąć liczbę komentarzy zdegustowanej Agnes dobiliście aż do 19, co i tak jest dla mnie dużą liczbą. Ogromnie dziękuję wszystkim, którym jednak zależy.
Kolejne dziękuję ślę w stronę tych trzech, czterech osób, które nominowały mnie do Liebster Award. Nie wykonałam jeszcze "zadań", jakie zaleca, ale myślę, że w najbliższym czasie stworzę ku temu zakładkę, więc, jeśli ktoś jest ciekawy, zapraszam na dniach.
Zdałam sobie sprawę, że dziwnie piszę tego bloga. Wplatam dwa typy narracji i nie wiem... Podoba wam się?
Jeszcze jedno dziękuję w stronę osób, które piszą do mnie na asku. To także miły rodzaj uznania. Jeżeli macie jakieś pytanie, również zapraszam, odpowiem na wszystko. KLIK :)
Liczę, że utrzymacie poziom komentarzy. Uwielbiam je czytać, uwielbiam wiedzieć, co myślicie i uwielbiam się zawstydzać. Tak, zawstydzacie mnie cholernie pisząc, że to wasz ulubiony blog, szczególnie znając moją "konkurencję".
DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKO!
Do następnego!
Kukułka
____________________________________


Retrospekcja 

Środa, 14.11.12r.

Chłodny powiew nadmorskiej bryzy obudził Harry’ego. Z lekką dezorientacją uniósł się na łokciach, wpatrując się w lekko uchylone drzwi balkonowe.
Louis stał oparty o balustradę. Wpatrywał się w horyzont, gdzie ponad kaskadami niebezpiecznie ciemnych fal powoli unosiło się słońce. 
Harry przelotnie przyjrzał się budzikowi. Było kilka minut po siódmej. 
Z westchnieniem zlustrował puste miejsce obok siebie. 
- Nie chciałem cię obudzić - Louis pojawił się w środku, opierając policzek na zimnej framudze. – Przepraszam.
- I tak się wyspałem.
Harry przetarł zmęczone powieki, podnosząc się do pozycji siedzącej. Coś było bardzo nie w porządku.
- Harry?
- Tak?
Louis na wskroś przewiercał go swoimi błękitnymi tęczówkami. W ich głębi czaiła się nutka żalu i współczucia.
- Ja…
- Wiem – Harry przytaknął, całą uwagę przenosząc na swoje splątane dłonie. – Już wychodzę – dodał nieco ciszej, wstając z łóżka. 
- Poczekaj!
Louis złapał go za nadgarstek, powstrzymując od dalszego zbierania porozrzucanych po podłodze ubrań. 
- Wiesz, że tak będzie lepiej, prawda?
- Dla kogo? – z oburzeniem uniósł wzrok na wyraźnie strapione oblicze Tomlinsona. Jemu też nie było łatwo, ale na pewno nie tak jak Harry’emu. 
- Proszę, nie denerwuj się. Przecież zawsze…
- Tak, Louis, zawsze tak kończymy – rzucił swoim telefonem, który z hukiem wylądował na gładkiej posadzce. - „Cześć, Harry, chciałbyś wybrać się do domku nad morzem? Spędzimy miły weekend.” – prychnął.
- Nigdy nie narzekałeś.
- A wolno mi?! Wolno mi zmusić cię, żebyś zostawił Eleanor, która i tak na ciebie nie zasługuje?! – chwila ciszy zawisła w powietrzu. Harry widział, że ranił Louisa. Miał ochotę rzucić się w jego stronę i przytulić mocniej niż kiedykolwiek. Ale nie zrobi tego. Już nie. - Jesteś tylko krętaczem. A ja jestem jeszcze gorszym kretynem, że zgadzam się na ten chory układ. 
- W nocy jakoś ci to nie przeszkadzało. 
Harry poczuł się gorzej, niż gdyby dostał cios w twarz. Louis stał się dla niego oschły. Owszem, nie był bez winy. Jednak przede wszystkim czuł się zagubiony między tym, czego pragnął, a tym, co podpowiadał mu rozum. Louis był tylko zaborczym dupkiem. Cieszyło go, że ma wszystko na swoich własnych warunkach. 
- Przepraszam – Tomlinson zagryzł wargę, widząc, że chyba przesadził. – Po prostu… Harry, my nie możemy ze sobą być, do cholery!
- Dlaczego? 
Harry spojrzał mu w oczy z uwagą szukając czegoś więcej.
- Dlaczego?
Ponowił pytanie, patrząc jak stopniowo twarz Louisa zamienia się w kamień nieukazujący emocji.
- Nie kocham cię, Harry.
Louis przerwał kontakt wzrokowy, z zakłopotaniem drapiąc się po karku. Odwrócił się tyłem do chłopaka, po czym usiadł na łóżku, chowając twarz w dłoniach.
- Harry?
Trzask drzwi. 


Zapach świeżej kawy i wanilii dotarł do Harry’ego, który z lekkim mruknięciem przekręcił się na bok. Zmarszczył czoło, czując pod policzkiem nieprzyjemny w dotyku materiał. Uchyliwszy oczy, dostrzegł czerwoną wykładzinę studia. Zdezorientowany usiadł powoli, a masa wspomnień wróciła niczym bumerang, obezwładniając jego myśli.
- Dzień dobry.
Leighton siedział na prowizorycznym blacie, w dłoniach dzierżąc kubek z logo pobliskiej kafeterii.
Harry uśmiechnął się w odpowiedzi, próbując obudzić wciąż zaspany mózg.
Przecież to było wręcz niemożliwe, by wczorajszy wieczór przybrał taki obrót. Na pewno coś mu się przyśniło. Inaczej jak wyjaśnić to, że Leighton nie uciekł? Siedział tutaj i jakby nigdy nic pił kawę. Nawet własna wyobraźnia robiła sobie z niego obiekt drwin.
- Gapisz się – stwierdził wesoło, wiedząc, że przywołuje jego wcześniejsze oskarżenia.
- Skądże znowu, panie Styles – chłopak wykręcił młynka oczami, powoli wstając i siadając obok niego.
Harry dopiero teraz zauważył, że jego głowa najwyraźniej osunęła się z prowizorycznej poduszki, jaką był pokrowiec na gitarę Leightona. Tym samym skończył z buzią w dywanie, jednak wciąż przykryty kurtką bruneta. To chyba dość żenująca sytuacja.
- Mocha z wanilią?
- Jasne, dziękuję.
Harry bez wątpienia marzył o kawie. Z ulgą wpił się w parujące naczynie, już po pierwszym łyku czując się pewniej. Mózg powoli przygotowywał się do wzmożonej pracy, tym samym uświadamiając go, że te piękne sny, do których nieustannie wracał, chyba nie do końca pozostawały zwykłym nocnym marzeniem. Ale jak to?
- Hmmm – odchrząknął znacząco, wpatrując się w swojego towarzysza. Jeśli to prawda, dlaczego wciąż z nim siedział? Nie, Leighton by nie został. Bukując najszybszy bilet do Londynu, olałby nawet ich umowę. To było w jego stylu. Właśnie to. Nie pilnowanie śpiącego Harry’ego i z pewnością nie przynoszenie mu porannej kawy, w dodatku jego ulubionej.
- Tak, wiem, to wszystko jest… – zaczął Leighton, przerywając wewnętrzny monolog Harry’ego. – Dziwne – pokręcił głową, jakby próbując odgonić niechciane myśli.
- Czyli to nie sen?
Leighton zaśmiał się, kreśląc dziwne wzory na zamknięciu swojego kubka.
- W takim razie dzieliliśmy go razem.
Harry zarumienił się, jednak próbował zakryć policzki swoimi poburzonymi lokami. O mamo, pewnie wyglądał tragicznie, podczas gdy Leighton się na niego patrzył.
- Czy… Czy my… Przepraszam – Harry wzruszył ramionami. – Mam czarną lukę w pamięci. Piliśmy coś? Nie piliśmy, prawda?
- Hej, spokojnie – widząc nagłą panikę w oczach Harry’ego, Leighton uspokajająco pogładził go po ramieniu. – Nie dałem ci tabletki gwałtu ani nie wciągnąłem do łóżka – zachichotał. – Jeszcze nie.
Harry wyraźnie się odprężył, co było dość dziwne, biorąc pod uwagę, że właśnie usłyszał, jakoby Leighton chciał skończyć z nim w łóżku. Zaraz… Co?!
- Twój poziom wyłapywania dowcipu chyba się jeszcze nie obudził, panie Styles.
- Przepraszam.
- Za dużo dziś przepraszasz. Jeszcze gdybyś miał powód.
- Jestem jakiś zakręcony – ponownie zatopił wargi w napoju, starając się ignorować te trudne do opisania iskierki, które mimo wszystko nie przestały ciągnąć go w stronę Leightona. Coś jak przyciąganie magnetyczne. Oh, świetnie Harry, bawisz się w Einsteina.
- Dla rozjaśnienia twojej małej przepaści - jak przystało na nudne małżeństwo zasnęliśmy na podłodze w stosie materiałów na sukces naszego życia, ot nic nadzwyczajnego.
- Masz dziś świetny humor – zauważył Harry, wpatrując się w chłopaka. – Może przez przypadek sam sobie czegoś dosypałeś?
- Powiedziałbym coś, ale nie chcę zapewniać twoim policzkom większego treningu kolorytu.
To i tak wystarczyło, by Harry znów się zaczerwienił. Chrzanić go!
- Cóż… - uśmiechnął się, ostrożnie wstając i pakując swoją gitarę do futerału. – Skoro jesteś już rześki i nawet nieźle kontaktujesz, będę uciekał.
Harry mimowolnie posmutniał, choć starał się tego po sobie nie pokazywać. Nie jest zakochaną nastolatką, ma ponad trzydziestkę na karku. Czy właśnie podświadomie użył słowa zakochaną?
- Już?
- Muszę załatwić parę spraw.
- W porządku – nie pytał o nic więcej. Wczorajsze wydarzenie wcale nie zobowiązało ich do podawania sobie numeru konta, peselu czy nawet rozmiaru majtek. Swoją drogą... Harry, przestań!
- Może… - Leighton stanął w drzwiach z zakłopotaniem wpatrując się w Harry’ego. – Może miałbyś ochotę pójść gdzieś ze mną wieczorem ze mną pójść? Szlag! – zagryzł wargę. – To znaczy…
Harry zachichotał.
- W świetle prawa nie wypada mi iść na randkę. Mam żonę.
- Nie dbam o to – ledwo dostrzegalnie uniósł kąciki ust. – Zresztą, to tylko towarzyskie spotkanie.
- Towarzyskie spotkanie? – Harry z powątpiewaniem uniósł brwi. – Wobec tego jak najbardziej.
- Będę pod twoim… Mieszkaniem Adama o siódmej – poprawił się.
- Dobrze.
- Dobrze – zmieszał się. Czy Leighton Pevense właśnie się przed nim krępuje? – Więc do wieczora.
- Do wieczora – przytaknął Harry, uśmiechając się szeroko.
Leighton odwzajemnił gest, po czym obrócił się na pięcie i wyszedł ze studia.
Harry podniósł się ospale, rozprostowując kości. Wziął z ziemi okrycie Leightona, które chcąc niechcąc znów zostało w jego posiadaniu.
- Oh, właśnie – chłopak znów pojawił się w środku, odbierając kurtkę z rąk Harry’ego. – Trochę pada, więc dziś nie mogę ci jej zostawić.
- Spóźnisz się – Harry pokręcił głową z dezaprobatą, zwracając mu uwagę. – Gdziekolwiek musisz iść.
Leighton machnął ręką. Uśmiechnął się i ponownie skierował od wyjścia.
Kiedy Harry myślał już, że zostanie sam, nagle Leighton obrócił się i spojrzał na niego. To było najbardziej niepewne spojrzenie, jakiego Harry kiedykolwiek doświadczył. Przynajmniej do tamtej chwili.
W kilku szybkich krokach Leighton zmaterializował się u jego boku, energicznie i bez wahania przyciskając swoje wargi do skostniałych z szoku ust Harry’ego.
To nawet nie był pocałunek. Ot zwykłe cmoknięcie, wyrażające jednak tyle emocji, że w jednej sekundzie Harry poczuł jak pocą mu się dłonie. Styles odwzajemnił tego małego sentymentalnego buziaka, ze zdziwieniem wpatrując się w Leightona. Brunet puścił mu oczko, po czym jakby nigdy nic wyszedł, zostawiając go strapionego na środku pokoju.
- To nie jest sen!
Usłyszał krzyk z korytarza.
Wybuchnął śmiechem, kręcąc głową w niedowierzaniu.

Harry zablokował drzwiczki swojego sedana. Stanął na schodkach prowadzących do dobrze mu znanego miejsca.
Westchnął głośno, decydując się zapukać do drzwi.
Judith otworzyła mu, w dłoniach trzymając papiery, podczas gdy ramieniem przyciskała do ucha słuchawkę.
- Emma, oddzwonię – rzuciła szybko, napotykając spojrzenie Harry’ego. – Cz-cześć.
- Cześć – oblizał spierzchniętą wargę. – Jest Leo?
- Pojechał z moją mamą do centrum. Ale… Ale zaraz powinni wrócić – dodała szybko, widząc, jak Harry powoli się wycofuje. – Poczekaj na niego. Ucieszy się.
Perspektywa spędzenia kilku minut sam na sam z Judith nie wydawała się zbyt kusząca. Postanowił jednak zaczekać, wiedząc, że naprawdę dawno nie odwiedzał syna.
Przekroczył próg domu, który niegdyś był jego ulubionym miejscem na ziemi. Teraz korytarz kojarzył mu się z przykrym pożegnaniem, a niewielka kuchnia na myśl przywodziła jedynie nieuzasadnione sprzeczki.
- Napijesz się czegoś?
- Nie, nie, dziękuję – potrząsnął głową. – Widzę, że masz urwanie głowy, więc nie przeszkadzaj sobie.
- W zasadzie… - Judith odchrząknęła, opierając się o blat. – Dobrze, że jesteś. Chyba najwyższy czas, byśmy cokolwiek ustalili.
- Masz rację – Harry przytaknął, siadając na krześle, gdzie miał w zwyczaju pracować po godzinach. Tyle prostych rzeczy może mocno zakorzenić się w psychice człowieka.
- Nie wiem, od czego zacząć – blondynka odgarnęła z czoła zbłąkany kosmyk. – Nie chciałabym się z tobą kłócić, Harry.
- Mam dość kłótni – zgodził się z nią, wzdychając ciężko. – Po prostu… Zarówno dla ciebie, jak i dla mnie będzie łatwiej wziąć rozwód bez orzekania o winie. 
- Rozwód? – jej głos uniósł się o oktawę.
- Rozwód – podkreślił znacząco. – Chyba… - spojrzał na nią mętnym wzrokiem. – Judith?
- Przepraszam – potrząsnęła głową, masując skroń. – To tak dziwnie brzmi. – westchnęła. – Nigdy nie podejrzewałam, że kiedykolwiek się rozstaniemy.
- Powiem ci, że mimo wszystko ja też nie.
Naprawdę tak myślał. Było między nimi tragicznie, ale rozważając wszystkie za i przeciw, Harry nie zdecydowałby się na zostawienie Judith. W życiu by się na to nie zdobył. Może jej zdrada miała być dla niego znakiem, że pora ruszyć naprzód?
- Nie ma żadnych szans?
Ich spojrzenia skrzyżowały się. Judith mentalnie błagała go, by dał jej cień nadziei. Harry widział to w jej oczach. Może parę dni wcześniej nawet by się złamał, ale teraz dotarło do niego, że nie chce drugi raz wchodzić do tej samej rzeki. Z doświadczenia wiedział, że w głębi nie umiałby wybaczyć zdrady, niezależnie jak długo starałby się walczyć z samym sobą. To za duże wykroczenie, zostawia ranę nie do zagojenia.
- Judith – westchnął, łapiąc jej dłoń. Obserwował ich splecione palce. Zawsze uwielbiał ten kontrast – jej malutkie rączki i jego ogromne, przyozdobione bliznami po usuniętych tatuażach. – Zacząłem nowe życie. Przywykłem do myśli, że nie ma w nim miejsca dla ciebie – powiedział ciężko, starając się omijać jej zaszklone oczy.
Zrobiła źle - zarówno ona jak i Harry zdawali sobie z tego sprawę. Mimowolnie czuł, że trochę jej to wybaczył. Na poziomie „zostańmy przyjaciółmi”, ale zawsze. Niezależnie od tego, jak głupio brzmiało to dla niego samego, zrozumiał, co nią kierowało. Nie dawał jej tego, na co zasłużyła. Nigdy nie byłby w stanie pokochać jej tak, jak powinien. Może gdzieś w głębi duszy naprawdę darzył Judith uczuciem. W końcu początki ich znajomości były bajeczne, po raz pierwszy przeżył coś takiego z jakąkolwiek kobietą. Z perspektywy czasu, to jednak nie miało prawa się udać.
- Rozumiem – odpowiedziała słabo, wysuwając swoją dłoń z ich ciasnego uścisku.
Opuszkiem palca Harry starł łzę błądzącą po jej bladym policzku.
- Przepraszam za wszystko Harry, chociaż słowa nigdy nie oddadzą tego, jak bardzo mi przykro.
- Ja też cię przepraszam – wstał i ukucnął przed nią, kładąc rękę na jej kolanie. – Ostatnio… Ostatnio za dużo się wydarzyło. Ja nie byłem sobą. Ty… - pokręcił głową. – Niech to się więcej nie powtórzy. Przecież… Kiedyś umieliśmy ze sobą rozmawiać.
- To prawda – uśmiechnęła się delikatnie. – I na pewno nadal potrafimy.
Harry odwzajemnił gest.
- Mogę ci zadać tylko jedno pytanie?
- Oczywiście.
- Co to za facet?
Judith westchnęła głośno.
- Ja… Ja nie jestem osobą, od której powinieneś to usłyszeć.
Harry zmarszczył brwi.
- Boję się, że jeżeli ci powiem – Judith wciąż uciekała spojrzeniem. – Zniszczę nie tylko twoją przyjaźń z kimś innym, ale… Ale i my znowu wrócimy do punktu wyjścia.
- Obiecam ci, że to przemilczę.
- Harry, to był błąd! Ja i Liam żałujemy, że w ogóle…
- Liam?
Harry szerzej otworzył oczy.
- Liam?!
- Harry – blondynka przełknęła głośno, widząc, jak Harry w ciągu kilku sekund zamienia się w furiata. – Proszę, Harry – schowała twarz w dłoniach, szykując się na najgorsze.
-Kiedy, do cholery? On nawet tu nie mieszka! – Harry oparł się o stół, nie wierząc w to, co właśnie usłyszał.
- To dłuższa historia, której na pewno nie chcesz słuchać.
- O nie, nie chcę. Nie od ciebie.
Wyjął z kieszeni telefon, przeszukując listę kontaktów.
- Harry, co ty chcesz zrobić? – Judith z przerażeniem wpatrywała się w Stylesa.
- No proszę, proszę! Czy mnie oczy nie mylą? – szczęśliwy głos Payne’a rozbrzmiał w komórce Harry’ego.
- Cześć, Liam. Miałbyś ochotę się ze mną spotkać? – Harry był pod wrażeniem perfekcji, z jaką zatuszował swój prawdziwy stan ducha. Miał ochotę dać Liamowi w twarz. A nawet gorzej.
- Jasne! Zadzwonię po chłopaków i…
- Nie. Tylko ty i ja.
Cisza w słuchawce była porażająca.
- Harry, czy coś się stało?
- Wróciliśmy!
Matka Judith i Leo pojawili się w przedsionku.
- Tata!
Harry w pośpiechu umówił się z Liamem na jutro, po czym schował iPhone’a z powrotem do kieszeni.
- Cześć mały mężczyzno!
Odwzajemnił mocny uścisk chłopca, z ukojeniem wdychając jego uroczy zapach. Tego teraz potrzebował. Leo był jedyną osobą działającą na niego uspokajająco.
- Chcesz spędzić dziś ze mną popołudnie?
- Pewnie! Zaczekaj, wezmę rysunek z pokoju! Musisz go zobaczyć!
- Jasne, że muszę! – uśmiechnął się, mierzwiąc loki dziecka. – Biegnij na górę, zaczekam.
Kiedy chłopiec zniknął, Harry z trudem powstrzymał się od krzyku. „Moda na sukces” to za mało, by idealnie podsumować nawał spraw w życiu Harry’ego. Czuł, że nie wytrzyma, że to za wiele.
- Harry? – jego teściowa wciąż stała w przejściu z niepokojem obserwując sytuację. Pozornie opanowani Harry i Judtih ledwo trzymali się w ryzach.
- Wiedziałaś? – zapytał, oskarżycielsko wpatrując się w Mirandę. – Już wtedy, kiedy odebrałem od ciebie Leo, ty o wszystkim wiedziałaś! Dlatego traktowałaś mnie z takim współczuciem.
- Harry, słońce…
- Jesteście siebie warte – pokręcił głową, obserwując na zmianę Judith i jej matkę.
- Mówiłam, powiedz mu wcześniej! – kobieta zwróciła się do Judith. – Nie wynikłoby z tego tyle… Harry, w porządku?
Harry oparł się o ścianę, czując, że ma mroczki przed oczami. Przeżył dziś zbyt duży szok.
- Tato?!
Przerażony krzyk Leo był ostatnim dźwiękiem, jaki dotarł do Harry’ego, nim pogrążył się w ciemnej otchłani .

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Rozdział 14

Cześć! (po raz ostatni w 2013)
Nie chciałabym Was brać na litość, ale... Jest dość późno. Praktycznie już ranek! Panie otwierają kioski, a ja zarwałam noc, żeby napisać to, co napisałam. Chciałam jeszcze coś tutaj wstawić przed styczniem, więc może docenilibyście mnie i zostawili od siebie znak? Dla Was sekundka, dla mnie uwierzcie - ogromna sprawa!
Jestem zmuszona, a więc od dziś minimum 20 komentarzy i dopiero pojawi się dalsza część. Przepraszam, że to robię. Czuję się troszkę niedoceniona. Możecie mi zarzucać, że nie robię tego dla ludzi, ale zrozumcie też mnie - po części robię.
Żeby skończyć marudzenie, zapraszam was na moje nowe fanfiction. No, nie moje. Tłumaczę opowiadanie o Niallu i byłoby mi miło, gdybyście i tam odnaleźli coś dla siebie, tak więc zapraszam gorąco, słoneczka :) KLIK
Życzę Wam, aby 2014 był Waszym rokiem! Sukcesów, pasji, miłości i oddania! To chyba ważne sprawy. I obyście kroczyli dobrą ścieżką w życiu, a o resztę nie musieli się martwić!
Kocham Was i dziękuję za ten rok, do zobaczenia w następnym!
Kukułka


PS. Bardzo ciekawi mnie, co sądzicie o rozdziale. Czy nie przesadziłam? Poczułam, że chcę już dać wam więcej do zrozumienia. Przyznam szczerze, że nigdy nie czułam w sercu tego, co czułam, pisząc to. Swoją drogą, 11 stron w Wordzie!

_______________________________________

Harry pociągnął duży łyk ze swojego kubka, na którym widniała podobizna Leo. Miał go zawsze przy sobie i tylko w tym kubku należało podawać mu kawę w ciężkich chwilach. A dzisiejszy wieczór z pewnością można do takowych zaliczyć.
- Harry? – Adam pojawił się w drzwiach niewielkiego studia. Styles siedział na środku pomiędzy porozkładanymi kartkami. Nie znosił, gdy przeszkadzało mu się w czasie procesu twórczego, jednak nie uniósł się gniewem. Wiedział, że przyjaciel po prostu się martwił.
- Obiecuję, że zniknę stąd przed drugą w nocy – oderwał wzrok od zapisywanego właśnie fragmentu.
- Godzinę temu mówiłeś, że skończysz przed północą – Lambert pokręcił głową z dezaprobatą. – Chodź, stary, zapracujesz się na śmierć.
- Jedź do domu – machnął ręką, wracając do swoich strzępków papieru. – Hej, oddawaj to!
Adam jedną dłonią oddalał od siebie coraz bardziej wzburzonego Styles’a, podczas gdy drugą trzymał wysoko nad głową, starając wczytać się w niewyraźne litery.
- Brzmi podobnie do mojej piosenki – stwierdził z przekąsem, w ostateczności oddając mu notatnik.
- Wiem. Przepraszam, ale staram się wypracować coś z moich ulubionych piosenek.
- Wobec tego czuję się zaszczycony.
W latach, gdy Harry wiódł prym razem z One Direction, Adam także miał własny, całkiem spory dorobek artystyczny. Swojego czasu koncertował ze sławetnym zespołem Queen, zajmując miejsce legendarnego Freddie’go tuż przy boku Briana Maya i Rogera Taylora. Jego warsztat imponował Harry’emu i skrycie nie raz zgrywał na swoją mp4 stare, kultowe utwory Lamberta.
- Przyrzekam ci, że tego nie skopiuję. To tylko…
- Harry, przecież się nie gniewam, naprawdę. Co jak co, ale nie masz serca, by plagiatować moje własne teksty – wywrócił oczami. Skrycie zawsze wyśmiewał się z nadwrażliwości Stylesa.
- Idź już do domu, okej? Jest naprawdę późno. A jeśli ja nie wrócę przed drugą, to po prostu wystaw mi poduszkę na wycieraczkę.
- Słowo strapionego artysty?
Harry zaśmiał się na wspomnienie, kiedy pierwszy raz spotkał się z Adamem. Oboje uznawali się za niedorobionych muzyków, szukając swojej drogi w świecie.
- Słowo strapionego artysty – powiedział cicho, przybijając piątkę przyjacielowi.
Kiedy ponownie został sam, westchnął głośno, rozglądając się po niewielkim pomieszczeniu. Normalnie odbywały się tu próby instrumentów, ale nocą Harry nie raz zagłębiał się w to miejsce, by pisać i komponować nowe kawałki. O dziwo tutaj czuł ten ciężki do opisania przypływ energii, który dawał mu kopa, by wyciągnąć ze swoich przemyśleń to, co najlepsze. Niektóre piosenki, w jego mniemaniu idealne, nigdy nie ujrzały światła dziennego, jako dema zapisując się w obszernej kartotece Cheshire East Records. Najzwyczajniej w świecie nie znalazł osoby adekwatnej do odtworzenia jego własnych filozofii wszytych w zbitkę innych słów.
Słysząc kroki na korytarzu, tylko cmoknął z przyganą. Kazał Adamowi zmywać się do domu. Przelotnie przyjrzał się ściennemu zegarowi – dochodziła 23.30.
- Miałeś… - zamarł w pół słowa, mimowolnie uśmiechając do nowoprzybyłego.
- Wiedziałem, że cię tu znajdę – Leighton oparł się o framugę, zdejmując z pleców pokrowiec z gitarą. – Pracoholik – syknął cicho, jednak dobrze wiedział, że Harry go usłyszy.
- Jeszcze nie masz dość? – Harry strzepnął z czoła loki, zagradzające mu widok na to cudowne oblicze, które od kilku dni miał przyjemność podziwiać codziennie.
- Zostawiłem swoje zapiski. Nie widziałeś ich?
- I przyszedłeś je odebrać o tej porze?
Pevense wzruszył ramionami, pokonując dzielącą ich odległość.
- Nudziłem się. Jak pewnie zauważyłeś, mam skłonność do szlajania się po nocy.
- I dostawania w pysk – Harry szepnął pod nosem.
Leighton zachichotał, zrzucając z siebie kurtkę i siadając obok. Dlaczego aż tak blisko? Skurczybyk.
- Pracujesz nad naszymi kawałkami? – skupił się na materiałach. Harry’emu przez myśl nie przeszło, by schować przed nim utwory. Gdy w grę wchodziło tworzenie, zdążył ocenić Leightona jako najlepszego współpracownika, jakiego kiedykolwiek miał przyjemność mieć w swojej firmie. Był jego sojusznikiem, a kiedy pracowali, maksymalnie skupiali się na swojej robocie, ignorując nawet te dziwne iskry przechodzące między nimi z każdym najmniejszym dotykiem. A może tylko Harry miał obsesję na tym punkcie?
- Właściwie to trochę tak – westchnął, dając plecom odrobinę wytchnienia. Ułożył się na posadzce, przymykając powieki. – Bez ciebie nie szło mi tak dobrze.
Razem z Leightonem zdążyli wypracować całkiem obiecujący materiał. Pierwotnie wykorzystany dla innych artystów, lecz w głębi duszy Harry miał nadzieję, że Leighton zgodzi się wypróbować go na sobie. Wciąż nie mógł wyrzucić z głowy piosenki „Skin”, z jaką zgłosił się do niego za pośrednictwem Ratliffa. Tekst czytał wielokrotnie, ale samo demo odtworzył tylko raz. Był zbyt emocjonalny względem kompozycji muzyki i tekstu stworzonego przez chłopaka.
- Tutaj moglibyśmy dopisać kilka słów – przejechał palcem po linijce ich najnowszego dzieła. – A tutaj wymazać trzecią strofę i napisać coś mniej kiczowatego – zmarszczył nos. – Ja na to wpadłem?
Harry zachichotał, sprawdzając trzymaną przez niego kartkę.
- Właściwie to głównie ty. Stwierdziłeś, że brzmi świetnie.
- Może na gejowskie wesele – prychnął, biorąc najbliższy ołówek i kreśląc pojedyncze wyrazy.
- Gejowskie wesela są w porządku – Harry wzruszył ramionami.
- Pewnie bywasz na nich regularnie, co?
Droczył się z nim. Można to uznać za jego pracę po godzinach – wyśmiewanie Harry’ego.
Zostawił to pytanie bez odpowiedzi, wciąż nie otwierając zmęczonych oczu. Może faktycznie spędzał za dużo czasu w pracy? Nawet nie pamiętał, gdy ostatni raz odwiedził syna. Winił się za to, szczególnie wiedząc, jak całą sprawę odbiera niewinny Leo, jednak nie mógł przełamać się, by częściej wracać do domu. To miejsce nie było już oazą spokoju, zamieniło się w masę wspomnień jego nieudanego małżeństwa.
- O czym myślisz?
Głos Leightona był stanowczo zbyt blisko. Harry otworzył oczy, dostrzegając bruneta tuż obok niego. Wyjął swoją gitarę i brzdąkął nieśmiało coś, co wyczytał na stosie plików zatytułowanych „Nuty”.
- O moim synu.
- Jego zdjęcie masz na biurku?
Przytaknął bez słowa, wzdychając przeciągle.
- Śliczny dzieciak.
Harry znów nie odpowiedział. Zaśmiał się cicho, skupiając wzrok na panelach białego sufitu.
- Co zrobiła twoja żona?
- Gramy w grę? - spojrzał na Leightona, podnosząc się do pozycji siedzącej.
- A nie możemy po prostu porozmawiać?
Styles uśmiechnął się półgębkiem, jednak zagryzł wargę, by jeszcze bardziej nie pokazywać po sobie jak bardzo cieszy się, że wreszcie to usłyszał. W swoją dziecinną grę pytanie-odpowiedź grali dzień w dzień, przewijając się przez tematy głównie błahe, nigdy nie wracając do spraw poruszanych wcześniej, choć Harry nie ukrywał swojego zaintrygowania kwestią brata i przeszłości chłopaka.
-  Moja żona jest w ciąży.
- Gratuluję? – Leighton uniósł brwi, nie do końca rozumiejąc, gdzie leży problem.
- Podobno nie ze mną.
- Ołł – zmarszczył nos, a akord, który właśnie zaczynał, niespostrzeżenie wymknął mu się spod smukłych palców. – To dość… Suka.
Harry zachichotał. Choć Leighton wyglądał jak rasowy bad boy, rzadko przeklinał w jego towarzystwie. Sarkazm? Jak najbardziej. Kurwa? Nigdy.
- Przepraszam – chłopak potrząsnął głową, spuszczając wzrok na gitarę.
- Zayn mówi to samo.
- Zayn jest śmieszny.
- Hej, widziałeś go tylko raz.
- Wiem. Ale dziwnie się na mnie gapił. Tak… - złapał wzrok Harry’ego, który zaraz spojrzał na coś za swoimi plecami. – Tak jak ty, kiedy widziałeś mnie po raz pierwszy. I może drugi. I trzeci… I…
- Czwarty też?
Chłopak uśmiechnął się, przygryzając wargę.
- Może za czwartym już mniej.
Harry tylko przytaknął w zamyśleniu.
- Mogę ci coś powiedzieć?
- Jasne.
Leighton czekał, podczas gdy Harry zbierał się w sobie. Sam do końca nie wiedział, co miał na myśli, pytając go o przyzwolenie.
- Chcesz herbaty?
Pevense zaśmiał się, jednak nie skomentował tego w żaden inny sposób.
- Poproszę.
Harry wstał, podchodząc do niewielkiego blatu przy oknie. Wstawił czajnik bezprzewodowy, wyglądając przez szybę. Miasto pogrążone w ciszy. Tak nudne i ciche w porównaniu z Londynem, który często obserwował ze swojego apartamentu, gdy jeszcze tam mieszkał.
- Lights go down and the night is calling to me yeaah…
Harry obrócił się, nie wierząc własnym uszom.
- I hear voices singing songs in the street and I know…
To było niesamowite. Nie wiedział, czy Leighton kiedykolwiek wcześniej słyszał tę piosenkę, ale sposób w jaki ją wykonywał – jakby znał ją na pamięć. Los chciał, że zaśpiewał kwestię Louisa. I zrobił to… Dobrze. Bo tylko Louis mógł idealnie. Pomimo całej perfekcji i kultu, jakim darzył Leightona, wokale jego i Louisa pochodziły z zupełnie innych światów. To chyba ta zasadnicza różnica, dzięki której utrzymywał się w przekonaniu, że Leighton i Louis to dwie różne osoby.
- That we won’t be going home for so long, for so long and I know…
- That I won’t be on my own, yeah I love this feeling and right now, I wish you were here with me, ooohooo – Harry mimowolnie zawtórował chłopakowi, który pozostał lekko zdziwiony, jednak kontynuował. Śpiewali razem pierwszy raz, a brzmieli, jakby robili to od zawsze.
Kiedy wybił ostatni dźwięk gitarowego riffu, a oboje zamilkli, pokój pogrążył się w ciszy. Nie dokuczliwej, a wręcz kojącej, takiej, jakiej brakowało Harry’emu. Czajnik wydał delikatny pomruk, dając znak, że woda jest gotowa, jednak Styles nie poruszył się, wciąż tkwiąc oparty o parapet.
- Bardzo ładna piosenka – powiedział w końcu Leighton, przyglądając się kartce. – One Direction – przeczytał, maksymalnie wytężając wzrok. – Hej, moja przyjaciółka chyba tego słuchała.
Harry uśmiechnął się pod nosem.
- Naprawdę?
- Tak – mruknął. – Coś mi się przypomniało… - westchnął cicho. – Tak, One Direction, jestem pewien.
- Lubiłeś ich?
- Szczerze? Nie znam żadnego kawałka – zaśmiał się, odkładając kartkę. – Po prostu taki przebłysk, że ich lubiła. Nigdy w życiu nie widziałem chłopaków na oczy.
- A to dziwne, bo zajmowali każdą gazetę w Wielkiej Brytanii, każdy billboard, okładkę w gazecie… - Harry zamilkł na moment. – Naprawdę nie wiesz, kto był w tym zespole?
- A powinienem? – Leighton uśmiechnął się uśmiechem nr 4. – Co? Pewnie to twój najlepszy twór muzyczny, czyż nie?
- Powiedzmy – Harry oblizał spierzchnięte wargi. Ocknął się z zadumy i zalał dwa kubki z herbatą.
Postanowił, że nie poruszy tego tematu. Jeśli Leighton naprawdę nie wiedział, że Harry był kiedyś tym, kim był. Czuł się z tym dobrze. Naprawdę poczuł, że może lubi go za jego osobowość. Tę teraźniejszą, nie tę za czasów triumfu na całym świecie.
- Napisałeś ten kawałek?
- Nie – zaprzeczył. – Może trochę się przyczyniłem do jego powstania, ale głównymi autorami byli Louis i Liam, moi przyjaciele. A także Ryan Tedder, może pamiętasz, pracuje ze mną do dzisiaj.
- Jasne. Minęliśmy się w czasie przerwy na lunch.
Harry postawił na ziemi dwa parujące naczynia. Leighton przytaknął w podzięce, zatapiając wargi w napoju.
- A teraz chciałbyś powiedzieć to, co chciałeś? – spojrzał na niego, kiedy zajmował swoje poprzednie miejsce. – Jeśli zmieniłeś zdanie to…
- Właściwie… - Styles uśmiechnął się lekko, siadając po turecku. – Sam do końca nie wiem, co chciałem powiedzieć.
- To może ja zacznę?
Harry zdziwił się, jednak skinął na znak zgody, zamieniając się w słuch.
- Pamiętasz, kiedy powiedziałem ci o moim bracie?
Znów przytaknął.
- Nazywał się Jason. Był ode mnie starszy o pięć lat, ale przez swoją chorobę wyglądał na znacznie mniejszego – Leighton wpatrywał się w przestrzeń, jakby widział tam chłopaka, którego opisywał. – Mój tata go nienawidził. I przez niego robiłem to samo. Ja… Ja nie wiem dlaczego. Widziałem w ojcu autorytet. Wszyscy chłopcy w szkole mieli ojców pilotów, policjantów, nawet sprzedawców. I byli z nich dumni. Też chciałem być dumny. Szkoda, że nie miałem z czego – przerwał na moment, wzdrygając się. – Nie wiem, czemu ci to opowiadam.
- Ja po prostu słucham – Harry złapał jego spojrzenie. Leighton nigdy nie patrzył na niego tak… niewinnie. Czując poparcie Harry’ego, odchrząknął i wrócił do swojej skromnej opowieści.
- Kiedy miałem szesnaście lat, wplątałem się w aferę szkolną. Ktoś sprzedawał maluchom narkotyki, a jako że należałem do gangu tych nieusłuchanych dzieciaków, wina zeszła na naszą czwórkę. Ja, Max, Jay i Rick. Moi najlepsi kumple – prychnął z pogardą. – Kiedy przyszło co do czego, bez ogródek zgadali się przeciwko mnie. W żywe oczy powiedzieli dyrektorowi, że od lat daję dzieciakom jakieś prochy, by lepiej się uczyły, czy cokolwiek… Zawiesili mnie, miałem nawet sprawę w sądzie, ale z pomocą mojej ciotki, prawniczki, otrzymałem tylko upomnienie i parę miesięcy prac społecznych. Parę lat później widziałem Ricka dilującego pod tą samą szkołą, ale chyba uszło mu to na sucho. Nieważne – wzruszył ramionami.
- A co ma to wspólnego z twoim bratem? – Harry starał się maksymalnie wykorzystać słowotok Leightona. Dawniej myślał, że każdy ma chwilę słabości poza tym chłopakiem, dzisiejszej nocy zaczął rozważać swoją teorię.
- Kiedy to się stało… Kiedy myśleli, że jestem dilerem, ojciec wpadł w szał i… I jeszcze bardziej mi wpieprzył – skrzywił się nieznacznie. – Byłem wrażliwy, bo na ogół nie bił mnie. Bił Jasona. A tym razem ja oberwałem.
- A twoja mama?
- Nigdy jej nie poznałem. Zginęła w wypadku. Z perspektywy czasu nie zdziwiłbym się, jeśli zatłukł ją na śmierć.
Harry’ego zamurowało. Czy tyle nieszczęścia mogło mieścić się w jednej rodzinie?
- Byłem zły na tatę, że zrobił sobie ze mnie worek treningowy. I że mi nie zaufał. A najśmieszniejsze jest to, że jak dostawałem za swoje, Jason… On… On mnie próbował obronić. I dostał jeszcze bardziej. Za bardzo.
- Co było dalej?
- Ojciec się wkurzył, więc poszedł do monopolowego. Leżałem chwilę na ziemi, bolało jak jasna cholera – znowu wstrząsnął nim dreszcz. – A Jason trochę płakał, więc zebrałem się w sobie i przeczołgałem się do końca pokoju, w którym leżał. Wydaje mi się, że uderzył się głową w kant szafy. I… I powiedział do mnie coś, czego w życiu nie spodziewałem się usłyszeć. Na miłość boską, dla mnie był tylko niedorozwojem, z którym musiałem się użerać na jednym pokoju – pokręcił głową, zgrzytając zębami. – Powiedział do mnie „Otwórz oczy i znajdź swoją wartość”. A potem złapał mnie za rękę i już nigdy nie puścił. W sumie to puścił… Kiedy była już zimna i sama się osunęła.
Harry poczuł to dziwne uczucie kiełkujące w przełyku – coś, co rodzi się, kiedy bardzo chcesz płakać, ale nie chcesz tego robić. Leighton nie chciał jego łez i współczucia.
- Co zrobiłeś?
- Zadzwoniłem po karetkę, ale nie podałem danych personalnych. Wziąłem gitarę i trochę drobnych, obserwowałem resztę zza drzewa po drugiej stronie ulicy. Widziałem, jak wnoszą Jasona do karetki. Przykrytego folią. Tylko ręka opadała bezwiednie z boku. Wciąż czułem jej dotyk na skórze. Zmywałem go miesiącami, a do dzisiaj zdarza mi się czuć jego palce na moim nadgarstku – kolejne wzdrygnięcie. – Kiedy upewniłem się, że przyjechała policja, by dowiedzieć się czegoś więcej, zwiałem. Chciałem tylko udupić ojca. By nie uszło mu to na sucho.
- I dokąd się udałeś?
- Miałem szesnaście lat, co miałem zrobić? Przyjechałem stopem do Londynu. Spędziłem parę miesięcy na dworcu, ale raz straż miejska zauważyła, że jestem młody, więc uciekłem stamtąd.
- A potem?
- A potem wplątałem się w coś, co krąży za mną do dzisiaj. Ale nie, nie, tego już nie mogę powiedzieć. Ja… Przegiąłem – w ułamku sekundy zmienił nastrój. Z wrażliwego i rozbitego zamienił się w kłębek irytacji. – Kurwa.
Kolejne przekleństwo. To chyba nie jest dobry dzień dla Leightona.
- Hej – Harry położył rękę na ramieniu chłopaka, który powoli zbierał się do wyjścia. – Leighton.
- Po prostu zapomnij.
- Leighton do kurwy nędzy!
Pevense zamarł w miejscu. Harry Styles nie unosił głosu i nie nadużywał języka ulicy. Czując, jakie wrażenie wywarł na brunecie, wstał, nie do końca wiedząc, co nim kieruje.
- Może…
Myślał. Intensywnie myślał nad tym, jak go nie spłoszyć. Jak zatrzymać jego szczerość na jeszcze parę minut.
- Może nie czujesz się z tym dobrze, ale ja czuję się dobrze z tym, że widzisz we mnie coś więcej niż zabawkę do snucia niepoprawnych żartów.
Zapadła chwila milczenia, jednak niekrępująca. Czuli jakby emocje i tak krążyły między nimi, wyrażając więcej niż słowa.
- Wiesz, że nigdy nie obrażam cię celowo.
- Wiem – prawie wszedł mu w słowo. – Życie dało ci kopa w dupę i trzymasz dystans, teraz to łapię – wzruszył ramionami, nieśmiało wykrzywiając wargi. – Po prostu nie miej wyrzutów sumienia, że powierzyłeś historię nieodpowiedniej osobie, okej?
- Okej – przytaknął, nie odwracając wzroku od głębokiej zieleni oczu Harry’ego.
To była dziwna noc. Przybrała nieoczekiwany zwrot akcji. I chyba tym Harry tłumaczył się przed samym sobą następnego ranka, gdy myślał, co wydarzyło się potem.
- Więc… Po prostu wracajmy do pisania piosenek albo… Albo jedźmy do domu – Harry machnął ręką, wracając do stosu kartek. Jedną dłonią ułożył je w idealną kupkę, odkładając do podręcznej teczki. Zgarnął kubki z niedopitą herbatą i położył na blacie.
- Harry?
Obrócił się, nie spodziewając się Leightona tuż obok siebie.
- Kogo we mnie widzisz?
- Proszę?
- Kiedy na mnie patrzysz. Jak ten twój przyjaciel na mnie patrzył. Kogo we mnie widzisz?
Pytanie zawisło przecinając powietrze niczym ostry nóż. Przyznać się?
- Niezależnie od tego, kogo w tobie widziałem na początku – zaczął, po raz pierwszy nabierając odwagi, by przetrzymać spojrzenie jego niebieskich oczu. Tak bardzo identycznych jak oczy Louisa. – Teraz widzę tylko Leightona Pevense, którego obecność doceniam w swoim życiu bardziej, niżeli wszystko co spotkało mnie przez ostatnie lata. Od 2014 roku.
- A co wydarzyło się w 2014? – Leighton zmarszczył brwi, ale inaczej niż zazwyczaj. Nie ciekawsko, bardziej jak… Współczująco.  Jakby czuł, że świat Harry’ego runął w przepaść wraz z 2014.
- On zginął – jego oczy zaszkliły się, choć nie chciał, nie chciał załamywać się przed Leightonem, którego tragedia była znacznie głębsza niż źle ulokowane uczucia Harry’ego.
- On? On… Był ważny?
- Był wszystkim.
Leighton przytaknął.
- Nie, nie rób tego – delikatnie opuszkiem palca starł zbłąkaną łzę z policzka Harry’ego. – Śmierć to hiena, nie dawaj jej satysfakcji, że wygrała.
Harry przymknął oczy, wzdychając głęboko.
- Harry?
Ponownie je otworzył, przywołany dziwnym tonem w głosie Leightona.
- Czy… Czy ty… Czy On i ty…
- Kochałem go. A on mnie nie.
- Jak to jest kogoś kochać?
Harry wzruszył ramionami. Zaczął ignorować bliskość ich ciał, jakby kompletnie zapomniał, że stoją tors w tors.
- Kiedy widzisz tę osobę, jesteś ciągle zafascynowany. Chcesz ciągle odkrywać ją na nowo, bo odczuwasz wieczny niedosyt. Chcesz… Chcesz ją chronić przed złem całego świata, chcesz płakać nad jego niedolą, cieszyć się jego sukcesami, chcesz być i trwać w każdym uniesieniu i upadku ich życia. Chcesz być częścią historii, którą piszą. Chcesz być wspominany w każdej notatce ich tajemniczego pamiętnika. Chcesz, by ta osoba myślała o tobie nawet wtedy, kiedy powinna skupić się na swoich obowiązkach. Chcesz wracać zmęczony wieczorami i chcesz po prostu usiąść obok i bez słowa zasnąć, oglądając powtórki durnych seriali. Chcesz dzielić z kimś łóżko i chcesz brać z kimś wspólne prysznice. Chcesz jadać tylko jego kanapki i pić herbatę, którą tylko on przygotuje.  Chcesz być wszystkim, czego on pragnie. Chcesz być jego lekiem na całe zło. Chcesz być tym, w kim widzi oparcie. Chcesz mu imponować wszystkim, nawet najmniejszą rzeczą, tak głupią i beztroską jak ruszenie tyłka do posprzątania całego domu na święta. Chcesz być wszystkim dla tej osoby. Chcesz żyć.
Skończył ten dziwny monolog, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Dlaczego nagle Leighton zadał mu to dziwne pytanie? Dlaczego otworzył przed nim kartki swojego własnego pamiętnika? Dlaczego to się dzieje?
Kolejna tej nocy cisza zawisła w powietrzu.
- Harry? Jak bardzo kochałeś… Jego?
- Nazywał się Louis.
- To On, tak? To On był taki sam jak ja?
Harry przełknął głośno, otwierając mocno zaciśnięte powieki. Kiedy w ogóle je zamknął?
- Wyglądasz jak Louis Tomlinson. Członek zespołu One Direction.
- Ta piosenka…
- „Right now” – przerwał. – Tę piosenkę śpiewaliśmy. Tak – odpowiedział na niedokończone pytanie.
- Czy One Direction… Czy ty…? – Leighton nie mógł uporządkować myśli. - Byłeś w tym zespole, prawda? Byliście w nim razem?
- Tak, byliśmy.
Znów pauza. Znów nie dane było jej trwać długo.
- Czy… Czy lubisz mnie tylko dlatego, że jestem jak Louis?
- Nie – zaprzeczył energicznie. – Cokolwiek teraz myślisz, jesteś… Jesteś inny. Jesteście podobni, ale inni. Ty byś mi tego nie zrobił.
- Czego?
- Nie wykorzystałbyś mnie tak, jak On to zrobił.
- Skąd ta pewność?
- Nie wiem. Ufam ci – wyrzucał z siebie słowa, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego to robi. Ludzie mówią, by żyć chwilą i chyba właśnie tym kierował się w tamtym momencie swojego życia.
- Harry?
- Tak?
-Ty ufasz mi, a czy ja mogę zaufać tobie?
- A jeszcze mi nie ufasz?
Leighton zadygotał z nadmiaru napięcia. Elektryzujące iskry, które odczuwali do siebie od dawna znacznie przybrały na sile.
- Chciałbym zrobić coś, czego nigdy nie robiłem szczerze. I chciałbym, żebyś dał mi w pysk, nawet jeśli nie mógłbym tego znieść przez wzgląd na wspomnienie ojca, dobrze?
Harry nie przytaknął, ani nie zaprzeczył, po prostu stał jak sparaliżowany. Jakaś magiczna moc odebrała mu zdolność poruszania się.
Kubki ustawione na blacie spadły z trzaskiem, zaraz po tym jak Harry instynktownie cofnął się, czując nacisk drugiego ciała tuż przy swoim własnym.
Leighton delikatnie otarł policzki Harry’ego, po których w międzyczasie skapnęło dużo łez.
- Nie jestem Louisem – powiedział, a woń tytoniu i malinowej nuty wdarła się w nozdrza Harry’ego. – Ale mogę być Leightonem, który spróbuje dać ci to, czego nie dał ci Louis – mówiąc to, wpił się w wargi zaskoczonego chłopaka.
Harry od kilku minut czuł, że to nastąpi, jednak sam fakt, co się dzieje, uderzył w niego ze zdwojoną siłą. Przez dłużące się sekundy nie wiedział, co robić. Chciał tego od chwili, gdy minął go na skrzyżowaniu, chyba nawet to była jego pierwsza myśl, zaraz po tym, gdy uderzyło w niego podobieństwo Leightona i Louisa. A teraz, gdy wydarzenie miało miejsce, gdy był głównym bohaterem sceny, którą wyobrażał sobie wielokrotnie... Zjadła go trema. Nie byłby dobrym aktorem.
Nim zdążył przyzwyczaić się do dotyku miękkich ust na swoich własnych, oddaliły się od niego zostawiając uczucie niedosytu. To nie był jego najlepszy pocałunek w życiu, był dobry, ale inny od reszty. Inny od sposobu, w jaki całowała go Judith, inny od drogi wytyczonej wargami Tomlinsona.
Leighton otworzył oczy, wpatrując się w Harry’ego, który wciąż sterczał tam jak biblijna żona Lota. Skostniał.
- Czy…
Nie dane było mu skończyć. Nagły akt desperacji rozkazał Harry’emu przerwać to, co chciał powiedzieć Leighton. Rzucił się na chłopaka, jeszcze raz złączając ich usta. Nienawidził papierosów, ale dlaczego nikotyna, którą czuł w pocałunku Leightona, tak bardzo go podkręcała?
Poczuł ręce Leightona na swoim kręgosłupie. Swoje własne ulokował na karku chłopaka, jakby pragnął go mocniej, o ile możliwe było jeszcze większe zbliżenie.
Jak długo nie odrywali się od siebie? Tego nie dało się określić. Kiedy brakowało powietrza, robili sekundową przerwę, na nowo przywierając do swoich własnych warg. To było nowe doznanie, docierające głęboko w najmniejszy nerw i najmniejszą cząstkę Harry’ego. Wraz z ustami Leightona na swoich wargach, poczuł prąd energii, który wygasł dwanaście lat temu, który wygasł, kiedy lekarz wygłosił przed nim godzinę zgonu Louisa Williama Tomlinsona.
Maksymalnie koncentrując się na chłopaku przy nim, pozwolił odpłynąć strudzonym myślom, w całości zatracając się w dawce uczuć, jaką przelewał na niego Leighon Pevense.

wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 13

Witajcie! :)
Wiem, wiem. Dość długa przerwa, ale mam urwanie głowy w szkole. Do dzisiaj nie zdaję z matmy i raczej już nie zaliczę półrocza, więc mam nadzieję, że zrozumiecie.
W ramach rekompensaty rozdział w Wordzie zajmuje około dziewięciu stron. Dlatego też miło by mi było, gdybyście docenili moją pracę i skomentowali. Nigdy nie praktykowałam CZYTASZ=KOMENTUJESZ, ale chyba powinnam, bo to troszeczkę nie fair w stosunku do mnie, gdy powiadamiam ponad 30 osób, a mogę liczyć tylko na 1/3 z Was.
Marudzę. Przepraszam.
Liczę, że z następną częścią uda mi się uwinąć w porę.
Buziaczki! xx

_____________________________


Retropsekcja

Piątek, 03.12.12r.

- Dziesięć minut!
Donośny głos z megafonu na ułamek sekundy przerwał niezliczoną ilość wrzących rozmów. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Wszyscy krzątali się po backstage’u, dopełniając ostatnich formalności. Zespół nastrajał instrumenty, podczas gdy Lou dokonywała końcowych poprawek w image’u swoich podopiecznych.
-Hej! – Niall skrzywił się i kichnął, kiedy Teasdale spryskała mu oczy lakierem do włosów.
- Wybacz, skarbie – dłonią jeszcze raz przejechała po jego misternie roztrzepanych blond pasmach. – Gotowe – uniosła kciuk w cichym zachwycie nad swoim „arcydziełem”. – A gdzie moja ukochana czupryna?
- Harry i Louis są jeszcze w garderobie – Horan poprawił swój irlandzki odsłuch. Obrócił w palcach mikrofon, wyraźnie podekscytowany zbliżającym się show. – Pójdę po niego.
- Tylko migiem, bo nie zdążymy – westchnęła poirytowana, pod nosem mamrocząc coś jak „ Zawsze ostatni…”
Niall minął Zayna i Perrie ukrytych w oddalonym zakątku tej ciasnej przestrzeni. Zagryzł wargę, próbując powstrzymać ogromny uśmiech, który cisnął mu się na usta. Cieszył się, że Malik w już tak młodym wieku znalazł kogoś na całe życie. Wątpił, że ich związek kiedykolwiek się rozpadnie.
Krzyki i wrzaski z przebieralni przywróciły go na ziemię. Zmarszczył brwi i delikatnie acz stanowczo wszedł do pokoju, o mało nie zderzając się z wybiegającą ze środka Eleanor.
Louis stał oparty o kozetkę. Przeklął niewyraźnie, po czym z impetem strącił wszystko z blatu. Flakony wody toaletowej i parę pędzli potoczyło się po gładkiej nawierzchni linoleum.
- Louis? – Niall położył dłoń na ramieniu Tomlinsona, który wciąż tępo wpatrywał się w przestrzeń. – To nie najlepszy moment na sprzeczki w związku, stary.
- Po prostu… - Louis lekko dostrzegalnie wzruszył ramionami. Spojrzał w róg, gdzie na niewielkim biurku siedział Harry. Niall nie dostrzegł go wcześniej, tym bardziej zaskoczyła go zaistniała sytuacja.
- O co chodzi? – zaplótł ręce na piersi. – Dlaczego Harry podsłuchuje twoje kłótnie z Els i dlaczego w ogóle kłócisz się z Els?
- A może raczej… – Louis okrążył Horana i podszedł do wyjścia. – Dlaczego Harry prowokuje moje kłótnie z Els i dlaczego nie jest w stanie zrozumieć, że zrobię co należy bez jego pomocy?
Opuścił pomieszczenie, trzaskając drzwiami.
Niall zrezygnowany obserwował Styles’a, który zdawał się nie reagować na to, co dzieje się dookoła.
- Harry?
- Eleanor zasługiwała na szczerość – omal wszedł mu w słowo. Podniósł nieco zaszklone oczy, obserwując Nialla, który nie mógł pozbierać myśli.
- Jaką szczerość? O czym ty mówisz?
- Miałem parę incydentów z Louisem.
- Proszę?! – Horan uniósł głos. Z niedowierzaniem wpatrywał się w przyjaciela. – Co masz na myśli, mówiąc incydent?
- Niall… – Harry oblizał spierzchnięte usta, unikając spojrzenia blondyna. – Ja chyba kocham Louisa.

*

Promienie wschodzącego słońca rozświetliły niewielki skwer przy Buckingham Palace Road. Harry zmrużył oczy i nerwowym ruchem utworzył coś na kształt daszku z dłoni. Oparł się o zimną ścianę będącą częścią bogato zdobionego budynku starej londyńskiej architektury. Jako dziecko często przychodził tutaj, towarzysząc dziadkowi w pracy w niewielkim kiosku przy stacji kolejowej. Lekki smutek wykiełkował w sercu Harry’ego, kiedy obserwował miejsce, gdzie dzisiaj znajdowała się prowizoryczna cukiernia. Tęsknił za małym budynkiem pełnym kolorowych czasopism i słodyczy, które podjadał na każdym kroku. Nie sądził, że jeszcze się tu pojawi, patrząc na pozostałości własnych wspomnień.
- Cześć, modelko.
Harry wzdrygnął się wyrwany z zadumy, uśmiechem witając chłopaka.
- Pasujesz tutaj – Leighton podążył przodem, poprawiając ogromną torbę na ramieniu. – Wtapiasz się w krajobraz. Zamyślony Mr Styles z nogami Jessici Biel.
- Widzę, że humor ci dopisuje – Harry pokręcił głową, ruszając za nim w głąb London Victoria Station.
 - Nie mogę się doczekać naszej współpracy, panie Styles.
Minęli grupkę nowo przybyłych turystów, po czym zwrócili się w bardziej przestronną i mniej zaludnioną część hali. Skręcili w peron piąty, gdzie od przybycia pociągu dzieliły ich tylko cztery minuty.
- Już myślałem, że zrezygnowałeś.
- I odpuściłem okazję do kontynuowania naszej gry? Nigdy w życiu.
Harry uśmiechnął się nieznacznie, rzucając swój bagaż pod zardzewiałą kolumną.
- Wydawałeś się bardziej wyrachowany – Leighton z powątpiewaniem rozejrzał się w okół.
- Co masz na myśli?
- Wiesz… - włożył ręce w kieszenie kurtki, obserwując odchodzącą od ściany farbę. – Osoby twojego pokroju podróżują pierwszą klasą.
- Nie jestem taki – Harry zaprzeczył energicznie, przysiadając na skraju starej i brudnej ławki. – Takie miejsca są niedoceniane.
- A ja się z tobą zgadzam – Leighton zatrzymał się przy torach, spacerując po krawędzi.
Prawie jak przedszkolak.
- Nie spodziewałem się tylko, że młodsza wersja Simona Cowell’a jest wrażliwa na piękną nietuzinkowość i jej walory estetyczne.
- Ma pan bardzo wąską percepcję na ludzi, panie Pevense – Harry wstał, widząc zbliżający się pociąg. – I zapewniam cię, że jestem zupełnie inny niż Simon. Swoją drogą nie taki zły, jak go malują.
- Skąd możesz o tym wiedzieć? – Leighton prychnął, oddalając się w bezpieczne miejsce. Podniósł swój plecak i potarł zmarznięte dłonie. Poranek faktycznie nie należał do najcieplejszych.
Harry odrobinę się zdziwił, jednak postanowił zignorować temat. Przynajmniej na chwilę obecną. Nie chciał wyjść na zaborcze dziecko szczęścia, ale czy Leighton naprawdę nie wiedział, co łączy go z Simonem? A może tylko żartował? Na pewno żartował. To w końcu Leighton.
Odkładając rozważania na boczny tor, wszedł do pojazdu. Nareszcie wróci do domu.

*

Harry czuł się jak prawdziwy szpieg. Mimo to, nie potrafił tego powstrzymać i natarczywie wpatrywał się w śpiącego chłopaka. Korzystając z okazji, mógł wreszcie pozwolić sobie na odrobinę „badania” go wzrokiem. Od dawna o tym marzył, lecz głupio było mu obserwować Leightona, kiedy ten nieustannie go upominał.
Oparty o szybę, z głową lekko pochyloną w przód, sprawiał wrażenie niesamowicie niewinnego. Gdyby choć na chwilę zapomnieć o tatuażach pokrywających każdą powierzchnię kwadratową jego ramion, wyglądał jak prawdziwy brzdąc, który padł ze zmęczenia po udanej zabawie w piaskownicy.
Raybany, nieprzerwanie zakrywające jego wzrok, delikatnie zsunęły mu się z nosa, ukazując podbite oko. Wyglądało znacznie lepiej niż wczoraj, niemniej opuchlizna wciąż zwracała na siebie uwagę. Przypatrując się coraz dłużej, Harry tylko utwierdził się w przekonaniu, że Leighton musiał komuś zajść za skórę. Znał go, wiedział, jak potrafi odnosić się do drugiego człowieka, jednak nawet to nie pozwoliło opanować zmartwienia i troski narastających z każdą sekundą wpatrywania się w limo.
Leighton westchnął cicho, poprawiając się na niewygodnym siedzeniu. Nie obudził się jednak, ale ułożył wygodniej, jakby zapomniał, że znajduje się w ciasnym przedziale w środku drogi do stanu Cheshire.
Chcąc niechcąc, Harry nie mógł tylko bezczynnie patrzeć . Wyjął z torby bluzę Leightona, którą zostawił mu poprzednim razem. Bardzo powoli i ostrożnie okrył nią chłopaka, ze wszystkich sił nie dopuszczając do tego, by się obudził. Potrzebował jeszcze trochę wpatrywania się w jego rysy. Tak po prostu, dla spokoju sumienia.
Ukucnął pomiędzy dwoma fotelami, twarzą w stronę Leightona. Teraz mógł wyraźnie dostrzec podobieństwo do Louisa. Ciągle wydawało mu się to irracjonalne. Jak można tak bardzo kogoś przypominać? Przystosował się do towarzystwa Leightona. Z każdym kolejnym spotkaniem coraz mniej intensywnie reagował na te kości policzkowe, łagodną linię szczęki, czy niewielkie oczy przyprószone delikatnymi lecz długimi rzęsami. Harry mógł się założyć, że jego opalona skóra w dotyku była równie jedwabista jak policzki Louisa.
Nim zrozumiał, co robi, odgarnął grzywkę opadającą na oczy bruneta. Przestraszony swoim nagłym gestem, szybko cofnął rękę. Na szczęście Leighton ani drgnął. Pogrążony we śnie, mocniej skulił się na swoim siedzeniu.
Harry wolał nie kusić losu, więc wrócił na swoje miejsce, jednak do końca podróży nie potrafił spuścić wzroku z chłopaka, który będąc obcym, szybko znalazł przytulne miejsce w duszy Styles'a.

*

- Odpłynąłem?
Leighton uchylił zaspane powieki, rozglądając się dookoła. Schował twarz w swetrze, którym okrył go Harry. Ciągle wydawał się zmęczony, lecz wyglądał znacznie lepiej niż z rana.
- Tylko troszkę.
Brunet mrugnął kilkakrotnie, przyzwyczajając się do wszechobecnego blasku.
- Przepraszam.
- Przepraszasz mnie, bo nie przespałeś nocy, ślęcząc z jakimś kretynem na werandzie? Ależ nie ma za co – Harry wzruszył ramionami, wyciągając w jego stronę termos z gorącą herbatą.
- Sarkazm? Chyba nie działam na ciebie odpowiednio.
Podniósł się niezdarnie, z wdzięcznością odbierając od Harry’ego ciepły kubek. Usiadł po turecku, na zimne ramiona narzucając bluzę.
- Długo spałem?
- Może 2h. Nie wiem. Czas szybko leciał.
- Mogłeś się pogapić.
- Wcale nie – Harry spłonął czerwonym rumieńcem, udając, że nic się nie stało. Skąd wiedział? Czemu on zawsze wszystko wie?
- Cóż… - to jedyny komentarz, który padł z ust Leightona. Dość skromny, znając jego cięty język.
Harry jęknął gardłowo, zamykając aplikację w telefonie.
- Dobra. Pytanie za pytanie?
- Czekałem, aż się złamiesz – Leighton przywdział zawadiacki uśmiech, jednak starł go szybko, widząc zdegustowane spojrzenie Harry’ego. Choć trudno było mu się opanować, zachował powagę i przytaknął.  – Zacznij.
- Dlaczego tak mnie traktujesz?
- Jak?
- Sam nie wiem.  Jakbyś… Jakbyś mnie znał, ale wciąż nie na tyle, by powiedzieć coś więcej.
- Ciekawe – Leighton mruknął bezdźwięcznie, zatapiając usta w napoju. Oplótł kubek dłońmi i zdmuchnął parę wydobywającą się z naczynia. Harry cierpliwie czekał, ani na moment nie spuszczając go z oczu. – Dość ciężko mi powiedzieć, bo jesteś pierwszą tego typu relacją w moim życiu.
- Tego ty… - zamilkł, wiedząc, że jego kolej się skończyła.
- Ile masz lat?
Harry zrobił młynka oczami. Leighton tylko się z nim droczył. 
- 33. Tego typu, czyli? – bez skrupułów przeszedł do dalszego pytania. Czuł jak krew buzuje mu w żyłach, byle tylko poznać odpowiedzi na wszystkie swoje wątpliwości.
- Naprawdę nie umiem tego zdefiniować, Harry. Taki już jestem. Traktuję ludzi z góry, ciebie też, ale w jakiś sposób sprawiasz, że nie mam serca cię nie lubić.
- A ja cię nie lubię.
- Oh, tak? – Leighton zachichotał.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cię nie lubię – Harry wtórował brunetowi, opuszczając wzrok na dłonie splecione na kolanach.
- Jaką książkę przeczytałeś więcej niż dziesięć razy?
- Poważnie? – Harry znów wywrócił oczami.
- To ty zacząłeś z ulubionym filmem.
- Uwielbiam Stephena Kinga. „Rękę mistrza” mógłbym wyrecytować zdanie po zdaniu.
Leighton przytaknął w zamyśleniu. Chwilę się nie odzywali, po czym Pevense machnął ręką na znak, że czeka na pytanie Harry’ego.
- Kim jesteś z wykształcenia?
- Za rok kończyłbym psychologię w kierunku specjalnym, ale nigdy nie zacząłem.
Harry zmarszczył brwi.
- Dlaczego?
- Łamiesz regulamin.
- Proszę.
Leighton westchnął, odkładając pusty kubek na prowizoryczny stolik.
- Powiedzmy, że nie miałem warunków, żeby się kształcić.
Harry zrozumiał tę wymijającą odpowiedź.
- To ciężka specjalizacja.
- Mój brat… On… Miał zahamowania rozwoju psychicznego – nieobecnym wzrokiem błądził po podłodze przedziału. Zamilkł na chwilę, a kiedy Harry’emu zrobiło się najzwyczajniej głupio, że zapytał, Leighton kontynuował. – Jako dziecko zawsze go wyzywałem. Raz nawet uderzyłem – wzdrygnął się. – Mimo wszystko, kiedy umierał, byłem tym, którego chciał trzymać za rękę. To otworzyło mi oczy.
- On…
- Nie żyje. Nie boję się tego słowa – chłopak podrapał się po karku i przeczesał dłonią włosy. W ciągu sekundy jego nastrój uległ drastycznej zmianie. – Nadużywasz swojej kolejki – pogroził mu palcem. – Może w zamian opowiesz mi coś o sobie.
- To nie jest pytanie – Harry szepnął pod nosem.
- Czy w zamian mógłbyś opowiedzieć mi coś o sobie?
Harry zagryzł wargę, niechętnie odwracając wzrok. Obserwował mijane za oknem miasteczko. Do Holmes Chapel pozostało dosłownie kilka minut drogi.
- Doceniam twoją szczerość, ale… Ja… - zmieszał się. Oparł głowę o podbródek, nie odwracając wzroku od znajomych widoków pobliskich wsi.
- Nie jesteś gotowy na swoją historię. Rozumiem.
- Kiedyś ci powiem.
Leighton uśmiechnął się. Widząc, że Harry zbiera swoje rzeczy, przystąpił do tego samego.
- Przecież mnie nie lubisz – puścił mu oczko.
Harry nie potrafił zetrzeć uśmiechu błąkającego się po jego wargach.

*

- To tutaj.
Leighton gwizdnął z aprobatą, spoglądając w górę na nowoczesne osiedle okazałych budynków.
- Nieźle, panie niekonwencjonalny.
- To nie moje mieszkanie – Harry pokręcił głową, sprawiając, że loki opadły mu na czoło. – Tymczasowo zatrzymuję się u przyjaciela.
- Z synem?
Harry skrzywił się.
- Leo mieszka z matką.
- Rozumiem. Jasne. Przepraszam.
- Nie musisz czuć się niezręcznie. Skąd mogłeś wiedzieć.
- Taaak… – Leighton westchnął, strzepując z ramion pyłek zalegający na kurtce. – Zbieram się.
- Gdzie przenocujesz?
Obrócił się energicznie, robiąc parę kroków w tył.
- O tym jeszcze nie myślałem, ale poradzę sobie.
- Ale…
- Harry! Nie żartowałeś!
W bramie pojawił się Adam, który z wielką torbą zakupów rzucił się na Harry’ego.
- Cześć, stary.
- Cześć, cześć. I jak? – Lambert z dezorientacją wpatrywał się w drugiego chłopaka. – Adam – wyciągnął rękę w jego stronę.
- Leighton.
Wymienili uścisk dłoni, uśmiechając się do siebie. Poniekąd byli z tych samych światów, przynajmniej w mniemaniu Harry’ego.
- Leighton nie ma gdzie się podziać i nie chciałbym nadużywać…
- Jeszcze się pytasz? Zapraszam.
- Nie, nie – brunet zaprzeczył energicznie. – Jestem wdzięczny, ale… Poradzę sobie.
- Na pewno? – Adam zrobił zatroskaną minę. – Zmieścimy się. Nie mam żony – zachichotał.
- Widać – skwitował Leighton, lecz w niezłośliwy sposób. – Dziękuję, ale naprawdę nie ma potrzeby – poprawił torbę na ramieniu, wycofując się do furtki. – Do jutra?
- Tak. Bądź w wytwórni po 15. Powinienem poradzić sobie z zaległościami.
- Taaa… - Adam westchnął za jego plecami.
- A może o 17?
Leighton uśmiechnął się.
- W porządku. Do zobaczenia.
Ruszył w dół chodnika i zniknął za rogiem, zostawiając Harry’ego przed klatką schodową.
- Wchodzisz, czy będziesz wzdychał jak Julia na balkonie?
- Czyżbyś czytał z nudów Szekspira?
Oboje wymienili pełne dezaprobaty spojrzenia, wchodząc do środka.

*

Dochodziła druga w nocy, kiedy dźwięk telefonu rozszedł się echem po pogrążonym we śnie głównym rynku Holmes Chapel.
Leighton westchnął, wyjmując telefon z tylnej kieszeni jeansów. Nie musiał sprawdzać, by wiedzieć, kto się dobija.
- Czego chcesz?
- Po raz kolejny w tym tygodniu łamiesz moje zasady.
- Nielegalne działania mają jakiekolwiek zasady?
- Nie denerwuj mnie, gówniarzu. Przychodź natychmiast. Robota czeka.
Brunet mruknął z niezadowoleniem. Oparł się o ścianę budynku, z którego wciąż sączyło się światło.
- Nie ma mnie w Londynie.
- Mówiłem, że nigdzie nie jedziesz!
- A ja powiedziałem, że tak.
- Gdzie jesteś? Przyślę chłopaków.
- "Pocałuj mnie w dupę" 24/8, 66-400 jebany chuju.
Nie czekając na odpowiedź, cisnął telefonem do swojego plecaka. Wiedział, że pożałuje, ale miał dość nieustannego podporządkowywania.
Spojrzał w niebo. Usłane wieloma gwiazdami idealnie komponowało się z wszechobecnymi ozdobami zamkniętego na noc jarmarku.
Wypuszczając powietrze z płuc, potarł zziębnięty kark.
- Ryzyk fizyk.
Zadzwonił domofonem, czekając na sygnał.
- Tak? – damski, szorstki głos dotarł do jego uszu.
- Camilla?
Chwila ciszy wypełniona niepewnością o mało co nie sprawiła, że chłopak zawrócił.
- Witaj na starych śmieciach, Leighton.