poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozdział 28

Ostatni rozdział "Really don't like/love you".
Cóż...
Nie będę nadmiernie pitolić. Treść powinna mówić za siebie.
Epilog pojawi się pomiędzy 9-11 lipca, nie mam możliwości wcześniej go napisać.
Jeśli macie jakieś pytania, piszcie śmiało na moim Twitterze. Nie gryzę!
Kocham Was i dziękuję za wszystko co dla mnie robicie. Wierzcie lub nie, ale mam ochotę się rozpłakać, gdy przypominam sobie niektóre Wasze wypowiedzi, które przysłaliście mi właśnie na Twitterze. Jestem niesamowicie wdzięczna. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić jak bardzo wdzięczna i oniemiała, ile wniosłam w Wasze życie tym jednym opowiadaniem.
Kuku
PS. Blog w lipcu będzie obchodził równy rok. Historię opowiadałam wam w ciągu rok. Rok na 28 rozdziałów. Wow.

______________________________


* tydzień po minionych wydarzeniach *



Harry obracał w dłoniach nieco przywiędłą już nasturcję. Zimny wiatr smagał jego zaróżowione policzki, a niedopięta kurtka odbierała dopływ potrzebnego ciepła. Zdawał się tego nie zauważać.
Westchnął, wtykając kwiatek w niewielką szparę pomiędzy chodnikiem a nagrobkiem. Ułożył usta w cienką linię, wpatrując się w napis wygrawerowany złotym odcieniem.
- Cześć – jego warga zadrżała. – Czułem, że potrzebuję z kimś pogadać, ale jednocześnie nie chcę, by ktoś mi odpowiadał. Wiem, to bardzo dziwne. Dlatego przyszedłem tutaj – wzruszył ramionami. – Jakby nie patrzeć, trochę cię zamurowało, więc nie będziesz mi przerywał – parsknął, kręcąc głową w niedowierzaniu. Co on najlepszego wyprawiał? – Nie opuszczają mnie na krok. Liam uparł się, że poczeka w samochodzie, ale jeśli długo mi to zajmie, pewnie przyjdzie sprawdzić, czy znowu nie zwariowałem, więc… - wypuścił powietrze przez nos, odchrząkując cicho. Czuł się trochę niezręcznie. – Wiesz, Leighton wciąż się nie obudził. Uratował mi życie, a potem zapadł w tę kurewską śpiączkę i lekarze nie potrafią go wybudzić – odetchnął, starając się nie rozklejać wokół nieboszczyków. To byłby szczyt sieroctwa. – Prześladuje mnie myśl, że już się nie obudzi. I co jak co, ale nie mam zamiaru posyłać go w twoje sidła. Żebyś rozerwał mu gardło? Nigdy w życiu – uśmiechnął się blado. – Byłeś typem zazdrośnika i nawet jeśli lałeś na moją miłość ciepłym moczem, twoja zaborczość by cię przyćmiła. Wiem to.
Utkwił wzrok w płytce chodnikowej, podświadomie oglądając krążące po niej mrówki. Nie umiał patrzeć w marmurowy kamień, odkąd z niewiadomych przyczyn czuł, jakby Louis patrzył mu w oczy. Nawet za życia te niebieskie tęczówki przeszywały go do szpiku kości.
- Znalazłem lepszą wersję ciebie, wiesz? – kontynuował. – Nie zrobiłem tego celowo, po prostu… Po prostu tak wyszło, Lou. Leighton jest lepszą wersją ciebie. A ja nie wiem co dalej – jęknął, przecierając dłonią twarz. – Nie wierzę, że znowu gadam z grobem. Obiecałem sobie, że więcej tego nie zrobię – przerwał na chwilę, odważając się podnieść wzrok, zupełnie jakby spodziewał się dostrzec Louisa siedzącego naprzeciw. – Cofam to, co mówiłem. Oddałbym wszystko, byś się teraz odezwał i powiedział mi, jak to rozegrać. Zawsze wiedziałeś, co robić. Pomóż mi jakoś, daj znak, cokolwiek.
- W mojej podświadomości usłyszałem właśnie „Nie płacz, mały lokaty człowieku, załatwię to, zobaczysz”.
Harry podskoczył z przestrachem. Przez chwilę naprawdę myślał, że jakimś sposobem Louis ożył.
- Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć – Niall uśmiechnął się w geście skruchy, po czym ruszył w jego stronę, wspomagając się na kulach. Zayn, wciąż nadmiernie przewrażliwiony, asekurował go od tyłu, a Liam szedł tuż za nimi, chowając dłonie w kieszeniach swojej kurtki.
- Co wy tu robicie?
- Jak to co? Przyszliśmy na imprezę – kiedy Niall bezpiecznie dotarł do ławki, Zayn począł grzebać zmarzniętą dłonią w wewnętrznej kryjówce swojego płaszcza. – Wygonisz nas?
Harry uśmiechnął się, widząc butelkę czystej, którą Malik machał mu przed oczami.
- Jesteście niepoważni.
- I bezcześcimy cmentarz – dodał Niall, odrzucając swoje kule i sadowiąc się wygodnie obok Harry’ego.
Zayn pociągnął łyka z gwinta, krzywiąc się i przekazując butelkę zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Liam powtórzył jego czynności, może nawet marszcząc nos jeszcze bardziej, nim butelka wylądowała w dłoniach Harry’ego, który bez wahania przekazał ją prosto do Nialla.
- Zawsze zapominacie, że nie piję.
- Bynajmniej! – Liam rzucił w jego stronę małym kartonikiem, a Harry nie mógł powstrzymać śmiechu, gdy spojrzał na słodkiego, zielonego smoka na etykiecie soku pomarańczowego.
- Dzięki wielkie – Harry spojrzał na Liama, który machnął ręką, odwzajemniając jego uśmiech.
Wciąż nie poruszyli tego wiszącego nad nimi jak ciemna chumra tematu, jednak po raz kolejny to właśnie Payne okazał się dla Harry’ego największym wsparciem w najcięższych chwilach minionych dni. W jakiś sposób zbliżyli się do siebie, choć w pewien sposób wciąż utrzymywali niewielki dystans we wzajemnych kontaktach. Mimo to w ciągu ostatnich dni na ostrym dyżurze, kiedy to Harry w ogóle nie sypiał, nie jadał i można powiedzieć nie żył fizycznie, Liam spędzał z nim najwięcej czasu, dotrzymując mu towarzystwa przy łóżku Leightona. Doceniał to, próbując jakoś przełamać swoją niechęć w ciężkiej sztuce wybaczania.
- W zasadzie to liczyliśmy na ciebie. Ktoś musi odwieść nas do Londynu – zauważył Niall, kiedy opróżnił swoją kolejkę.
- Podstępne szumowiny – prychnął Harry, rozpakowując słomkę przyklejoną do opakowania. – Wszystko uknuliście.
Chłopcy zachichotali, relaksując się przyjemnym powietrzem sygnalizującym niechybne zbliżanie się nocy.
Niall przez kilka sekund obracał butelkę w dłoniach, nim ponownie odkręcił nakrętkę i wstał, podchodząc bliżej nagrobka.
- Niall, co ty… Niall, oszalałeś?! – Zayn zerwał się z miejsca, próbując wyrwać Horanowi butelkę. – Dałem za nią ostatnią kasę!
Liam o mało co nie przewrócił się ze śmiechu. Mając na uwadze obrażenia Irlandczyka, Malik nie chciał rzucać się na blondyna rozlewającego wódkę nad grobem Louisa. Istny komizm sytuacji. Nawet kącik ust Harry’ego nieznacznie drgnął.
- Wiesz, jak Louis by cię sprał, gdyby dowiedział się, że żałujesz mu wódki? – Liam pokręcił głową, przejmując od Nialla trunek. – Jak pijemy to tylko z nim albo wcale.
- Utrapienie pańskie, psia jego mać – Malik wrócił na swoje miejsce na zimnym chodniku. – Jak można tak bezcześcić wódkę?
- Oh, już nie przesadzaj. My się tylko dzielimy z naszym najlepszym przyjacielem – zauważył Niall, rozbawiony wracając na swoje miejsce. – Harry, okej?
Styles zamyślił się na moment. Po chwili uśmiechnął się, na co reszta spojrzała po sobie z dezorientacją. Harry pierwszy raz od bardzo dawna czuł się naprawdę okej. Pomijając fakt, że jego syn miał zaburzenia psychiczne, jego ataki paniki wróciły, a Leighton leżał postrzelony w szpitalu, było okej. Okej, bo imię Louisa nie wywoływało w nim dłużej rozpaczy, gniewu ani nawet smutku. Po prostu było, padało z ich ust i nie niosło ze sobą krzywdy, jaką dotychczas odczuwał z każdą mijającą rocznicą jego śmierci.
- Okej – powiedział w końcu, chichocząc cicho. – Okej.
- Ty nic mu nie dosypałeś do tego soku? – zapytał dyskretnie Malik, po czym wszyscy ponownie zanieśli się donośnym śmiechem.
- Wasze zdrowie! – Liam uniósł butelkę, biorąc łyka.
Siedzieli na cmentarzu dobre dwie godziny, nim przemarzli do reszty, decydując się na powrót do domu. Liam i Zayn wiedli prym, stawiając nie do końca postawne kroki. Harry dotrzymywał towarzystwa Niallowi, który mimo urazu kolana szedł znacznie stabilniej od zataczającej się dwójki. Chyba nie wypił tyle co oni, wiele kolejek zwyczajnie przeczekiwał, sprawiając wrażenie, jakby nad czymś dumał.
- Harry?
- Tak?
- Wiesz, że czeka na ciebie dużo spraw do… ogarnięcia – delikatnie dobierał słowa, starając się zbadać jego reakcję. – Praca, Leo, a do tego…
- A do tego muszę rozwieść się z Judith, postarać się o największy wymiar kary dla Morrisona i kupić mieszkanie. Co to dla mnie, Niall? – prychnął. – Bułka z masłem.
Niall uśmiechnął się, skinieniem dziękując Harry’emu, gdy ten przytrzymał dla niego bramę prowadzącą na prawie opustoszały parking.
- Zmieniłeś się. Od ostatniego razu, gdy tu byliśmy.
Harry wrócił pamięcią do dnia, kiedy spotkał się z Niallem na cmentarzu. Wszystko wyglądało inaczej. Życie sypało mu się na głowę i choć teraz było jeszcze gorzej, nastawienie Harry’ego wyglądało odwrotnie proporcjonalnie do siły narastającego nieszczęścia. Nie martwił się, nie dołował, a czekał, aż pojawią się nowe perspektywy, które pomogą mu rozwiązać wszystkie problemy, jakie stają na jego drodze. To chyba nazywa się optymizm.
- Zmieniłem się. Ale wy też się zmieniliście – zauważył. – Jesteśmy ze sobą blisko, więc oddziałujemy na siebie bardziej niż powinniśmy.
Niall zgodził się z nim, podchodząc do samochodu, gdzie Liam bez skutku przekonywał Zayna, że to on ma kluczyki w tylnej kieszeni jeansów. Bezskutecznie.
- Schlać się na cmentarzu, do czego to doszło.
- Ty się ciesz, że nie ma z nami paparazzi – Horan roześmiał się w swój charakterystyczny sposób, wyjmując kluczyki i przekazując je zdziwionemu Harry’emu. – Chyba nie sądziłeś, że powierzę im moje auto i alkohol jednocześnie.
Harry zawtórował Niallowi, z niedowierzaniem kręcąc głową i zgarniając grzywkę z oczu. Zabrzęczał jego telefon, więc odsunął się od zamieszania, kiedy to chłopaki próbowali wcisnąć swoje tyłki na tylne siedzenia.
- Styles, słucham?
- Panie Styles, tutaj doktor Frostenberg. Prosił pan o kontakt w razie gdyby…
- Obudził się?
Serce Harry’ego zamarło. Lekarz odetchnął głośno. Był wyraźnie zafrasowany.
- Tak, jest przytomny, jednak…
- Jednak?
- Nie jesteśmy w stanie złapać z nim kontaktu. Notorycznie milczy, chociaż mamy pewność, że nas słyszy. Usilnie nie otwiera oczu i nie odpowiada na pytania.
- Będę tak szybko, jak się da – w pośpiechu schował telefon, biegnąc do auta. Niall dostrzegłszy jego błysk w oczach, wcisnął pijanego Zayna do tyłu, nie bacząc na to, w jakiej pozycji się znajduje.
- Obudził się?
Harry pokiwał głową, siadając za kierownicą. Niall uśmiechnął się pod nosem, nim wsiadł do środka.
- Dzięki, Louis – szepnął w stronę cmentarza, czym prędzej pakując swoją chorą nogę na siedzenie pasażera.

*

Harry w biegu przekroczył oddział pooperacyjny, zbliżając się do znanych mu dobrze funkcjonariuszy policji.
- Mówiłem już, że pan Pevense nie odpowie na pańskie pytania.
- Tym razem jest przytomny – mężczyzna uśmiechnął się wyniośle, jakby powiedział coś bardzo bystrego. Dupek.
- Po tygodniu obudził się ze śpiączki, a pan myśli, że będzie chciał wracać do tego, co się wydarzyło? – Harry prychnął, zaciskając wargi. – Proszę stąd wyjść.
- Ale…
- Pan Styles powiedział, pana Stylesa się słucha – wybełkotał Zayn, słaniając się na miękkich nogach.
- Czy pan jest pijany?
- Zmęczony – Niall podskoczył do Malika, podtrzymując go niezdarnie. – Ciężki dzień, a już dość późno.
Policjant zmierzył wszystkich podejrzliwym wzorkiem, nim westchnął zrezygnowany.
- Wrócę jutro. Chciałbym wreszcie dostać swoje zeznania.
- Pieprz się.
- Proszę?
- Miłego wieczoru – Harry uśmiechnął się kąśliwie i skinął w stronę mężczyzn opuszczających korytarz. Westchnął w duchu, ciesząc się, że odeszli. – Panie doktorze?
Lekarz w białym uniformie wyszedł właśnie z sali, gdzie od kilkunastu dni przebywał Leighton.
- Oh, miło pana widzieć.
- Coś się zmieniło?
- Poza tym, że udało mi się wydusić z niego, czy chciałby napić się wody, nic – zaprzeczył, wczytując się w notatki zawarte w swoim podręcznym notesie. – W tej chwili ponownie zasnął. Jest bardzo słaby, ale organizm dobrze reaguje. Rana pooperacyjna powoli się goi.
- Czyli wszystko będzie dobrze? – wtrącił się Liam, który w porównaniu do Zayna jeszcze jakoś funkcjonował. Dłuższa podróż przy otwartym oknie chyba oczyściła jego ciało z toksycznych oparów. Choć Liam od zawsze całkiem dobrze znosił środki wysokoprocentowe.
- Wydaje mi się, że za tydzień zauważymy większą poprawę. Na razie jest stabilnie.
- Dziękujemy bardzo – Niall uśmiechnął się grzecznie, przepuszczając lekarza w stronę sąsiednich drzwi.
Harry odetchnął głęboko, zamykając oczy. Na razie jest stabilnie.
- Wszystko w porządku?
- Tak, tak – przytaknął, unikając zmartwionego spojrzenia Nialla.
- Na miłość boską – w korytarzu pojawiła się zdyszana Perrie. – Dziękuję, że dałeś mi znać, Niall.
- Do usług – blondyn uśmiechnął się, siadając na pobliskim krześle. Wciąż miał problemy z dłuższym nadwyrężaniem nogi.
- Pezz…
- Zayn, jak ty wyglądasz? – dziewczyna pokręciła głową z dezaprobatą. Złapała Zayna za podbródek, patrząc mu głęboko w oczy. – Gały ci się świecą jak latarnie morskie. Wiesz, że masz słabą tolerancję na alkohol, prawda?
- Oj tam, oj tam. Klon Louisa się ocknął!
- Naprawdę? – Perrie przeniosła wzrok na chłopaków, którzy potwierdzili nieśmiało. – Nareszcie. Jak się czuje?
- Harry dopiero do niego idzie.
Styles wciąż stał pod drzwiami, patrząc się w klamkę, ale wciąż jej nie naciskając. Czego się bał? Przecież czekał na ten moment od tygodnia.
- Idę z Harrym!
- Póki co, ty idziesz ze mną – Perrie wzięła Zayna pod rękę, kierując się w stronę wyjścia. – Przyjadę z samego rana. Judith i Leo wrócili pociągiem do Cheshire.
Harry obrócił się do blondynki. Przytaknął porozumiewawczo, po czym westchnął ciężko. Długo rozważał tę kwestię, ale ostatecznie zdecydował, że sprzedaje swoje udziały w Cheshire East Records i przenosi się do Londynu. Nie był przekonany, jednak czuł, że tutaj na nowo odżyje. Większe miasto, większe perspektywy. Żal mu tylko odległości, jaka dzieliłaby go od Leo. Musi porozmawiać z Judith o ewentualnej przeprowadzce. Ale jeszcze nie teraz.
- Harry? Słyszysz mnie?
- Co? Tak. Tak. Nie – przetarł dłonią zmęczone spojówki. – Przepraszam. Zamyśliłem się.
- Pytałem, czy idziesz się z nim zobaczyć? – Niall spojrzał na niego zatroskany. – Jesteś zmęczony, może…
- I tak śpi. Chcę go tylko... Chcę tam być.
Horan kiwnął głową w zrozumieniu, wstając i podpierając się o Liama.
- Śpisz dziś u mnie?
Payne wzruszył ramionami, ruszając za Niallem do wyjścia.
- W sumie…
- Do zobaczenia jutro, Hazz. Nie siedź za długo.
Harry uśmiechnął się, wodząc za nimi wzrokiem, nim zniknęli za rogiem, gdzie znajdowały się windy. Odetchnął głęboko, kładąc dłoń na srebrnej gałce. Teraz albo nigdy.
Drzwi ustąpiły z lekkim skrzypnięciem. Oczom Harry’ego ukazał się widok, do jakiego przywyknął – ciemne żaluzje, niewielka lampka na stoliku, niewygodne krzesło i… Leighton. Spał, a jedyne co pozwalało mu wierzyć lekarzom, że faktycznie wcześniej się wybudził, to inne ułożenie dłoni.
Przez te dni zdążył nauczyć się na pamięć rysów jego twarzy, tatuaży na ramionach, znał dokładne położenie każdego pieprzyka na szyi, których swoją drogą naliczył tam aż siedem. Klatka piersiowa unosiła się szybciej niż dotychczas, ale też bardziej niespokojnie, jakby coś zakłócało beztroski sen chłopaka. Na ramieniu widniał świeżo zmieniony opatrunek. Podobnie z raną w okolicach żeber.
Harry podszedł bliżej, po cichu siadając na krześle. Nie chciał go budzić, nawet jeśli ledwie dostrzegalny grymas rysował się na jego nieskazitelnym obliczu.
Po tygodniu bezkarnego wpatrywania się bez strachu przed przyłapaniem, Harry wiedział o Leightonie więcej niż wcześniej. Pomimo że był nieprzytomny, wyczuwał, gdy dręczyły go koszmary, a kiedy przyjemniejsze myśli. Czasami Harry z nim rozmawiał, wtedy zmarszczka na czole zniknęła, ustępując miejsca czemuś łagodniejszemu. To trzymało go w ryzach, dając nadzieję, że Leighton naprawdę gdzieś tam jest i walczy z własnymi słabościami, by w końcu się wybudzić. I oto jest.
Nie mogąc się powstrzymać, Harry przejechał dłonią po delikatnej fakturze skóry na policzku. Lekki zarost drażnił jego opuszki, kiedy nie do końca świadom swoich ruchów, krążył palcami od lekko zarysowanej żuchwy aż po kąciki oczu. Leighton był piękny. Nawet tutaj, nawet teraz, nawet poturbowany i postrzelony. Był idealny.
Harry oblizał spierzchniętą wargę, zaprzestając swojej wędrówki i splatając swoją dłoń z dłonią chłopaka. Uśmiechnął się nieśmiało na ten widok, nim przycisnął głowę do jego ręki. Policzek zderzył się z ciepłą skórą, wywołując przyjemne dreszcze gdzieś w okolicy karku. Zamknął oczy, rozkoszując się chwilą spokoju i… Nawet nie pamiętał, kiedy udało mu się zasnąć.


Obudziły go delikatne ruchy gdzieś w okolicach skroni. Z oddali dochodził rutynowy odgłos porannej krzątaniny. Pacjenci wchodzili, wychodzili, a głośne echo butów z nadmierną głośnością wpadało do pokoju przez lekko uchylone drzwi.
- Liam, wyjdź… - burknął pod nosem, zatapiając twarz w pościeli. Coś się nie zgadzało. Wiedział, że zasnął na krześle, jednak teraz było mu jakoś wygodniej.
Niepewnie uchylił oczy, od razu rażony jarzeniówkami tuż nad sufitem.
- Psia mać – jęknął cicho, przykładając dłoń do oczu. Przetarł powieki, powoli przyzwyczajając się do światła.
W końcu rozejrzał się po pomieszczeniu. Wszystko było tak jak dawniej… Ciemne rolety, niewygodne krzesło, niewielka lampka na stoliku nocnym, Leighton patrzący na niego błękitnymi tęczówkami i… Stop.
Harry otworzył usta, jednak nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Przypomniał sobie wydarzenia dnia wczorajszego. Jak Zayn i Liam upili się na cmentarzu, telefon lekarza, szybki powrót do Londynu, jak zasnął na Leightonie. Siedział jak sparaliżowany, nie potrafiąc wydobyć z siebie głosu, a tym bardziej zdobyć się na jakikolwiek ruch. Leighton nadal patrzył.
- Jak się spało? – chłopak uśmiechnął się delikatnie, a pierwszym, niekontrolowanym odruchem Harry’ego było rzucenie się na niego. Oparł głowę w zagłębieniu między szyją a ramieniem Leightona, mocno obejmując go ramionami. – Ugh, Harry…
- Przepraszam – Harry otrząsnął się, przypominając sobie o ranie przy prawym boku, gdzie właśnie ułożył swoją rękę. – Boże, przepraszam.
Leighton machnął dłonią, nie przestając intensywnie badać go wzrokiem.
- Nic ci nie jest? – uniósł drżącą rękę, błądząc nią po twarzy Harry’ego, jakby szukając jakiegokolwiek zadrapania, rany, blizny.
- Uratowałeś mi życie – wypalił Harry, chwytając jego dłoń w swoją własną. – Dlaczego, przecież…
- Nie mówmy o tym. Zapomnijmy o tej sytuacji.
- Zapomnijmy? A-ale… Jak zapomnijmy? – Harry potrząsnął głową, a kilka kosmyk opadło mu na czoło.
Leighton zgarnął je pomiędzy palce i bawił się nimi przez chwilę, nie odrywając wzroku od twarzy Harry’ego.
- Po prostu mi podziękuj i wróć do swojego życia.
- O czym ty mówisz?
- Nie musisz czuć się winny – rzucił ochrypłym głosem. – Nie zrobiłeś nic złego. To była moja odpowiedzialna decyzja. Możesz ruszyć dalej.
- Co?
- Harry – Leighton pokręcił głową wyraźnie rozbawiony. – Uratowałem ci życie. Tak. Po to byś z niego korzystał i naprawił to, co wymaga naprawienia. Nie zmarnuj tego, okej?
Harry przytaknął w zamyśleniu.
- Cieszę się – Leighton splótł ze sobą ich palce, opuszczając wzrok. – A teraz idź już, nim zrobię się zbyt emocjonalny.
- Dlaczego mnie wyganiasz?
- Bo tak będzie lepiej, Harry – Leighton przełknął, z bólem serca cofając swoją dłoń. – Lekarz mówił mi, że byłeś tu codziennie. Nie będę w stanie nigdy ci się za to odwdzięczyć.
- Jesteś tutaj, bo stanąłeś przed wymierzonym we mnie pistoletem, jak ja mam się tobie odwdzięczyć? – Harry nie wiedział, kiedy zaczął płakać. Zrozumiał to dopiero, gdy Leighton delikatnie starł z jego policzka pojedynczą łzę. – Dlaczego mnie odtrącasz?
- Jestem źródłem nieszczęścia w twoim życiu. Zgadzam się z tymi słowami. I lepiej będzie, jeśli po prostu się od ciebie odsunę. Jakby nigdy mnie nie było. Jakbym nigdy nic nie sknocił.
- Nie możesz – Harry zaprzeczył energicznie, bawiąc się palcami chłopaka, które pochwycił w swoje ogromne dłonie. Leighton był teraz jeszcze mniejszy niż wcześniej. A może zawsze był taki kruchy? Może siła jego charakteru była większa niż jego postura? Musiał wylądować w szpitalu, by Harry wreszcie zdał sobie z tego sprawę?
Ktoś zapukał do drzwi, a po chwili do środka wkroczyła uśmiechnięta od ucha do ucha pielęgniarka.
- Panie Pevense, komisarze chcieliby z panem porozmawiać w sprawie wydarzeń, które miały miejsce przed tygodniem. Czy jest pan gotowy, czy może…
- Niech wejdą – Leighton przytaknął. – Już kończymy.
Dziewczyna posłusznie wyszła z pokoju, mówiąc, że przyśle ich za pięć minut.
Harry wciąż intensywnie wpatrywał się w Leightona, który też nie krył się z tym, że płacze. To tylko potęgowało targające nim emocje.
- Kocham cię.
Harry jak na zawołanie zaszlochał jeszcze bardziej, przyciskając wolną dłoń do ust.
- Kocham cię, Harry i zdałem sobie z tego sprawę, kiedy zobaczyłem, że mogę cię stracić. Wiesz, o czym myślałem, kiedy ten pierdolony – syknął, kiedy uniósł się nieznacznie. Rana w lewej ręce zabolała. – Doznałem tej chorej świadomości, że wolę, byś żył gdzieś beze mnie, niż gdybyś nie żył w ogóle. I nigdy nie czułem czegoś podobnego. Po prostu musiałem cię odepchnąć. Musiałem zrobić wszystko, byś żył dalej. Nawet kosztem siebie.
- Leighton, ja…
- Łudziłem się, że tego nie przeżyję. Wtedy ominęłaby mnie ta rozmowa. Wtedy byłoby mi łatwiej odejść.
- Leighton, nie możesz nigdzie odejść do cholery!
Do pomieszczenia weszli policjanci, którzy zatrzymali się w progu, widząc zaistniałą sytuację.
- Nie możesz odejść, bo ja też cię kocham. Bardziej niż powinienem i bardziej niż bym chciał, ale nic, ale to nic nie mogę na to poradzić. Rozumiesz? – zaszlochał, drżąc na całym ciele. – Rozumiesz? Nic.
Leighton uśmiechnął się.
- Mnie też nie jest łatwo. Ale spójrz na to z innej perspektywy. Nigdy więcej nie sprowadzę niebezpieczeństwa na ciebie, na Leo, na Nialla ani nawet na przeklętego Zayna i jego boskiej twarzy.
Harry zachichotał w trakcie łkania, a Leighton nie przestawał ocierać jego łez.
- Kiedy myślałem, że umrę, powiedziałeś mi, żebym się z tobą nie żegnał. Wobec tego to jest właściwe pożegnanie, Harry. Tutaj i teraz.
- Dlaczego?
- Bo tak będzie lepiej.
Harry przytaknął. Przytaknął, choć nic nie będzie lepiej. Już nie. Teraz, gdy Morrison zniknął, kiedy pojawiła się szansa na coś lepszego, na namiastkę czegoś wspaniałego, wszystko prysło jak bańka mydlana. Gdzieś wewnątrz Harry’ego pojawił się jednak obraz Leo. Biednego, małego Leo całkowicie zniszczonego psychicznie chłopca, który nie odzywał się ani słowem. Nie mówił, jakby porwanie odebrało mu zdolność porozumiewania się. I wtedy zrozumiał, że może faktycznie tak będzie lepiej.
- Jesteś pewien?
- Tak, Harry. Jestem pewien.
- Przepraszam, ale – funkcjonariusz przypatrujący się całej scenie, ten, który tak uporczywie działał Harry’emu na nerwy przez cały pobyt Leightona w szpitalu, ten pieprzony facet właśnie im przerywał. – Winston Churchill powiedział kiedyś „Jeśli przechodzisz przez piekło, idź dalej.” – odchrząknął znacząco, spuszczając wzrok. – Tak tylko mówię, że czasem jak jest ciężko, to nie oznacza, że jest źle i no ten... Nieważne – ciągnąc swojego towarzysza za mundur, wycofali się, bełkocząc coś o tym, że przyjdą za chwilę.
Leighton i Harry uśmiechnęli się do siebie, nim po raz ostatni Leighton spojrzał na Harry’ego.
- Bóg ukrył piekło w samym sercu raju – Leighton pogładził policzek Harry’ego, przytaczając jeden ze swoich ulubionych cytatów. Przymknął oczy, starając się pohamować łzy. – Żegnaj Harry.
- Że-żegnaj Leighton.
Harry nie chciał, ale rozumiał. Naprawdę skrycie to wszystko rozumiał i próbował być racjonalny. Chciał wyjść z tego z godnością.
Stanął na równe nogi, choć czuł, że w każdej chwili, gdy tylko minie próg tej sypialni, na pewno upadnie. Jak miał stać, kiedy ktoś odebrał mu połowę duszy?
Puścił jego dłoń, kierując się drętwo w stronę wyjścia. Przystanął niepewnie, raz jeszcze oglądając się za siebie.
Nie mógł tego powstrzymać. Wrócił do łóżka, pochylając się nad chłopakiem. Biorąc w dłonie jego mokre od łez policzki, pocałował go. Delikatnie, stanowczo, inaczej niż zwykle.
- Wiedziałem, że to zrobisz.
Harry uśmiechnął się, czując jak Leighton uśmiecha się prosto pod jego wargami. Lekko potarł swoim nosem o jego, chłonąc każdy najmniejszy aspekt tamtej chwili.
Poczuł jak coś małego ląduje w jego dłoniach. Spuścił wzrok, dostrzegając zwitek papieru.
- Przeczytaj, jak wyjdziesz.
Harry kiwnął głową, przejeżdżając ręką po włosach Leightona.
- Idź już, proszę.
Słysząc te słowa podniósł się, definitywnie i bez obracania wychodząc, zamykając za sobą powłokę białych drzwi. Osunął się po nich, zanosząc się gorzkim płaczem. Rozwinął zwitek, a jego oczom ukazała się wyrwana kartka z czyjegoś dziennika.
Data głosiła, że był to ostatni dzień, gdy Leighton i Harry spokojnie pracowali razem nad piosenkami.

All that I'm after is a life full of laughter
As long as I'm laughing with you
I think that all that still matters is love ever after
After the life we've been through
'Cause I know there's no life after you*

Harry zapłakał jeszcze głośniej, oddychając spazmatycznie.

Ponieważ nie ma życia po tobie…


*

Kolejne tygodnie upływały niemiłosiernie szybko. Niepostrzeżenie Leighton wydobrzał, prawie całkowicie unikając efektów ubocznych mocnego postrzelenia. Pozostało mu tylko zmierzyć się z policją, która chciała znać najmniejsze szczegóły odnośnie nielegalnego działania Leightona w filii Morrisona.
- Panie Pevense, wypis czeka na podpisanie - lekarz uśmiechnął się przyjaźnie, zaglądając do pokoju chłopaka.
- Tak, momencik. 
Narzucił na plecy swoją torbę, wychodząc na korytarz. Niall kręcił się tutaj od czasu do czasu, myśląc, że Leighton o tym nie wie. Niestety, jego tajny plan podglądania zawiódł, gdy któregoś razu, kiedy Pevense próbował wrócić do dawnej sprawności, spacerując po korytarzu, Horan zasnął na krzesłach, śliniąc się rozkosznie i uwodząc wszystkie pielęgniarki. 
Chłopak uśmiechnął się na wspomnienie tamtej chwili. Przyjaciele Harry'ego wciąż byli z nim w niedoli, a to podnosiło go na duchu. Podpisawszy wypis, Leighton skierował się w kierunku wind.
- Panie Pevense!
Jedna z jego ulubionych pielęgniarek dogoniła go, wręczając małe pudełeczko.
- Zostałam poproszona o przekazanie wraz z dniem, gdy wreszcie pana wypiszą. 
- Od kogo?
- Nie mam pojęcia - wzruszyła ramionami. Leighton zauważył, że kłamała, ale najwyraźniej sam miał przekonać się, kim jest nadawca. - Uważaj na siebie - dziewczyna poklepała go po ramieniu i wróciła do recepcji, a Leighton niespiesznie wszedł do windy. Niecierpliwiąc się, otworzył pudełko.
Zmarszczył brwi, gdy jego oczom ukazały się trzy rzeczy. 
Płyta, niepodpisana i nieoznakowana, dopiero na spodzie opakowania mieścił się mały napis wygrawerowany tak dobrze znanym mu pismem.
Dema wszystkiego, co napisaliśmy. Nagrałem je. Może kiedyś zechcesz to wykorzystać. W głównej mierze są twoją zasługą. Proszę. Nie zmarnuj tego.
Następnie karta kredytowa, a przy niej mała samoprzylepna karteczka.
Nie przyjmuję zwrotów. Uratowałeś mi życie, bym naprawiał to, co wymaga naprawienia. Twoje życie go wymaga...
Leighton przełknął głośno, odkładając ją. Bał się na samą myśl, jaką kwotę przekazał mu Harry. 
Trzecia, ostatnia rzecz jaka znajdowała się w kartonie to kartka. Zwykła kartka bez żadnych niespodzianek.
Jeśli kiedykolwiek zmienisz zdanie...
South Ealing Street 234 
Leighton oparł głowę o lustro znajdujące się wewnątrz pomieszczenia. 
Harry kupił mieszkanie w Londynie.
Harry dał mu pieniądze.
Harry dał mu przepustkę do innych wytwórni. 
Leighton westchnął, chowając podarunek do torby i pierwszy raz od dawna wychodząc na chłodne, rześkie powietrze poranka. Rozejrzał się po okolicy, uśmiechając nieznacznie.
Miał tyle szans, tyle perspektyw i planów, a Harry Styles pozwolił mu je zrealizować.
- Dziękuję - szepnął sam do siebie, ruszając w nowe, lepsze życie.


*fragment tego utworu przypisany jako kolejne dzieło Leightona.




wtorek, 24 czerwca 2014

Rozdział 27 cz. 2

Leighton notorycznie sprawdzał wyświetlacz swojej komórki. Perrie przysłała mu wiadomość, że wszystko poszło po jej myśli i wraca do domu, do dzieci. Chłopak westchnął z ulgą. Co jak co, ale Zayn nie wahałby się ani chwili, by urwać mu łeb, gdyby coś jej się stało. I tak wystarczająco mu pomogła. Bez niej musiałby obmyślić coś mniej godnego sukcesywnej realizacji. Musiał jej później podziękować.
Ponownie rzucił okiem na godzinę. Jeśli sprawy potoczą się pomyślnie, za 5 minut Tyler powinien otworzyć mu boczne przejście do „Jacksonville”.
- Jesteś pewien?
Leighton obrócił się nieznacznie, słysząc znajomy głos.
- Tak.
Zamarł, przymykając powieki. Psia jego mać!
Podszedł do krawędzi uliczki, gdzie wciąż w jakiś sposób kryła go ciemność, po czym delikatnie wyjrzał na główną drogę. Stali tam. Harry, Liam i jego żona we własnej osobie. Chwilę mierzył ich wzrokiem, nim przypomniał sobie, że Morrison w każdej chwili może opuścić klub, wyruszając na udawane poszukiwania Leightona. Psia jego mać razy dwa! 
Chciał przykuć ich uwagę, by ulotnili się z pola widzenia, jednak nie mógł krzyknąć, by nie zwracać na siebie nadmiernego zainteresowania przechodniów czy też ludzi pod budynkiem. Na szczęście problem rozwiązał się sam, kiedy jak na zawołanie Harry spojrzał prosto w jego kierunku. Wzdrygnął się, lecz nie spuścił spojrzenia przez kilka długich sekund. W jego tęczówkach Leighton dostrzegł złość, irytację i odrobinę ulgi, choć nie miał stuprocentowej pewności. Pamiętał, co powiedział mu kilka godzin temu. Był źródłem nieszczęścia w jego życiu. Zrozumiał to i zaakceptował.
- Tędy – szepnął Harry, wraz z Liamem i Judith skierowali się w jego stronę, kiedy Leighton wreszcie przerwał kontakt wzrokowy i zawrócił, jeszcze bardziej chowając się w podwórku.
- Czy aby na pewno… Oh – Liam zamarł w pół słowa, widząc opartego o ścianę Leightona. – Skąd wiedzia…
-  Napomknął mi o tym w jednej z rozmów – Harry wzruszył ramionami, nie przestając skanować Pevensego, który nerwowo sprawdzał swoją komórkę.
- Nie chcę być niemiły, ale jeśli już postanowiliście działać na własną rękę, wypadałoby robić to dyskretniej – syknął chłopak, kątem oka widząc, że Harry bacznie go obserwuje.
- Byliśmy wystarczająco ostrożni – wtrąciła się Judith. – Całe szczęście Harry miał rację, a teraz gdzie…
Przerwał jej głośny stukot otwieranych drzwi. Tyler wychylił się na zewnątrz i skonsternowany zmarszczył brwi. Nie spodziewał się dodatkowego towarzystwa.
- Mówiłeś, że…
- Ja ich tutaj nie zapraszałem – warknął Leighton. – Morrison na pewno wyszedł? Niektórzy postanowili zrobić sobie spacerek pod głównymi drzwiami.
- Możesz zachować swoją pierdoloną ironię na inną okazję?
- Bardzo bym chciał, ale rujnujecie mój całkiem dobry plan odzyskania twojego dziecka.
- Leo? – Harry zignorował docinkę, przenosząc wzrok na mężczyznę w drzwiach. – Leo jest… Hej, znam cię.
- Powiedzmy, że to nie było miłe pierwsze spotkanie, panie Styles – chłopak prychnął, zakładając ręce na piersi.
Harry stanął jak wryty, odtwarzając w głowie jego głos.
- T-ty… To ty mnie goniłeś. Wtedy, w parku. Krzyczałeś do mnie.
- Nawet jeśli. Czy to ważne?
- Podsumowując, że powinieneś być martwy to tak, to cholernie ważne.
- Zaraz. Co? – Judith wyglądała na skonsternowaną, ale Liam tylko położył jej dłoń na ramieniu, dając niemy znak, by nie interweniowała.
Harry i Tyler wciąż się o coś wykłócali, gdy nagle Leighton uderzył pięścią w stojący nieopodal śmietnik. Wszyscy zamilkli.
- Harry, jesteś o tym stuprocentowo przekonany?
- Sugerujesz, że kłamię?
- Na miłość boską, chcę tylko wiedzieć, czy zabiłem tamtego mężczyznę przez pierdoloną pomyłkę – krzyknął, wbijając mordercze spojrzenie w Stylesa. – Zabiłem go, bo próbował cię kurwa postrzelić, a teraz okazuje się, że pomyliłem ludzi? – przeniósł wzrok na Tylera. Kiedyś naprawdę się przyjaźnili i coś ścisnęło go w gardle. – Co to za szopka?
- Nie żebym naciskał, ale wewnątrz znajduje się dziecko, które rzekomo chcesz uratować, a Morrison nie będzie wiecznie na wycieczce.
- Idę po niego.
- Nigdzie nie idziesz – Leighton doskoczył do drzwi, tarasując drogę Harry’emu. Kiedy ten próbował się przecisnąć, z całej siły przyparł go do ściany. Ich twarze znajdowały się raptem kilka milimetrów od siebie, gdy pożerali się spojrzeniami. Jak szybko można przejść od miłości do nienawiści? – Mam plan. Pójdziemy tam razem. Potrzebuję twojego zaufania.
Harry długo nie spuszczał wzroku. Czytał w błękicie tęczówek Leightona, w głębi duszy zastanawiając się, dlaczego nie może go od siebie odrzucić. Nawet jeśli bardzo by tego chciał, czuł, że nie poradzi sobie bez tych palców kurczowo zacieśniających uścisk na jego nagich ramionach. Zupełnie jakby magnetyczna aura bijąca od chłopaka trzymała go w ryzach. Dosłownie i w przenośni.
- Za często ci ufałem.
- Nigdy nie wyszedłeś na tym źle.
Harry przełknął, na chwilę spuszczając wzrok. Miejsca, w których czuł trzymające go dłonie Leightona, paliły jego skórę. Miał wrażenie, że płonie pod naciskiem jego spojrzenia, jego dotyku, jego całego. Wszystko w tym pieprzonym chłopaku było osobistą definicją potrzasku Harry’ego. Potrzasku uczuć.
- Ufam ci.
Leighton ledwie dostrzegalnie kiwnął głową, odsuwając się od Harry’ego i zwracając się do Tylera.
- Idź na dół i zwolnij faceta z warty. Dołączymy za 5 minut, by odebrać chłopca.
Chłopak posłusznie przytaknął, mijając ich i wchodząc do środka. Zatrzymał się jednak w pół kroku i nie odwracając się, powiedział:
- Goniliśmy was we trzech. Ja zaczaiłem się w parku, żeby dorwać cię, gdy niczego się nie spodziewając przetniesz szlak. Nie wiedziałem, że to Harry. I nie sądziłem, że ruszysz mu na ratunek.
Leighton wpatrywał się w mocno zarysowane mięśnie barków opinane przez czarną koszulkę. Zabił niewinnego człowieka. Może nie do końca niewinnego, ale to nie on chciał skrzywdzić Harry’ego. To był Tyler, jego przyjaciel, co jeszcze bardziej potęgowało to dziwne uczucie rozchodzące się wewnątrz.
- Zwiałem, kiedy zdałem sobie sprawę, że nas pomyliłeś. Sam rozumiesz. Motto w tym biznesie głosi „Chroń swoją dupę”, Leighton. I ty właśnie trochę wysuwasz się przed szereg. Oby nie przyszło ci za to zapłacić.
Odgłos wydawanego strzału wydobył się z wnętrza budynku.
Judith podskoczyła, z przerażeniem łapiąc kontakt wzrokowy z Harrym.
- Czy to…
- Zajmę się tym – rzucił Tyler, szybko znikając w korytarzu.
Leighton stał jak posąg, oddychając ciężko. Harry obserwował go i cholernie chciał coś zrobić. Chciał zaradzić poczuciu winy i beznadziei, jakie malowały się w jego oczach. Ale nie mógł. Musiał trzymać dystans, a co najważniejsze musiał odzyskać dziecko.
Drugi wystrzał.
Tym razem nawet Pevense zmarszczył brwi. Podniósł głowę, starając się wypatrzyć coś wewnątrz budynku.
- Dosyć, idę tam.
- Harry, miało być 5 minut.
- On ma niespełna sześć lat, Leighton! – krzyknął Harry, wchodząc do środka.
- Niech go piorun trzaśnie, kurwa – Leighton przeklął pod nosem, odwracając się do Liama i Judith. – Zostańcie tu i w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa po prostu spieprzajcie.
Nie czekając na ich reakcję, rzucił się za Harrym, który otwierał wszystkie możliwe drzwi, starając się znaleźć te właściwe. Sam nie wiedział, co podpowie mu, że dobrze trafił. Po prostu magicznie wierzył, jakoby miejsce pobytu Leo samo się przed nim pojawiło.
- Harry – Pevense dogonił go, delikatnie acz stanowczo ciągnąc za ramię. – Harry, cholera! Drugie schody po prawej. Na dole jest piwnica.
Styles wymienił z chłopakiem krótkie, porozumiewawcze spojrzenie, nim oboje ruszyli w wymienionym kierunku.
Faktycznie, tuż za powłoką zielonych drzwi znaleźli się przed ogromną ilością schodów prowadzących w niezbyt przyjemnie pachnące podziemia lokalu.
- Dorwę skurwysyna – Harry zacisnął dłonie w pięści, ostrożnie ruszając w dół i obserwując pajęczyny i kurz zalegające w pomieszczeniu. Leo niczym nie zasłużył sobie na przebywanie w takich warunkach, w tych pełnych zacieków ścianach.
- Harry – Leighton mocno szarpnął go do tyłu, gdy ten już chciał wkroczyć do pokoju, z którego padała smuga światła. Styles uderzył w ścianę, patrząc na chłopaka z irytacją, gdy ten zatkał mu usta dłonią, przykładając sobie palec do ust. Sam delikatnie wcisnął się przed Harry’ego, zaglądając do środka.
- L-Leighton? – damski głos pełen niedowierzania dotarł do ich uszu.
- Boże, Cam – Leighton nie mógł uwierzyć własnym oczom. Rozejrzał się po pomieszczeniu, gdzie znajdowały się zwłoki zastrzelonego Tylera. W rogu na materacu leżała Camilla, jego najbliższa przyjaciółka. Naprzeciwko siedział chłopiec, który piąstkami obejmował swoje kolana, głowę ukrywając między nogami. Dygotał, a raczej drżał na całym ciele. – Leo – powiedział machinalnie, tym samym Harry wyminął go, wbiegając do pokoju. Westchnął z ulgą, przykładając dłonie do twarzy.
- Jezus Maria, Leo.
Chłopczyk podniósł wzrok i momentalnie zastygł w miejscu. Jego warga zadrżała, nim z prędkością światła począł czołgać się w stronę Harry’ego. Ten nie wahając się ani chwili dłużej, pobiegł w jego stronę, chwytając w swoje ramiona i przyciskając do piersi. Leo mocno zacisnął uścisk na jego szyi, nie kryjąc się dłużej ze swoim płaczem. Szlochał w koszulkę Harry’ego, a ten kiwał się z nim w tę i z powrotem, szepcąc ciche „przepraszam” za każdym razem, nim pocałował go w czubek głowy.
Leighton uśmiechnął się półgębkiem, wycofując się wgłąb pokoju i doskakując do Camilli.
- Mój Boże, ja myślałem… Sądziłem, że znowu pojechałaś na jedną ze swoich wycieczek i nie dałaś mi znać – chłopak pogłaskał ją po policzku, a ta wpatrywała się w niego tępym wzrokiem, po policzkach płynęły gorzkie łzy. – Jak się tu znalazłaś? Przecież się od niego uwolniłaś, przecież żyłaś na własną rękę i… O mój boże, co on ci zrobił – westchnął zrezygnowany na widok kontuzji i otarć, jakich doznała. – Dlaczego tak się zachowujesz? Co oni ci zrobili? Cama, mów do mnie, do cholery!
- Ja, ja… - dziewczyna spuściła wzrok, pociągając nosem. Nagle płaczący Leo zamilkł włącznie z uspokajającym szeptaniem Harry’ego. Leighton przełknął głośno, widząc, gdzie podąża spojrzenie jego przyjaciółki. – Przepraszam Leighton.
Pevense niespiesznie otrzepał spodnie z kurzu i wstał. Powoli, wręcz mozolnie, obrócił się, napotykając spojrzenie ciemnych tęczówek.
- Witaj z powrotem.
Morrison trzymał broń wycelowaną prosto w Harry’ego, który zdawał się nie dbać o niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą osoba Jacksona. Jakby nigdy nic uklęknął, stawiając Leo na ziemi, co było dosyć trudne, biorąc pod uwagę, że chłopiec kompletnie nie umiał funkcjonować. Trzymał się Harry’ego jak tratwy, kiedy ten starał się jedną ręką zdjąć z siebie płaszcz, nim narzucił go na zmarznięte ramionka chłopca. Następnie wziął go na ręce, chowając w zagłębieniu swojej szyi i śmiało spoglądając najpierw na Morrisona, potem na Leightona, który jedyne, o czym teraz marzył, to by Harry z Leo mogli stąd najzwyczajniej zniknąć.
- Chciałeś mnie oszukać.
Leighton zagryzł wargę, przymykając powieki. Nie spodziewał się tego. Nie mógł zrozumieć, dlaczego plan zawiódł. Co mogło pójść nie tak.
- Chciałeś mnie kurwa oszukać. Chciałeś zrobić ze mnie kretyna! – z każdym kolejnym słowem jego głos podnosił się o oktawę.
- Wypuść ich.
- O nie, mój drogi – ręka Morrisona drżała. Był wkurzony. Obłęd powoli przejmował nad nim kontrolę. – Niby jakim prawem miałbym odesłać tego człowieka, przez którego uciekłeś. Swoją drogą, dzięki któremu wyczułem twój chytry, durny spisek – parsknął.
A więc to tak. Morrison, ku jego przeczuciom, dostrzegł Harry’ego przed „Jacksonville”. Psia mać do kwadratu! Mówiłem!
- Uciekłem z własnej woli – powiedział spokojnie, zdobywając się na podniesienie wzroku.
- Myślisz, że jestem ślepy?! – warknął gardłowo. – Myślisz, że nie wiem, co między wami było? Że nie wiem, co skłoniło cię, byś rzucił to wszystko i najzwyczajniej kurwa w świecie wyjechał?!
Harry wciąż niezrażony lufą wymierzoną w jego kierunku, starał się uspokoić Leo. Ukrył twarz we włosach dziecka, z delikatnym przerażeniem obserwując Leightona.
Zginiemy.
To jedyna myśl, jaka krążyła po jego głowie. On, Leighton i teraz jeszcze Leo zapłacą za niezdiagnozowaną nadpobudliwość pierdolonego gangstera. Nie mógł do tego dopuścić.
- Kiedy Harry jechał ze mną samochodem, kiedy zaoferował mi pieniądze, by zwolnić cię z moich usług – Leighton zdziwiony podążył wzrokiem na Harry’ego. Nie wiedział o takiej sytuacji. Nie zdążyli jej przedyskutować. Ba, Harry nie zdążył mu powiedzieć, że jechał gdziekolwiek z tym świrem. – W tamtym momencie zrozumiałem, że jakimś cudem ten facet jest gotowy zrobić wszystko, by cię uratować. Czy nie jest to ironiczne? – prychnął. – No powiedz mi, Leighton. Czy nie jest ironiczne to, że mała, nic niewarta szmata tak po prostu ujęła serce jednego z najbogatszych Brytyjczyków? – Morrison splunął, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Nic do niego nie czuję – Harry pierwszy raz zdecydował się zabrać głos. – Jeśli do tego pijesz to nie, nie zabiorę ci go. Jest twój. A teraz pozwól mi stąd wyjść. Nie obchodzi mnie, co z nim zrobisz.
Leighton pomimo sytuacji w jakiej się znajdowali, chciał płakać. Nie pamiętał, kiedy ostatnio zdarzyło mu się tak oberwać. Mentalny policzek wymierzony prosto w jego kierunku zabolał bardziej niż te wszystkie oszczerstwa, jakie rzucił pod jego adresem Morrison. Harry już go nie kochał. Czy kiedykolwiek kochał? Czy można to nazwać miłością, czy tylko zauroczeniem? Nadmiernym podobieństwem do niedoszłego chłopaka, kretynie.
- Trochę za późno, Romeo – Morrison zachichotał szyderczo. – Bo jakimiś sposobem jesteś jedynym źródłem szczęścia tej małej dziwki. I nie zamierzam tego tolerować.
Harry zamknął oczy, oddychając głęboko. Mocniej zacieśnił uścisk w okół Leo.
- Okej, pozwól mi chociaż wynieść stąd syna.
- Ja go tu nie trzymam, niech zmiata – wydął wargę, wywracając oczami. – Nie upadłem tak nisko, by zabijać dzieci.
Godne podziwu – pomyślał Harry. Próbował postawić chłopca na ziemi, ale jego nogi uginały się za każdym razem, gdy już wydawało mu się, że utrzymuje równowagę.
- Leo, skarbie, musisz dać radę – Harry pocałował go w czoło, przejeżdżając palcami po bujnych lokach. – Leo, musisz uciekać.
Chłopczyk załzawionymi oczami patrzył na Harry’ego, który miał wrażenie, że się rozpada. Czy to był ostatni raz, kiedy widział swojego syna? Nie będzie mu dane patrzeć jak dorasta, zdobywa pierwszą dziewczynę, zdaje egzaminy?
- Po prostu idź, proszę. Na górze jest mama z wujkiem Liamem. Zajmą się tobą, w porządku? – chłopczyk przytaknął, po czym znów wtopił się w ramiona Harry’ego. Ten nie wytrzymał dłużej. Jak najprędzej otarł zbłąkaną łzę z policzka. – Musisz iść, Leo. Musisz być odważny. Kocham cię, ale musisz iść, proszę.
Nie zadziałało. Leo wciąż trzymał Harry’ego.
- Daj mi go zaprowadzić – zwrócił się wreszcie do Morrisona. – On sam stąd nie wyjdzie.
Jackson zamyślił się na moment, po czym jego wzrok ponownie powędrował na stojącego w miejscu Leightona.
- Pevense, wynieś chłopca.
- Co? – Leighton zdziwił się, nie wiedząc, do czego to dąży.
- Albo wyniesiesz chłopca – nacisnął spust, strzelając. Na chwilę wszyscy zamarli, kiedy okazało się, że tym razem Morrison celował tylko w podłogę. – Albo zastrzelę Harry’ego.
- I tak chcesz go kurwa zabić!
- Zastrzelę go na oczach tego dzieciaka, jeśli nie wyniesiesz go z budynku. Mnie to nie robi różnicy, ale…
- Leighton, proszę, zabierz stąd Leo.
Harry z trudem oderwał chłopca od swojej koszulki, przekazując go Leightonowi. Leo wił się i kopał ich, nie chcąc puszczać Harry’ego, jednak wciąż nic nie powiedział. Zamiast tego krzyczał, piszczał i drapał, pozostawiając czerwone bruzdy na ramionach zarówno Harry’ego jak i Leightona.
Pevense mocno trzymał dziecko, podczas gdy Morrison wciąż kierował lufę na Stylesa.
- Proszę, Leighton.
Spojrzeli na siebie – Harry z troską i desperacją, Leighton z przestrachem i niedowierzaniem. Czy Harry naprawdę zdając sobie sprawę z tego, że nie niechybnie zginie, wciąż miał na uwadze dobro własnego dziecka? Wciąż chciał, by nie widział go konającego? To było jego priorytetem?
- Jesteś najlepszym ojcem, jakiego ktokolwiek mógłby mieć – wyszeptał Leighton, starając się utrzymać chłopca.
Przez twarz Harry’ego mignął cień uśmiechu. To drugi raz, gdy Leighton mówił te słowa. Harry jeszcze raz pocałował czoło Leo, nim delikatnie pchnął Leightona w stronę drzwi.
- Zabierz go stąd. Szybko.
Leighton odetchnął, pewnym krokiem zmierzając do wyjścia.
- Ją też możesz zabrać. Jest już bezużyteczna.
Pevense spojrzał na wciąż pełną szoku Camilę.
- Dasz radę wstać? – zapytał cierpko.
Dziewczyna jakoś pozbierała się z nadmiaru emocji. Chwiejąc się delikatnie wstała z materaca, a Leighton zaoferował jej swoje ramię. Leo przestał się wić, zamarł w miejscu, mocno wbijając paznokcie w kurtkę chłopaka.
- I pamiętaj – rzucił Morrison, kiedy pomagając kuśtykającej dziewczynie, wreszcie oboje dotarli do drzwi. – Jeśli zaraz nie wrócisz, pożałujesz.

*

Judith krążyła w tę i z powrotem. Dlaczego to wszystko trwało aż tak długo?
- Jesteśmy – cichy głos Leightona dotarł do nich z wnętrza budynku.
- O mój boże – blondynka pisnęła i w ciągu kilku sekund zmaterializowała się u boku Leightona. – Leo, skarbie – chłopiec wtulił się w nią, nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. – Przepraszam, Leo, tak bardzo cię przepraszam.
Liam pomógł Leightonowi posadzić Camilę na podłodze.
- Zadzwoń po karetkę i na policję.
Payne spojrzał na chłopaka z niedowierzaniem,
- Chyba żart…
- To nie są żarty, Liam. Proszę cię, wezwij policję. Muszę tam wracać. Natychmiast.
- Gdzie jest Harry? – Judith spojrzała na niego z ukosa, nie przestając przytulać Leo. – Gdzie do cholery jest Harry, Leighton?!
- Przyprowadzę go z powrotem, okej?
- Leighton – Liam położył mu dłoń na ramieniu. – Czy…
- Morrison jest w środku – Pevense jęknął cicho. – Dzwoń na policję albo powystrzela nas wszystkich. Niech Judith zabierze małego i stąd zmiata. Cam musi jechać do szpitala.
- Poczekaj tutaj, okej? – Liam zrobił kilka kroków w stronę głównej ulicy. – Mówię poważnie, Leighton, nie wracaj jeszcze, muszę ci coś dać – mówiąc to, w pośpiechu wyciągnął kluczyki od samochodu i wybiegł z uliczki.
- Leighton – Camila przykuła spojrzenie chłopaka. – Ja naprawdę cię przepraszam.
- Możesz wreszcie powiedzieć jak się tu znalazłaś i o co w ogóle chodzi? – Leighton przestępował niespokojnie z nogi na nogę. Nie podobało mu się, że Harry i Morrison zostali tam sami. Nawet jeśli Styles nic już nie czuł do Leightona, ten nie mógł zaradzić temu, że chciał go ze wszystkich sił wydostać. Jeszcze nie wiedział jak, ale musiał to zrobić. Musiał. Bo go kurwa kochał.
- Sprzedałam was – dziewczyna jęknęła cicho. – Nie chciałam Leighton, ale potrzebowałam pieniędzy i…
- Ty szmato – Judith spojrzała na nią z pogardą. – Pieniądze w życiu to nie wszystko. Moje dziecko mogło przez ciebie zginąć! – Leighton podszedł do niej, próbując ją uspokoić. – Harry może przez ciebie zginąć. Wszyscy przez ciebie zginą! Będziesz mogła żyć z tym faktem?!
Leo zaczął wyswobadzać się z ramion Judith. Widząc to, blondynka delikatnie postawiła go na ziemi.
- Już jest dobrze, skarbie, tak? – sama otarła pojedyncze łzy z twarzy. – Już jest dobrze.
Chłopczyk przytaknął, odwracając się twarzą w stronę Camili. Spojrzał na nią i uśmiechnął się półgębkiem, nim ponownie bez wcześniejszego ostrzeżenia zaczął płakać.
- Weź to – Liam wrócił, wciskając Leightonowi do ręki mały, acz dobrej klasy sprzęt.
- Skąd do cholery masz broń?! – Lieghton przewracał w dłoniach pistolet, którego nawet sam Johnny by się nie powstydził.
- Każda gwiazda ma swoją samoobronę – wzruszył ramionami. – Nie zawahaj się go użyć, okej?
- Dzięki, Liam – Leighton sprawdził zawartość magazynku, po czym ukrył broń za paskiem spodni, pod T-shirtem. – Przyprowadzę go, choćbym sam miał nie wrócić.
- Wrócicie obaj – wtrąciła Camila – Musicie wrócić obaj.
- Swoje już zrobiłaś – syknął Pevense, nim bezceremonialnie minął ją i ponownie zagłębił się do środka „Jacksonville”.

*

Leighton naprał plecami na ścianę, za którą znajdowała się piwnica. Starał się dosłyszeć jakikolwiek, choćby najmniejszy dźwięk. Cisza. Dlaczego do cholery było tak cicho?
- Trochę się guzdrze, nie sądzisz Harry?
Pevense o mało nie podskoczył, gdy wreszcie niespodziewanie doczekał się upragnionego odgłosu rozmowy.
- Możliwe, że jest już na lotnisku w drodze do Stanów, a ty stoisz tutaj jak ta oferma.
Morrison zarechotał złowrogo.
- Słodki, naiwny Harry Styles. Może ty masz na niego wylane, ale on nigdzie bez ciebie nie pójdzie. I to mnie boli.
- Jesteś nienormalny.
- Zważaj na słowa, bo może się to źle dla ciebie skończyć – warknął Morrison. – Nie zapominaj, kto zawsze wygrywa.
- A co ja przegrałem?! – Harry uniósł głos. Leighton mógł wyobrazić sobie wyraz jego twarzy. – No co?! Leightona? Jakimś sposobem wciąż stoi po mojej stronie. Przyjaciół? Są ze mną, niezależnie jak idiotycznie się zachowuję. Jedyną osobą, która non stop przegrywa jesteś ty, posuwając się do tego, co wyprawiasz – sapnął.
Leighton przełknął głośno, sięgając po rękojeść broni. Harry powinien przestać. Natychmiast.
- Wygrywam więcej niż możesz przypuszczać. W tym momencie wygram złość Leightona, kiedy wróci tutaj i zobaczy, jak zginiesz, po czym będzie musiał wywiązać się z umowy.
- Nie zabijesz go?
Leighton mógł się przesłyszeć, ale czy w głosie Harry’ego majaczyła ulga?
- Nie – Morrison zachichotał gardłowo. – Zbiję ciebie, żeby zrozumiał, kto tu rządzi. Tej małej dziwce przyda się trochę wychowania. Chyba zapomniałem, że jest dzieckiem ulicy.
- Nie mów tak o Leightonie – Harry uważnie cedził każde, pojedyncze słowo.
- Bo co się stanie? Spójrz na siebie, Harry. Potrzask. Cokolwiek nie zrobisz, nie powiesz, jesteś równie bezużyteczny jak on.
- Oboje mamy coś, czego ty nigdy nie będziesz miał.
Leighton odbezpieczył pistolet, biorąc go w drżące dłonie. Harry, nie mów tego. 
- Ciebie nikt nigdy nie pokocha. Żal mi cię.
Sprawy potoczyły się bardzo szybko. Leighton wskoczył do pokoju, celując bronią w tym samym momencie, gdy Morrison wyraźnie zamierzał postrzelić Harry’ego. Nie zdążył jednak zareagować, kiedy Leighton nacisnął spust.. Jeden strzał i Morrison spotkał się z podłogą, jęcząc cicho, a może raczej wyzywając Pevensego.
- Ty pierdolony skurwysynu!
Broń wyleciała mu z ręki, lądując po drugiej stronie pokoju. Upadł, trzymając się za nogę. Mimo wszystko Leighton nie mógł go zabić, chciał go tylko unieruchomić.
Harry przez moment stał jak wryty, nim spojrzał na Leightona z lekko otwartymi ustami.
- Zamawiał pan darmowy ratunek? – nie czekając na odpowiedź, złapał go za rękę, w pośpiechu prowadząc do wyjścia, nie bacząc na groźby i przekleństwa padające pod jego adresem prosto z ust wciąż przytomnego Morrisona.
- Ale… Ale…
- Jego żona zostawiła go, gdy tylko dowiedziała się o brudnych interesach. Od tego momentu jest taki… zgorzkniały – Leighton uważnie dobierał słowa. – Trafiłeś w jego czuły punkt. Wiedziałem, że nie będzie mógł się powstrzymać.
Harry przytaknął, zatrzymując się.
- Musimy iść. Policja zaraz tu będzie.
- Wezwałeś policję?! Niech cię kurwa dorwę gnoju! – Morrison krzyczał, wydając z siebie jęki bólu. – Mały pierdolony śmieć.
- Harry, chodźmy – Leighton złapał go za rękę, ciągnąc do wyjścia. Ten jednak nie ruszył się ani o milimetr. – Harry, to nie jest moment na wahania nastrojów.
- Nie miałem na myśli nic z tego, co powiedziałem, wiesz o tym, prawda?
Leighton westchnął, wciąż nie obracając się do tyłu. Czuł obecność Harry’ego za swoimi plecami.
- Liczyłem, że jak tak powiem, pozwoli ci odejść. Dla mnie nie było ratunku. Musiałem dać mu do zrozumienia, że jesteś dla mnie nikim, rozumiesz? Tego w swoim ogrodzie…
- Harry.
- Tego też nie miałem na myśli. To było pod wpływem chwili.
- Harry, masz atak paniki.
- Przepraszam. Ja nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Nie wybaczę sobie, jeśli…
- Harry! – Leighton nie wytrzymał, obracając się i przyciskając go do ściany. – Musimy stąd wyjść – powiedział, gdy wreszcie udało mu się zwrócić na siebie jego uwagę. – Dobrze? Leo na ciebie czeka. Liam i Judith się martwią. Chodźmy.
- A-a-ale…
- Jest dobrze Harry – Leighton wysilił się na uśmiech. Prawdę powiedziawszy, naprawdę czuł ulgę. Policja zgarnie Morrisona, Harry zazna spokoju, a on będzie mógł ulotnić się, jakby nigdy nie pojawił się w jego życiu. Tak będzie najlepiej.
- Dobrze.
Leighton znów złapał go za rękę, ciesząc się tym drobnym dotykiem. Mimo iż Harry jawnie żałował, wiedział, że nie mógł mówić tego serio. Kiedy Leo przestało grozić niebezpieczeństwo, a on postrzelił Morrisona, cała adrenalina opuściła jego ciało, dając upust emocjom, co stało za atakiem Harry’ego. Nie mógł mu wierzyć, kiedy ten nie był w pełni świadomy tego, co wygaduje.
- Chodźmy.
To, co wydarzyło się kilka sekund później, trwało raptem chwilę. Chwilę, której Harry nigdy nie zapomni.
- Ja nie przegrywam.
Leighton obrócił się na dźwięk głosu Morrisona, po czym zamarł przerażony. Usłyszał tylko głuchy wystrzał i zobaczył ledwo stojącego Jacksona, który wymierzył prosto w Harry’ego.
Harry upadł. Osunął się na ziemię jak szmaciana lalka, a do jego uszu dotarł drugi strzał i krzyk Leightona. Wszystko wydawało mu się takie odległe i dalekie. Nie wiedział, co się dzieje. Dźwięki dochodziły jakby z innego świata. Czy umierał? Gotowy na falę bólu, jaka powinna nadejść wraz ze świstem kul przeszywających powietrze, przymknął oczy, czekając. Jednak… Nic się nie stało. Czuł jedynie pulsujący ból w skroni, którą uderzył o stopień poharatanych schodów.
Otworzył oczy, dłońmi jeżdżąc po swoim torsie, szykując się na gorącą ciesz, jaka powinna opuszczać jego ciało. Znów nic.
- Rzuć broń, policja!
Harry usiadł, czując na nogach ciężar i niesamowite ciepło. Rozejrzał się. Na górze stał funkcjonariusz, celujący w Morrisona, który posłusznie wypuścił broń, unosząc ręce do góry. Leighton leżał na jego nogach. Harry zmrużył oczy, starając się odsunąć na bok szum i mrowienie. Musiał naprawdę mocno uderzyć się w głowę, bo kilka długich sekund zajęło mu zrozumienie, co się dzieje.
- Ha-Harry – Leighton próbował unieść się na jednej ręce, lecz co chwilę upadał, niezdolny do najmniejszego ruchu.
Tuż obok nich kilka funkcjonariuszy zakuwało Morrisona w kajdanki, kiedy to Harry próbował poukładać sobie wszystko w głowie. Nie było to łatwe, zważając na fakt, iż czuł się jak w zwolnionym filmie z małą dozą koki we krwi.
- Leighton? – uklęknął przed nim, ciągnąc go w górę. Chłopak opadł bezwiednie na jego ciało i wtedy Harry wytrzeźwiał z chwilowego letargu. – Leighton, ty krwawisz.
Chłopak nie odpowiadał. Harry czuł łzy wzbierające w kącikach jego oczu, powoli rozumiejąc. Harry upadł, bo Leighton go popchnął. Harry upadł, bo Leighton doskoczył do niego, gdy Morrioson oddał dwa strzały. Dwa strzały przeznaczone dla niego. Dwa strzały, które przeszyły Leightona.
- Leighton – Styles wydarł się, potrząsając nim delikatnie. Podsunął materiał koszulki, a jego oczom ukazała się ogromna rana postrzałowa. Harry nigdy nie był dobry w radzeniu sobie w sytuacjach kryzysowych, ale poczuł nagłą trzeźwość umysłu. Policjanci nad nim coś do siebie mówili, starali się zbliżyć do Leightona, ale ten odepchnął ich ręce, krzycząc coś o pogotowiu, kiedy przyparł rękę do rany na linii żeber Leightona, próbując zatamować krwawienie.
- Leighton – wolną dłonią splótł swoje palce z palcami chłopaka. – Mów do mnie, Leighton, kurwa mać!
- Może trochę… c-ciszej…
Harry uśmiechnął się lekko, a łzy spływały po jego twarzy.
- Będzie karetka. W porządku? Tylko nie zasypiaj!
Dookoła nich działo się ogromne zamieszanie. Gdzieś w oddali Harry słyszał Liama wykłócającego się o coś z funkcjonariuszem. Z daleka dotarł do niego odgłos syren policyjnych. A może to ambulans?
- Leighton, nie zasypiaj!
Pevense miał zamknięte oczy. Drżał nieznacznie i kaszlał cicho, starając się złapać powietrze w płuca.
- Zostań nie ze mną, proszę cię, Leighton – Harry położył czoło na obojczyku chłopaka, ani na moment nie przestając tamować krwotoku.
- Dzięku-uję Harry.
- Za co? – uniósł głowę, kiedy dostrzegł, że ten delikatnie otworzył oczy. Były zamglone. Wciąż świadome tego, co się dzieje, ale kompletnie zamglone.
- Pokazałeś mi-i namiastkę szczęścia w-w życiu-u.
- O nie – Harry pokręcił głową, patrząc mu głęboko w oczy. – Nie żegnaj się ze mną. Słyszysz mnie?! Nie żegnasz się ze mną, do cholery jasnej, ani się waż, ty pierdolony sukinsynu, rozumiesz?! – mówił coraz głośniej. A może krzyczał z desperacji? – Nie żegnaj się ze mną! Leighton! – w tym momencie uśmiech zabłąkał się na ustach chłopaka, nim powieki zasłoniły przepiękny błękit tęczówek. – Leighton! Nie! Leighton! Obiecaj mi! Leighton!
Harry poczuł jak mężczyźni w czerwonych uniformach odpędzają go na bok, a on wciąż krzycząc i szamocąc się, został odciągnięty przez czyjeś silne ramiona.
- Harry, Harry, uspokój się! Harry, spójrz na mnie!
Liam złapał jego przerażone spojrzenie.
- Oni chcą dobrze. Pomogą mu. Okej?
Styles przytaknął, nie mogąc powstrzymać szlochu. Liam objął go mocno, pozwalając mu płakać, ile tylko chciał. Nim zdążył się uspokoić, Payne wyprowadził go na dwór. To, co działo się dookoła było istnym chaosem.
Tłumy gapiów, błyski fleszy, migające światła syren.
- Harry!
Styles przetarł oczy, namierzając ukrytą w rogu Judith i Leo. Harry podbiegł do nich, przytulając mocno.
- Jesteście cali?
- A ty?
Harry przytaknął, rozglądając się dookoła. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. W jednej z karetek zniknęły nosze, na których Harry dostrzegł Leightona. Drzwi ambulansu zamknęły się ze zgrzytem, po czym odjechał, zostawiając Harry’ego pod ostrzałem spojrzeń dziennikarzy i oślepiających, białych jupiterów. Zewsząd padały pytania o to, co się stało, dlaczego tu jest, co ma wspólnego ze sprawą. Tuż obok Harry dostrzegł Morrisona. Zakuty w kajdanki stał przyciśnięty do radiowozu. I to był ułamek sekundy, gdy Harry na chwilę stracił nad sobą panowanie.
Odsuwając od siebie funkcjonariuszy, dostał się do Morrisona wymierzając siarczysty policzek w jego twarz. Nie wystarczyło. Kopał go i okładał pięściami, aż ten skulił się na ziemi, a kilku policjantów jakimś cudem zdołało go odciągnąć.
- To za mojego syna! Za Leightona musiałbym cię zabić i jeszcze cię zabiję!
- Harry – Liam starał się go uspokoić.
- Zabiję cię, popierdoleńcu. Zabiję cię kurwa!
- Harry, przestań!
- Zabiję go, Liam! – zatrząsł się, znów wpadając w ramiona Payne’a. Kątem oka zlustrował swój wygląd w odbiciu szyby samochodu. Wyglądał okropnie, a jutro te wszystkie zdjęcia trafią na okładki portali plotkarskich na całym świecie. Mimo wszystko miał to głęboko gdzieś.
- Zawiozę cię do Leightona, chcesz?
Harry przytaknął. Prowadzony przez Payne’a i asekurowany przez policjantów ruszył w stronę swojego auta.
Jego myśli obijały się o siebie, tworząc istny kocioł, acz jedna, najbardziej bolesna i pełna niedowierzania, wychodziła przed szereg, uświadamiając Harry’ego o wadze sytuacji i minionych zdarzeń.
Leighton uratował mu życie. 

_______________________________

Nie jestem przekonana, czy udało mi się oddać to, co zbudowane jest w mojej głowie. Trochę szkoda, bo to zdecydowanie najważniejszy rozdział. Najwięcej się dzieje.
Niemniej no... Powiem szczerze, że ja sama się trochę rozemocjonowałam (nie ma takiego słowa, whateva) czytając całość.
Po prostu zostawiam Was z tym i dziękuję za każdy komentarz, jaki się pojawi, bo trochę się nad tym napracowałam, nie ukrywam.
Następny rozdział (prawdopodobnie ostatni) pojawi się, jeśli dobrze pójdzie, pomiędzy 28-30 czerwca.
Kuku x

niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 27 Cz.1

Kilka ważnych kwestii, przeczytajcie proszę!
Zacznę od informacji, iż do końca pozostał jeden lub dwa rozdziały (jeszcze nie jestem pewna, jak dam radę pomieścić treść) + epilog oczywiście.
W związku z tym, że od 2 do 9 lipca przyjeżdża do mnie moje słoneczko z Twittera (pozdrawiam @Little_Agnes1D x), nie będę w stanie wtedy pisać, a 11 lipca wylatuję do Wolverhampton, gdzie będę bez komputera co najmniej do końca miesiąca. Tutaj pojawia się mały kłopocik.
Postaram się napisać całe opowiadanie do końca czerwca, a potem publikować z większą częstotliwością tak, by 10 lipca wstawić epilog. Nie jestem pewna, czy dam radę, niemniej mam nadzieję, że mi się uda. W innym wypadku, niestety będę musiała prosić Was o cierpliwość.
Ponadto rozważałam sequel, gdyż zakończenie tego opowiadania będzie takie, że naprawdę można wiele różnych historii stworzyć na jego fundamentach, jednakże zdecydowałam, przynajmniej póki co, by zostawić to tak, jak jest. Sami będziecie w stanie zbudować sobie, jak potoczy się to dalej, a nie przeczę, że być może kiedyś wrócę do tej historii, bo bardzo mocno się z nią zżyłam. To będzie pierwszy w pełni skończony przeze mnie blog, więc sami rozumiecie.
Ale spokojnie, jeśli mnie choć trochę literacko kochacie (literacko, to palnęłam...), po powrocie do Polski startuję z innym opowiadaniem. Mam na niego główny zamysł, ale o szczegółach opowiem Wam może następnym razem. Tym razem będzie to Larry, ale taki Larrowaty Larry (lol) - Harry i Louis, aczkolwiek alternatywna rzeczywistość.
Na tę chwilę to wszystko, co chciałam Wam przekazać.
Dziękuję za wsparcie i zostawiam z kolejnym niezadowalającym fragmentem Really Don't Like You.
Kuku


_________________________________________

Morrison wsiadł do samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi.
- Dokąd? - mężczyzna za kierownicą obrócił się w stronę swojego szefa.
- Czekaj no... - Morrison wpatrywał się w  niewyraźnie sylwetki trzech osób, które wysiadły z auta znajdującego się po drugiej stronie ulicy.
- Szefie?
Harry, Judith i Liam nieświadomi tego, że ktoś ich obserwuje, rozglądali się na boki, trzymając się blisko, aczkolwiek wciąż w pewnej odległości od "Jacksonville". W pewnym momencie Styles zatrzymał się, wskazując coś w bocznej ulicy. Judith i Liam ruszyli za nim, znikając w ciemnym miejscu tuż za stojącymi w rzędach kontenerami na śmieci.
- Chyba już nigdzie nie jedziemy - Morrison uśmiechnął się zwycięsko, patrząc z triumfem na mężczyznę obok. - Leighton jest jak bumerang. Zgubi się, ale po czasie sam do ciebie wraca.
- Nie rozumiem...
- Nie musisz - parsknął, wysiadając z samochodu. - Ale na wszelki wypadek jedź na ten adres i dowiedz się, jak ten gówniarz chciał mnie oszukać.
Mówiąc to, zatrzasnął drzwi i skierował swe kroki w stronę odosobnionej alei. Zwolnił jednak w pół kroku, przejeżdżając dłonią po twarzy. Zawrócił do głównego wejścia, wchodząc do klubu i czym prędzej udając się do swojego biura.
Przekroczył próg gabinetu, rzucając się na szufladę u samego dołu biurka. Wyciągnął broń, sprawdzając nakład magazynku. Naładował ją, wzdychając pod nosem.
- Widzę, że nie gramy dziś fair.

*

Leo zaszlochał cicho, przecierając nos wystarczająco już zmoczonym rękawem swojej koszulki. Było mu zimno, więc dygotał zwinięty w kłębek w miejscu, z którego nie ruszył się od kilku godzin. Czując odrętwienie w nogach, nieśmiało uniósł wzrok, skanując pokój. 
Poza śpiącą w przeciwległym rogu dziewczyną i także przysypiającym ochroniarzem nie było nikogo więcej. Ośmielony chwilową wolnością od ostrzału uwagi usiadł, podciągając nogi pod brodę. 
Zacieki na ścianach, brud i bałagan przywoływały mu na myśl wszystkie okropne sceny z filmów, których rodzice nie pozwalali mu oglądać. Teraz chyba rozumiał.
Powoli, nie robiąc najmniejszego hałasu, wstał, otrzepując ubrudzone pyłem spodnie. Zrobił kilka kroków, co sprawiło mu ogromną trudność, odkąd tkwił w tej samej pozycji niemal cały dzień. 
Pocierając zmarznięte ręce, doszedł do drzwi prowadzących na górę. Niepewnie podniósł głowę, wpatrując się w rząd niekończących się schodów. 
- Nie idź tam.
Chłopiec przestraszył się, przytykając dłonie do ust.
- Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć - dziewczyna usiadła na swoim materacu, szepcąc, byle tylko nie obudzić ochroniarza. - Chciałabym, żebyś stąd wyszedł, ale na górze na pewno czyha drugi z nich - uśmiechnęła się łagodnie.
Leo przełknął cicho, powolnym krokiem kierując się w swój róg, który poniekąd stał się jego własną oazą w tym przeklętym pokoju.
- Zaczekaj - zatrzymał się, przywołany lekko uniesionym głosem szatynki. Ochroniarz chrapnął nieco głośniej, jednak nie obudził się, ponownie łapiąc rytm spokojnego snu. - Mam coś dla ciebie. 
Leo nie był pewien, co zrobić. W jego głowie utworzyło się mnóstwo barier, których nie rozumiał i nie potrafił zidentyfikować. Zdecydował się jednak podejść bliżej, zachowując duży dystans. Wyciągnął rękę po kawałek sreberka, które podawała mu dziewczyna. Zmierzył je w dłoniach, nim odwinął papier, ukazując kilka orzechów w czekoladzie. 
Odwzajemnił uśmiech kobiety, niepewnie siadając na krańcu jej materaca, nie potrafił jednak zmniejszyć odległości między nimi. Bał się.
- Mam na imię Camilla - powiedziała, próbując usiąść obok Leo, jednak widząc napięcie mięśni chłopca, kiedy tylko drgnęła, zrezygnowała z tego pomysłu. - Nie zrobię ci krzywdy. Jestem tu wbrew sobie, tak jak ty. 
Leo przytaknął, pakując do ust jedną czekoladkę. Był strasznie głodny, co umknęło jego uwadze głównie przez buzujący w żyłach strach.
- Jestem pewna, że niedługo ktoś cię stąd zabierze, szkrabie. Nie martw się. 
Znów kiwnął głową, wpatrując się w spoczywające na kolanach ręce. Kątem oka obserwował dziewczynę, a raczej przypatrywał się jej obrażeniom. Twarz Camilli była sympatyczna, lecz teraz zdobiła ją czerwona szrama na pół policzka, przez co nieco odstraszała od siebie ludzi. Może wyglądałaby lepiej, gdyby tylko nieco przeczyściła ranę. Rękę miała obwiązaną nieudolnym bandażem, który w jakiś sposób miał ją unieruchomić. Ubrania jak i skóra były brudne, oblepione zaschniętą krwią i kurzem.
- Nie wierz w to, co mówi ten facet - odezwała się, ponownie przywołując jego uwagę. - Powiedział, że to przeze mnie tutaj jesteś. Ja... Nie miałam tego na celu. Nie wiedziałam, że chce cię skrzywdzić - wzruszyła ramionami. - Widzisz, to bardzo skomplikowana sprawa. Dla nieco starszych wiekiem - uśmiechnęła się lekko. - Dlaczego nic nie mówisz?
Chłopiec oblizał usta, biorąc kolejny kawałek czekolady. Przez moment naprawdę chciał jej odpowiedzieć. Była miła i chciała mu jakoś pomóc, ale z jakiegoś powodu nie potrafił zabrać głosu. Ostatnio, gdy się odezwał, został sprany za nieposłuszeństwo.
W tym momencie w pokoju rozległ się odgłos głośno odsuwanego zamka. Przestraszony Leo rozsypał słodycze, w kilka sekund wracając na swoje miejsce. Obrócił się przodem do ściany, udając, że śpi. W rzeczywistości serce zabiło mu szybciej niż kiedykolwiek przedtem.
- Roger? Roger do cholery! - szorstki, męski baryton przerwał ciszę, a ochroniarz śpiący na krześle ocknął się, zrywając się na równe nogi.
- Gdzie.. Co?! Oh, szefie - jęknął, ponownie zajmując swoje miejsce. - Przestraszył mnie pan.
Morrison rozejrzał się po wnętrzu.
- Na górę - warknął.
- Co? Miałem pilno...
W sali rozległ się strzał, a po chwili głuchy krzyk przyprawił Leo o dreszcze. Wciąż się nie odwrócił. Zamarł.
- Boże, za co?! - syknął Roger, wijąc się z bólu. Morrison przestrzelił mu łydkę, nie bacząc na jego krzyki i zażalenia. - Co zrobiłem nie tak?!
- Na górę powiedziałem - ponownie rozejrzał się po wnętrzu, na chwilę zatrzymując wzrok na chłopcu. - Młody - uniósł głos. - Wiem, że nie śpisz.
Leo nie chciał z nim rozmawiać. Konfrontacja z tym mężczyzną to ostatnia rzecz, o jakiej teraz marzył. Kiedy już miał zareagować na głos Morrisona, ktoś ponownie zbiegł na dół.
- Oh, szefie - Tyler zatrzymał się przestraszony. - Miał być szef w drodze za Leighto...
Kolejny strzał.
Kątem oka Leo dostrzegł przerażenie na twarzy Camilli, która wpatrywała się w sytuację za jego plecami. Jej źrenice rozszerzyły się niebezpiecznie, a mięśnie odrętwiały ze strachu.
- Młody, mówiłem coś - Morrison ponownie zwrócił się do Leo, który nie chcąc więcej kłopotów, ociągając się jak tylko mógł, powstał, niespiesznie odwracając się przodem do źródła chaosu.
Na podłodze znajdowali się dwaj mężczyźni. Tyler w kałuży krwi i Roger z przestrzeloną łydką. Chłopiec patrzył, czując, że zaraz zwymiotuje.
- Posłuchaj mnie młody - Morrison jakby nigdy nic przeszedł przez zwłoki Tylera, zbliżając się do Leo.  - Schowam się za tymi drzwiami, a ty nie powiesz ani słowa, jasne? Ty też nie - krzyknął w stronę szatynki, która wciąż z trudem wpatrywała się w ciało Tylera, swojego byłego przyjaciela. - Twój tata siedzi mi na ogonie i niedługo na pewno wpadnie cię zobaczyć - uśmiechnął się szyderczo, wpatrując się w przepełnione łzami oczy dziecka. O dziwo nie płakał, za to zdradzało go drżenie całego ciała. - A jeśli piśniesz choć słówko, obiecuję ci, że nie będę zwlekał, by twój tata skończył tak - mówiąc to, wskazał na coraz większą ilość krwi okalającą martwe ciało bruneta. - Rozumiemy się?
Leo nawet nie przytaknął. Po prostu stał niezdatny do jakiegokolwiek ruchu, do jakiejkolwiek reakcji.
- Cieszę się - Morrison otworzył do tej pory zamknięte drzwi, za którymi znajdował się swojego rodzaju składzik. Wszedł do środka, pozostawiając drzwi lekko uchylone tak, by móc bezszelestnie zaskoczyć przeciwnika od tyłu, gdy nadejdzie odpowiednia pora. - Roger, na górę powiedziałem! - warknął raz jeszcze, a ochroniarz kulejąc, w pośpiechu zniknął z pola widzenia.
Chłopiec czknął głośno, upadając na kolana.
Nie wiedział, dlaczego tu jest, nie wiedział, co ma do tego jego tata, nie wiedział, czym sobie na to zasłużył. Chciał po prostu stąd zniknąć.

*
(kilka godzin później)

Demi ziewnęła ospale, leniwym wzrokiem lustrując rząd drzwi, szukając tych z odpowiednim numerem. Przetarła powieki, rozmazując delikatny makijaż, po czym nacisnęła klamkę, wchodząc do środka.
 - Były tylko takie – westchnęła, wciskając się pod kołdrę tuż obok Nialla, który zrobił jej więcej miejsca, odbierając paczkę żelków, którą przyniosła.
- W skali od jeden do dziesięciu, jesteś żoną na jedenaście – uśmiechnął się, ignorując jej pełne dezaprobaty spojrzenie. Mocniej objął ją ramieniem, podgłaśniając zaczynające się w telewizji wiadomości.
Choć personel szpitala nie był nad wyraz zadowolony z tego faktu, pokój Horana znacznie odbiegał od innych sypialni, gdzie chorzy pacjenci nie mieli możliwości przyjmowania gości o tej porze, a co dopiero spania z nimi w jednym łóżku. Niall jednak postanowił choć raz wykorzystać swój dorobek artystyczny, by zatrzymać Demi i Zayna na noc. Właściwie wystarczyłaby mu jedynie Demi, ale Malik wciąż nie odstępował go na krok, patrolując, by nie wstawał, nie spacerował, a co gorsza nie próbował wypisać się na żądanie. Pomijając jego uporczywość i tak był mu dozgonnie wdzięczny. Sam zwariowałby przyćmiony sterylnością i porządkiem panującymi dookoła.

- Przenosimy się do Londynu, gdzie niedaleko klubu nocnego „Jacksonville” doszło do dramatycznego wydarzenia. Tuż około godziny dziewiątej wieczorem, odbył się tutaj rozrachunek brudnych interesów pomiędzy członkami nielegalnie działającej organizacji, która od przeszło kilkunastu lat zajmowała się prostytucją nieletnich oraz handlem narkotykowym  – Demi skrzywiła nos, kiedy Niall, na którym zdążyła wygodnie się ulokować, poderwał się z miejsca. Spojrzała na niego sceptycznie, wzrokiem podążając za tęczówkami blondyna i zamarła, widząc zdjęcia wyświetlane tuż za prezenterką nocnych informacji.
- Jasna cholera.

- Czy są jacyś ranni?
Dziennikarz przeciskał się między tłumem gapiów, dopadając stojącego najbliżej policjanta. Mężczyzna naburmuszył się, widząc obiektyw z logo kluczowej stacji telewizyjnej w kraju i odchrząknął znacząco.
- Nie jestem upoważniony do udzielania jakichkolwiek informacji mediom, jednakże nie mam wątpliwości, że sprawa nabierze życia na ramach prasy, gdyż mający współudział w strzelaninie są osobistościami medialnymi.
- Panie władzo, panie władzo! – wydarł się inny mężczyzna. – Czy to prawda, że pod drzwiami klubu znajdował się wokalista Liam Payne?
- Takie pytania proszę kierować do menadżera pana Payne’a, nie jestem upoważniony do…
- Czy Harry Styles został przewieziony do szpitala?
- Dość tego, proszę się rozejść i nie wierzyć we wszystkie plotki, jakie państwo usłyszą. Proszę się rozejść, mówię!
Nagranie przerwało się, a kamera powróciła na siedzącą na niebieskim tle brunetkę.
- Chociaż policja powściągliwie odpowiada na wszystkie pytania, z nieoficjalnych informacji wiemy, że jedna osoba nie żyje, a dwie, ciężko ranne, zostały eskortowane do szpitala. Stan jednego z pacjentów jest bardzo krytyczny – zakończyła. - Jak rozwikła się sprawa? Jaki związek mają z nią członkowie upadłego przed laty zespołu One Direction? Łączymy się na żywo z naszym wysłannikiem znajdującym się pod London Bridge Hospital. Danny? Danny, słyszysz mnie?
Na ekranie pojawiła się zielona słuchawka oznaczająca nawiązanie rozmowy.
- Słyszę cię, Taylor. I niestety nie mam dobrych wiadomości. Jeśli plotki krążące wśród zbierającej się rzeszy gapiów i dziennikarzy są prawdziwe, Harry Styles prawdopodobnie znajduje się wewnątrz budynku.
- Wiadomo jakie są okoliczności wypadku? Czy Harry Styles wplątał się w brudne interesy?
- Nie jest to wykluczone. Rzecznik prasowy wciąż nie zabrał głosu, informacje pojawiają od niepewnych źródeł, a najbardziej racjonalna wersja wydarzeń głosi, iż syn Harry’ego Stylesa został porwany dla okupu. Próbował odzyskać dziecko, w czym pomagali mu przyjaciele z zespołu, o czym świadczy sprawdzony fakt, iż w innym szpitalu, w stanie Cheshire, znajduje się Niall Horan, który uległ poważnemu pobiciu przez tych samych sprawców.

Drzwi pokoju Nialla uchyliły się. Zayn niespiesznym krokiem wszedł do sypialni, unosząc brwi na widok Demi i Nialla, którzy siedzieli napięci jak struny, oglądając telewizor. Zayn wywrócił oczami, jednak kiedy dostrzegł temat dnia na pasku informacyjnym, wypuścił znajdujące się w rękach klucze.

- Będziemy informować państwa na bieżąco o dość skomplikowanych wydarzeniach mających miejsce w londyńskim klubie nocnym „Jacksonville”…

Demi prychęła, przestając słuchać. Nienawidziała jak media rozgłaśniają sprawę, co chwilę powtarzając do znudzenia tę samą informację.
- …zagrozi to karierze Liama Payne’a? – obróciła wzrok, gdy Zayn zmienił kanał na typowo telewizję informacyjną. Tym razem przed nimi pojawił się nie kto inny a Perrie, którą z każdej strony otaczali dziennikarze. Zayn pobladł, opierając się o pobliską ścianę.

- Liam nie musi obawiać się o swoją karierę, gdyż nie ma nic wspólnego z tą sprawą. Dochodzeniem zajmie się policja. Ważne, że syn Harry’ego, o którego toczył się dramat, jest już w dobrych rękach.
- Perrie, powiedz, czy Harry jest ranny?
- Perrie, czy to on jest tym, który nie żyje?
- Dlaczego porwali dziecko?
Pytania napływały z każdej strony. Blondynka odetchnęła głęboko, ściskając w dłoni pierwszy lepszy mikrofon, po który sięgnęła.
- Wyszłam do was tylko po to, by kulturalnie dać do zrozumienia, że konferencja w sprawie zaistniałych dzisiaj wydarzeń odbędzie się jutro o 10 rano. W szpitalu znajdują się ciężko chorzy pacjenci, a państwo zakłócają spokój, proszę stąd odejść i dać policji swobodę działania, dziękuję.
- Perrie, czy to prawda, że jesteś zamieszana w wyrzucenie towaru oszustów na przedmieściach Londynu?
Dziewczyna chciała odejść, jednak stanęła jak wryta, z powątpiewaniem wpatrując się w dziennikarza, który zadał jej to pytanie. Błyski fleszy migały, odbijając się od jej związanych włosów.
- Wszystko, co wydarzyło się na przełomie ostatnich 24 godzin miało na celu chronić bezpieczeństwo syna Harry’ego. Ani ja, ani Liam, ani tym bardziej sam Harry nie jesteśmy zamieszani w projekty, jakie podejmował gang prosperujący w „Jacksonville”. Nie będę odpowiadać na więcej pytań – warknęła, a audycja zakończyła się, ukazując małe problemy techniczne na ekranie. Głos wrócił do niemiło wyglądającej prezenterki.

- Czy… Czy… - Zayn siedział z szeroko otwartymi ustami, grzebiąc po kieszeniach kurtki. Musiał zadzwonić do Perrie.
- Niall – Demi przykryła usta dłonią, ale cichy pisk i tak wydostał się na zewnątrz. Po jej myślach krążyła tylko jedna informacja – Czy Harry naprawdę był jednym z rannych?
- Niall, przestań – Malik odzyskał zdolność racjonalnego myślenia, wyłączył telewizor, łapiąc przyjaciela za ramię. Ten jednak wyrwał się, nadal nerwowo krążąc po pokoju, szukając drugiego buta. – Niall, nigdzie stąd nie…
- Idziesz ze mną czy zostajesz? – warknął Niall, chwytając stojące koło łóżka kule. Co chwilę krzywił się nieco na nieprzyjemnie ciągnięcie w kolanie.
Demi poderwała się z miejsca, ruszając zaraz za Horanem, który wystrzelił na korytarz, nie bacząc na nawoływania pielęgniarek.
- Szlag! – fuknął Zayn, jedną ręką naciągając kurtkę, a drugą wciąż uporczywie starając się drżącą dłonią natrafić na odpowiedni numer.
- Panie Horan! – lekarz wybiegł z dyżurki, pełnym szoku wzrokiem wiodąc za robiącą hałas trójką. – Panie Horan, co pan…
- Wypisuję się – odkrzyknął Niall, naciskając przycisk wołający windę.
- To wariactwo – syknęła Demi, z trudem hamując łzy. – To jest nienormalne.
- Pierdolona winda – Niall uderzył kulą w metalowe drzwi w momencie, gdy Zayn dogonił ich na korytarzu.
- Nie działa – zauważyła brunetka, z powątpiewaniem patrząc na ilość schodów, jaką mają do pokonania.  – Niall, może jednak zo…
Zayn westchnął, przekładając sobie Nialla przez ramię, po czym zawrócił wzdłuż korytarza ku osłupieniu zarówno Demi jak i pacjentów, którzy zwołani zamieszaniem, wyglądali przez szpary w drzwiach.
- Co ty wyprawiasz, do kurwy nędzy – Horan obrzucał Zayna pięściami, ten jednak nic sobie z tego nie robiąc, skinął na Demi, która ocknęła się, biegnąc za nimi.
- Zayn! Postaw mnie!
- Ja cię tu wniosłem, ja cię stąd wyniosę – syknął Zayn. – Im szybciej tam dotrzemy, tym lepiej.
- Czyli jedziemy do Harry’ego? – na moment blondyn zaprzestał obelg pod adresem przyjaciela, mierząc go z ukosa.
Wtedy też Zayn pchnął drzwi, gdzie znajdowały się schody pożarowe prowadzące bezpośrednio do podziemnego parkingu.
- Musimy zobaczyć co z Harrym albo wyrwę sobie wszystkie włosy z głowy.


____________________


Przepraszam, że jest krótki i wygląda tak, i w sumie nic Wam nie tłumaczy.
Podzieliłam go, bo nie chciałam mieć wyrzutów, że nic nie dostajecie, bo właśnie się dowiedziałam, że nie wiem, czy zdołam coś prędko napisać.
Małe podpowiedzi:
1. Media czasem kłamią, koloryzują bądź mylą fakty ;)
2. Cz. 2 będzie toczyła się 2 godziny przed tutejszymi wydarzeniami.
Przepraszam Was, cz. 2 postaram się dodać jak najszybciej, może jeszcze przed weekendem.
Trzymajcie kciuki, by mi się udało, prywatne sprawy.

PS. Właściwie jak to tak teraz czytam, każdy wątek jest jakimiś mini teaserem do właściwej treści, haha.

niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział 26

Leighton zatrzymał się na skrzyżowaniu dzielnicy Soho*. Koniec papierosa bezwiednie zwisał mu z ust, kiedy próbował odpalić powoli psującą się zapalniczkę. Oparł się o róg taniej, chińskiej restauracji, skąd miał doskonały widok na majaczący w oddali zielony, neonowy szyld „Jacksonville”.
- Własnym oczom nie wierzę!
Pevense zamarł, bez pośpiechu wypuszczając dym spomiędzy warg. Obrócił się nieznacznie, zza ciemnego kaptura dostrzegając sylwetkę lekko otyłego, odzianego w garnitur mężczyzny.
- Leighton – skinął głową, na co ten zagryzł wargę, gasząc niedopałek na brudnej ścianie budynku.
- Panie Lancaster.
George Lancaster był królem swojego własnego świata. Zajmował drogo opłacane stanowisko w jednej z firm na Canary Wharf*. Roztrwaniał pieniądze na prawo i lewo, szczególnie w interesie własnych przyjemności, o czym nie raz przekonał się Pevense.
- Dawno cię nie było – uśmiechnął się, podchodząc bliżej. – Zdążyłem stracić nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
Leighton odwzajemnił uśmiech, który wyglądał raczej jak niezadowolony grymas.  Ponownie spojrzał na sąsiednią ulicę.
- Czekasz na kogoś? – mężczyzna uniósł brwi, jeszcze bardziej zmniejszając odległość między nimi. – Wydajesz się jakiś niespokojny. Nie znałem cię z tej strony.
- Jestem umówiony – bąknął cicho, robiąc krok do tyłu. – Nie mogę poświęcić panu dużo czasu, ale w środku na pewno ktoś mnie zastąpi.
- Rozumiem – wydawał się wyraźnie zawiedziony, przestępując z nogi na nogę. – No cóż… - zaczął przeszukiwać wewnętrzną kieszeń marynarki, po czym energicznym ruchem włożył zwitek banknotów w dłoń Leightona, który nie zdążył odpowiednio zareagować.
Spuścił wzrok, drżącymi palcami przeliczając pieniądze. Przez swoje krótkie życie nigdy nie widział tak ogromnej sumy. Przełknął głośno, ponownie spoglądając na uważnie obserwującego go mężczyznę.
- Panie Lancaster, ja nie…
- Więcej? Powiedz, a skoczymy do bankomatu.
- Nie, nie o to chodzi. Po prostu… - Leighton westchnął, z bólem serca oddając mu wszystko co do grosza. – Nie mogę.
- Leighton…
- Nie. Przepraszam i dziękuję, ale nie – pokręcił głową, mocniej naciągając kaptur. Ruszył chodnikiem, starając się oddalić jak najdalej.
- Twój szef nie będzie zadowolony z faktu, jak włóczysz się po okolicy! – krzyknął Lancaster, co spowodowało, że Leighton zamarł w pół kroku, spoglądając przez ramię na George’a bawiącego się paczką papierosów, która najwyraźniej wypadła z kieszeni chłopaka.  
- Nie może pan…
- Wiem, że cię szukają, chłopcze.
Leighton zacisnął szczękę, nabierając powietrze przez nos. Właśnie zdał sobie sprawę, że przegrał. Morrison nie mógł wiedzieć, że jest w pobliżu. Jeszcze nie teraz.
Przeklął pod nosem, zawracając. Stanął blisko Lancastera, patrząc na niego z góry. Przewyższał go o dobre 5 centymetrów.
- Nikomu pan nie powie – wycedził ostro, mierząc go wzrokiem. – Niech pan obieca.
Mężczyzna uśmiechnął się promieniście, nonszalanckim gestem wkładając Chesterfieldy w boczną kieszeń kurtki Leightona.
- Obiecuję.
Leighton miał ochotę splunąć mu w twarz. Jemu, sobie, Morrisonowi. Ale nie mógł. Zamiast tego przymknął powieki, by choć na chwilę ukoić nerwy.
- Nie mam dużo czasu. Proszę.
- Zaparkowałem za rogiem – Lancaster obrócił w palcach kluczyki od swojego drogiego samochodu. Skinął na Leightona, który opornie ruszył za nim, wzrokiem wciąż jednak mierząc logo baru, gdzie na więcej niż dziewięćdziesiąt procent znajdował się syn Harry’ego.
Westchnął ciężko, doganiając Lancastera. Leo musi poczekać. Dla własnego dobra.

*

Perrie jeszcze raz sprawdziła telefon. Zero wiadomości.
- Ileż można – jęknęła pod nosem, decydując się wykonać połączenie.
Kiedy nikt nie odpowiadał, zirytowana nacisnęła czerwoną słuchawkę, rozglądając się po klatce schodowej. Upewniła się, że adres jest odpowiedni, po czym położyła kopertę pod drzwiami z odpowiednim numerem. Nasłuchiwała chwilę, a gdy do jej uszu dotarły jedynie ciężkie odgłosy samochodów z ulicy, zrobiła jak najlepszej jakości zdjęcie, zabierając kopertę z powrotem i szybkim krokiem ulatniając się z budynku. Nie wiedziała, dlaczego uciekła. Po prostu chciała jak najszybciej znaleźć się w samochodzie.
Komórka zawibrowała, oznajmiając nadejście nowej wiadomości. Blondynka bez wahania odblokowała wyświetlacz, na którym znajdowało się zdjęcie Zayna, Jayden’a i Sophii śpiących razem na podłodze w salonie. Westchnęła, nie mogąc sobie wyobrazić, co czują Harry i Judith. Gdyby któreś z jej dzieci porwano, dawno odeszłaby od zmysłów.

Od: Leighton
Przepraszam. Małe komplikacje. Wyślij mi zdjęcie i jedź najdalej, jak możesz.

Perrie nie była przekonana. Ufała Leightonowi, ale wszystko wydawało jej się nad wyraz irracjonalne. Szybko wystukała wiadomość zwrotną.

Jesteś pewien, że posłucha?

Odpowiedź nadeszła w przeciągu minuty.

Od: Leighton
Na zdjęciu jest data i godzina. Przestraszy się. Będzie dobrze, Pezz. Dam ci sygnał za jakieś pół godziny. Wiesz, co masz robić.

Blondynka odetchnęła głęboko, odrzucając iPhone’a na boczne siedzenie. Odpaliła samochód, który pożyczyła od swojej matki, po czym dodając gazu, skierowała się w stronę londyńskich peryferii.

*

Harry pewnym krokiem przekroczył próg swojej firmy. Liam i Judith kroczyli za nim jak cień, bojąc się zwrócić jego uwagę. Był zdenerwowany i zdeterminowany w jednym, a to nigdy nie stanowiło dobrej kombinacji, o czym oboje dobrze wiedzieli z doświadczenia.
- Panie Styles – sekretarka podniosła się w pośpiechu, widząc nadciągającego szefa.
- Jest Adam? – Harry nie uraczył jej nawet spojrzeniem. I tak znał odpowiedź na swoje pytanie, więc nie zwlekając, wszedł do maleńkiego pokoiku na początku korytarza.
- Mówiłem, żebyście puka… Jezu, Harry! – Adam odrzucił na bok to, co aktualnie robił, przytulając Styles’a, który stanął przed nim jak słup soli. Kiedy ten nie odwzajemnił uścisku, cofnął się, uważnie lustrując wypraną z emocji twarz Harry’ego. Uśmiech od razu opuścił jego twarz, a dłonie zacisnęły się w pięści. Harry prawie płakał. – Na kogo mam nasłać czołg?
Nie mogąc powstrzymać emocji, kąciki ust Harry’ego lekko uniosły się ku górze. Od początku wiedział, że potrzebuje Adama.
- Ja… - westchnął, czując jak łzy powoli wzbierały się w kącikach jego oczu. Nie wiedział dlaczego. Wcześniej nie płakał, był raczej zły, zirytowany, ale teraz poczuł się cholernie słaby i bezużyteczny. – Pomóż mi, proszę – pokręcił głową, ścierając z policzków mokre ślady. – Nie mam pojęcia, co zrobić. Nie mogę tak siedzieć. Nie mogę.
Adam jęknął cicho, jeszcze raz go przytulając, tym razem z wzajemnością. Harry rozluźnił mięśnie pod naciskiem rąk przyjaciela, które obejmowały go mocno, dając wsparcie.
- Chodzi o Leightona, prawda? – Harry przytaknął. Czuł się żałośnie, rycząc, zamiast działać. – Opowiedz mi. Od początku - poprosił Adam, odsuwając się od niego na długość wyciągniętej ręki.

*

Judith krążyła niespokojnie po korytarzu, czekając, aż Harry wyjdzie z pokoju, gdzie przebywał od dobrych piętnastu minut.
- Przyniosłem ci herbaty – Liam podał Judith plastikowy kubek z automatu.
- Dzięki – uśmiechnęła się łagodnie, nie przestając kroczyć w tę i z powrotem.
Liam westchnął głośno, wyciągając z kieszeni wibrujący telefon.
- Niall? – przyłożył słuchawkę do ucha, przykuwając spojrzenie blondynki. – Niall, czy ty…
- Co z Harrym?
Liam uśmiechnął się, słysząc głos przyjaciela. Mimo iż brzmiał bardzo słabo, przynajmniej był przytomny. Horan to mocny zawodnik, wiedział, że z tego wyjdzie.
- Niall, myślę, że powinieneś odpoczy…
- Na miłość boską, czy ktoś mi tutaj powie prawdę?! – krzyknął Horan wcale już nie tak słabo i pokornie. Payne oddalił na chwilę komórkę, bojąc się, że ogłuchnie do nadmiernego nasilenia dźwięku.
- Wiesz o tym, że porwali Leo?
- Co?!
- Czyli nie wiedziałeś – Liam przetarł twarz dłonią, wypuszczając głośno powietrze. – Słuchaj, po prostu leż tam i zbieraj siły, a my się wszystkim zajmiemy, okej?
- Mowy nie ma! Czuję się wystarczająco dobrze, by skopać dupę temu pierdolonemu…
- Niall! – z daleka dało się słyszeć kobiecy głos, a po kilku niemiłych zgrzytach słuchawkę przejęła Demi. – Wybacz, Liam. Nie możemy sobie z nim poradzić.
- Dusza buntownika – skwitował chłopak, siadając na stojącym w rogu krześle. Judith chyba wreszcie zdecydowała się odpocząć, bo dołączyła do niego, uważnie wpatrując się w telefon, jakby próbowała telepatycznie usłyszeć rozmowę.
- Sytuacja bez zmian? – Demi zapytała z troską.
- Wciąż nie mamy tropu. A co najgorsze, Leighton znowu się ulotnił. Nie wiemy, gdzie jest. Nie odbiera naszych telefonów.
- Chyba żartujesz!
- Harry miał swój stary napad bycia miłym jak świat i trochę mu nawrzucał – Liam wzruszył ramionami, spuszczając głowę. – Trochę za bardzo, z tego co zdążyłem usłyszeć.
- Cholera jasna – Demi przeklęła, wzdychając ciężko. – Informuj mnie na bieżąco, jeśli coś się wydarzy. Pomogłabym wam, ale muszę mieć oko na tego cholernego idiotę, który spaceruje po sali z odnowioną raną kolanową – warknęła i Liam mógł wyobrazić sobie jej zdegustowaną minę. Typowy Niall.
- Będziemy w kontakcie. Powodzenia – przerwał połączenie, wpatrując się w wyświetlacz telefonu. Majaczyło na nim zdjęcie Jesy, z którą od jakiegoś czasu się spotykali. Przynajmniej póki Harry nie zrobił mu awantury.
Judith podążyła za jego spojrzeniem, także przyglądając się Nelson, którą bardzo dobrze znała dzięki przyjaźni z Perrie. W końcu wyświetlacz zgasł, a Liam schował telefon na swoje miejsce.
- Nie jest ci zimno? – zwrócił się do blondynki, która zaprzeczyła głową, okręcając dłonie w okół kubka z ciepłym napojem. – To dobrze – przytaknął, wpatrując się uparcie w wybrany punkt na czerwonym dywanie.
- Przepraszam, że powiedziałam Harry’emu.
Liam spojrzał na dziewczynę wyraźnie skonsternowany.
- Daj spokój – machnął ręką. – Długo nie utrzymalibyśmy tego w tajemnicy.
- Tak – przytaknęła, spuszczając wzrok. – Tak, nie utrzymalibyśmy.
Zapanowała niezręczna cisza. Myśli Judith zaprzątał Leo, który był Bóg wie gdzie, Bóg wie z kim, natomiast Liam, choć czuł się z tym faktem samolubnie, nie mógł przestać zastanawiać się co dalej. Co wtedy, gdy odzyskają Leo? Co się stanie, kiedy sytuacja wróci do normy? Bo przecież wróci, prawda? Pozbędą się tego chorego faceta, znajdą małego, a Leighton pogodzi się z Harrym. Czy było w tym wszystkim miejsce na przebaczenie Harry’ego względem przyjaciela od lat?
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Harry spojrzał na siedzącą dwójkę, która poderwała się na nogi, gdy tylko dostrzegła jakiś błysk w oczach Stylesa.
- Myślę, że wiem, gdzie jest Leo
Adam wyszedł z pokoju chwilę później, witając skinieniem Liama i Judith. Harry obrócił się do Lamberta, uśmiechając się delikatnie.
- Dziękuję.
- Daj spokój.
- Nie, poważnie – Judith z Liamem skierowali się w stronę windy, podczas gdy Harry wciąż patrzył na Adama. – Gdybym nie poskładał myśli, nie wpadłbym na to.
- Wszystko dzięki twoim dociekliwym kalkulacjom, Harry. Nie ma w tym mojej zasługi.
- Dziękuję, że pilnujesz Chesire East Records. Nie miałbym do tego głowy i…
- Na miłość boską, przestań i idź ratować mojego chrześniaka!
Jeszcze raz wymienili się uściskami, nim Harry wsiadł do windy, zaciskając knykcie na uchwycie wewnątrz.
- Dokąd jedziemy? – zapytała Judith, mierząc Harry’ego od stóp do głów. Trochę złagodniał, przez co ośmieliła się zabrać głos.
- Do Londynu. Powinnaś zostać w domu.
- Jadę z tobą.
- Judith, to długa i męcząca trasa, a ty jesteś w ciąży, jeśli nie pamiętasz – rzucił zirytowany.
- Jadę z tobą, czy ci się to podoba, czy nie. Nasz syn jest w tarapatach przez ciebie i twojego przydupasa – warknęła, wychodząc jako pierwsza. Przystanęła jednak, obracając się do wysiadających z windy chłopaków. – Przepraszam, ja tylko nie chcę zostać sama w domu, dobrze? Nie, proszę – pokręciła głową, widząc, że Styles otwiera usta, by zabrać głos. – Nic nie mów. Po prostu pozwól mi jechać. Będę się tutaj podwójnie denerwować.
Harry przygryzł wargę i podszedł bliżej, obejmując Judith ramieniem. Poklepał ją pokrzepiająco, po czym oboje skierowali się w stronę samochodu, przy którym już znajdował się Liam.
- To ja przepraszam. Masz świętą rację – spojrzała na niego pytająco. – To moja wina. Tak, wiem o tym. I wszystko naprawię.
- W porządku – przytaknęła, spoglądając na znacznie wyższego od niej Harry’ego. – Liam mówił, że nie możemy dzwonić na policję. Dlaczego? Przecież to porwanie.
- Na razie nie możemy – potwierdził Harry, uchylając drzwi od strony pasażera. Chcąc niechcąc, wolał, by to jego przyjaciel dziś prowadził. – Zaufaj mi.
- Nie mam innego wyjścia.

*

Leighton poprawił włosy, oglądając swoje odbicie w lusterku wstecznym przypadkowego samochodu. Dotknął opuszkiem palca opuchniętą wargę, wzdrygając się lekko na nieprzyjemny kontakt skóry z raną.
Westchnął ciężko, przemierzając kilka kroków, znów znajdując się w punkcie wyjścia. Jeszcze raz przejechał dłonią po swoich ubraniach, upewniając się, że wygląda całkiem normalnie jak na kogoś, kto właśnie obciągał kasiastemu dupkowi na tylnych siedzeniach BMW.
Splunął na chodnik, zbliżając się do nieustannie migoczącego  logo baru. Stanął tuż obok, obserwując okolicę.
Pod drzwiami stało dwóch ochroniarzy sprawdzających dowody wchodzących gości. Dookoła znajdowało się mnóstwo starych bogaczy, których kojarzył z widzenia. Niczym nie różnili się od Lancastera. Wszyscy myśleli, że mając pieniądze, mają wszystko.
Przejechał pełnym pogardy wzrokiem po twarzach kilku z nich. Jeszcze raz otarł swoje usta, nie bacząc na to, jak cholernie piekła go dolna warga. Czuł względem siebie obrzydzenie.
Sprawdził godzinę na wyświetlaczu swojej komórki.
Za dziesięć siódma. Idealnie.
Mocniej wtulił policzki w kaptur. Wcisnął dłonie w kieszenie i spokojnym krokiem ominął wejście do „Jacksonville”, w ochroniarzach przy drzwiach rozpoznając dwóch pupilków Morrisona. Najwyraźniej mieli dziś dyżur, co sprzyjało jego planom. Najtrudniejsi zawodnicy znajdowali na zewnątrz, czyli z dala od wydarzeń, jakie miały mieć miejsce jeszcze dzisiejszego wieczora.
Skręcił w boczną uliczkę, typową dla amerykańskiej zabudowy, na jakiej wzorowana była dzielnica. Przystanął w cieniu latarni ulicznej, opierając się o czerwoną cegłę budynku. W skupieniu obserwował boczne, srebrne drzwi, nadmiernie solidne i pozbawione klamki od zewnątrz. Nie sposób się włamać.
Westchnął, jeszcze raz spoglądając na zegarek.
Już prawie siódma.
Zniecierpliwiony rozglądał się dookoła, jednak poza śmietnikami i brązowym kotem na szczycie jednego z nich, w uliczce panował spokój i cisza.
Głośny łoskot natychmiast przykuł jego wzrok. Obserwował przekręcany zamek, po czym uśmiechnął się triumfalnie. Wciąż wyrzuca śmieci o siódmej.
Przed Leightonem pojawił się dobrze zbudowany mężczyzna. Ciemne włosy, brązowe oczy i ogromne mięśnie przesiąknięte nadmiarem sterydów anabolicznych. Na początku kompletnie nie zwrócił na niego uwagi. Uchylił jedną z pokryw, wrzucając do pojemnika niebieski wór. Kiedy obrócił się plecami, Leighton strategicznie wykorzystał okazję, stając w drzwiach, odgradzając mu przejście.
Gdy Tyler Lymington chciał wrócić do środka, omal nie wywrócił się o pobliski kontener. Złapał się za serce, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Pevense, chcesz przyprawić mnie o zawał? – zachichotał, uśmiechając się otwarcie. – Mógłbym rzec kopę lat, przyjacielu. Wróciłeś na stare śmieci?
- Jakbyś nie wiedział – prychnął Leighton, zakładając ręce na piersi. – Wiesz, że Morrison chce urwać mi łeb.
- Obiło mi się o uszy – wzruszył ramionami. Omijał spojrzenie Leightona, co rusz oglądając się to na swoje buty, kamienie pod nogami lub na kota.
- Taa – westchnął Leighton. – To takie przykre, gdy twoi przyjaciele kłamią prosto w oczy, wiesz?
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz – zmarszczył brwi, wciąż skutecznie nie podnosząc wzroku.
- Dobra, pogadamy o tym przy innej okazji. Musisz mi pomóc.
- Wybacz, Leighton, ale nie chcę stracić posady. Morrison nie będzie długo rozważał, czy mnie zastrzelić, jeśli dowie się, że w ogóle z tobą rozmawiałem. Byłeś idiotą, przychodząc tutaj. Ryzykujesz więcej, niż możesz podejrzewać – rzucił szorstko, nieznacznie zbliżając się do Leightona, który rozluźnił ręce wzdłuż tułowia, analizując każdy, najmniejszy ruch Tylera.
- Nie, wiesz co? To ty jesteś idiotą. Wyrzucając samemu śmieci o tak później porze, w tak nieprzyjemnej okolicy – pokręcił głową z udawaną ironią. – Ktoś może cię napaść, pobić albo… - w porę zrobił unik, przyciskając chłopaka do ściany baru, jego ręce wykręcając do tyłu. Podejrzewał, że może do tego dojść.
- Co ty, kurwa, wyprawiasz?!
- Nie jestem ślepy. Chciałem z tobą kulturalnie porozmawiać, a ty tak bezceremonialnie przymierzałeś się, by zostawić na mojej pięknej twarzy lewy sierpowy. Myślałem, że się przyjaźnimy, Tyler – warknął, nasilając uścisk.
- Cholera jasna, puść mnie! Ratunku! Jospeh?! Alan?!
Leighton w pośpiechu kopnął drzwi, tym samym gruba, metalowa zasłona oddzieliła ich od wnętrza „Jacksonville”.
- Jesteś taki żałosny – Leighton pokręcił głową, starając się jak najskuteczniej pozostawić chłopaka w unieruchomieniu. – A teraz posłuchaj mnie uważnie – jedną dłonią wciąż trzymał Tylera, który próbował się wyrwać, drugą natomiast wyjął z kieszeni telefon. – Możesz być bardziej napakowany, ale rozkwasiłbym cię na amen jednym uderzeniem, więc weź się uspokój, co? – prychnął zirytowany, poszukując czegoś w skrzynce odbiorczej. – Może rozpoznajesz?
Chłopak uważnie wpatrywał się w fotografię widniejącą na jasnym telefonie.
- T-to mój dom? – zapytał nieco niedowierzając. – To mój dom – szarpnął się, jednak Leighton trzymał go z całej siły, nie dając pola do popisu. – Co ty kombinujesz?! Co jest w tej kopercie?!
- To moja ulubiona część zabawy – Leighton uśmiechnął się, pokazując Tylerowi kolejne zdjęcie, tym razem z jego własnej galerii. – Mina zrzedła, hm?
Folder w telefonie Leightona zajmowało mnóstwo zdjęć Tylera i tajemniczej brunetki. Na jednym tańczyli razem przy barze, wymieniając dość dwuznaczne gesty, na drugim całowali się na środku parkietu, któreś z kolei ukazywało, jak Tyler łapczywie obmacuje kobietę, po czym oboje opuszczają klub, wsiadając do taksówki.
- Skąd to masz?
- To już nie twoja sprawa. Lepiej pomyśl, co będzie, gdy twoja żona to zobaczy.
- Nawet się, kurwa… - szarpnął się, jednak Leighton docisnął kolano do jego nogi. Mężczyzna jęknął cicho.
- Oh, widzę, że twoja rana po ostatnim postrzeleniu wciąż tam jest. Przepraszam – powiedział z udawanym współczuciem. – W kopercie są wydrukowane kopie zdjęć z telefonu. Jeśli mi nie pomożesz, wykonam jeden telefon, a bliska mi osoba zadzwoni do drzwi i wrzuci kopertę do twojego mieszkania. Meredith ucieszy się, gdy dostarczę jej atrakcji na dzisiejszy wieczór, nie uważasz?
- Czego chcesz?
Leighton uśmiechnął się zwycięsko, puszczając Tylera. Upadł na ziemię, jeszcze mocniej uderzając się w obolałą nogę.
- Leonard Styles, mówi ci to coś?
- Nic mu nie zrobiłem!
- Poza tym, że uprowadziłeś pięciolatka z jego własnego mieszkania, oh, na pewno nic – prychnął, oddalając się na bezpieczną odległość. Wystukał wiadomość, w pośpiechu wysyłając ją do Perrie.
- Nie mogę ci go oddać, stracę pracę.
- Stracisz rodzinę, jeśli nie dostanę chłopca z powrotem. Co jest ważniejsze?
- Jak ty to sobie, kurwa, wyobrażasz, co?! – warknął, próbując wstać, jednak Leighton kopnął go w brzuch.
- Wybacz, stary, ale bardzo się na tobie zawiodłem. Według mojej definicji przyjaźni, nie chciałbyś mnie pobić i oddać Morrisonowi, do czego się przymierzałeś przed kilkoma minutami, frajerze.
- Wcale nie…
- Boże, nie umiesz kłamać! Nie pogrążaj się!
Zapanowała chwila ciszy wypełniona głośnymi oddechami Tylera.
- Za 10 minut Morrison wyruszy w poszukiwanie mnie na dalekich przedmieściach. Nie pojedziesz z nim, tylko zostaniesz, zgłaszając się do pilnowania chłopca – Leighton tłumaczył uważnie, kiedy pierwszy raz udało mu się pochwycić spojrzenie leżącego Tylera. – Gdy odjedzie, otworzysz boczne drzwi. Będę czekał, aż przyniesiesz mi małego.
- Mały nigdzie ze mną nie pójdzie – Tyler usiadł, plecami przywierając do zimnej, ceglanej ściany. – Boi się kontaktu z kimkolwiek z nas. Morrison dał mu w twarz, więc leży w kącie i nie pozwala się do siebie zbliżyć.
Leighton zacisnął pięści.
- Morrison co zrobił?! – warknął przez zaciśnięte zęby, kopiąc w kontener, tym samym strasząc siedzącego na nim kota.
- Nawet jeśli się zgodzę, nie przyprowadzę go tu siłą, bo zacznie krzyczeć i przykuje uwagę wszystkich wewnątrz. Tego chcesz? By ktoś wezwał Morrisona, jak już wyczuje twój przekręt?
- Nie wyczuje – przeczesał włosy palcami, wykonując kilka kroków po grząskim gruncie. – Po prostu otworzysz mi drzwi i zaprowadzisz do niego. Sam go stamtąd wyprowadzę.
- Pójdzie z tobą?
- Pójdzie – powiedział pewnie, by nie ukazywać swojego zwątpienia. Prawda jest taka, że Leighton potrzebował Harry’ego, ale nie mógł go narażać na takie niebezpieczeństwo. Będzie musiał przekonać chłopca, by mu zaufał.
- Ale moja żona… - zaczął Tyler, z powątpiewaniem wpatrując się w Leightona.
- Jeśli dotrzymasz umowy, niczego się nie dowie – przytaknął. – Jednak jeden mały wybryk – uniósł głos, rozglądając się na boki. Nie mógł zwracać na siebie uwagi. – Jeden mały wybryk, a zwykły SMS dzieli mnie od rozpieprzenia twojego małżeństwa.
W tym momencie zadźwięczał telefon Tylera. Chłopak spojrzał na Leightona, a ten machnął ręką, by odebrał.
- Nie zdziw się – bąknął pod nosem, kiedy ten przykładał słuchawkę do ucha.
- T-tak, szefie?
- Tyler – szorstki, uniesiony głos przyprawił go o ciarki. – Gdzie jesteś, do kurwy nędzy?! Znalazłem Leightona!
Chłopak szeroko otworzył oczy, wpatrując się w stojącego przed nim bruneta. Uśmiechał się nieznacznie, unosząc brwi w niemym geście „A nie mówiłem?”.
- A-ale jak to?
- Namierzyłem jego telefon! Chodź tu szybko, zanim zniknie, do cholery! Teraz! – mówiąc to, rzucił słuchawką, pozostawiając Tylera w niemałym szoku.
- Jakim cudem ty…
- Idź do środka. Powiedz, że zostajesz pilnować małego. Masz 10 minut – rzucił przez ramię, odwracając się i uśmiechając do samego siebie. Dobra robota, Perrie.

*

Perrie zatrzymała się niedaleko Tamizy. Zgasiła silnik i wyszła z samochodu, rozglądając się po okolicy.
Tuż obok znajdowała się obskurna stacja benzynowa i dwa domki jednorodzinne. Przy rzece stał stary, zardzewiały rower. Okolica przyprawiła ją o dreszcze, sprawiając, że jeszcze mocniej otuliła się kurtką.
Ruszyła w stronę stacji, co chwilę oglądając się za siebie. Gdyby Zayn wiedział, co wyprawia, prawdopodobnie i ona, i Leighton już dawno straciliby głowy.
Weszła do toalety damskiej znajdującej się w budynku za myjnią samochodową. Ku jej zadowoleniu była pusta.
Drżącymi palcami wyjęła z kieszeni swój telefon, a obok położyła ten drugi, z kartą sim na wierzchu. Przyjrzała się obu aparatom oczekując sygnału.
Serce biło jej niewyobrażalnie szybko. Bała się być tutaj sama, nawet jeśli wiedziała, że robi to w dobrym celu.
Jej komórka zawibrowała, ukazując wiadomość od Leightona.

Teraz. Wiesz, co robić. Zmywaj się stamtąd jak najszybciej.

Przełknęła głośno, chowając swój telefon. Zamiast niego wzięła ten drugi, otwierając obudowę. Włożyła kartę sim, zakryła klapkę i z powątpiewaniem spojrzała na guzik odblokowujący sprzęt.
- Raz się żyje, pani Malik.
Nacisnęła przycisk, a jej oczom ukazał się jasny ekran. Przyjemna melodyjka oznaczała, że telefon uruchomiono. Wystukała zapisany na kartce numer pin i odczekała kilka sekund.
- Działa.
Uśmiechnęła się, obserwując wszystkie miejsca, gdzie mogłaby go ukryć. Jej wzrok padł na kosz na śmieci w rogu łazienki. Przesunęła go z lekkim wstrętem, wątpiła, by regularnie tutaj sprzątano.  Umieściła byłą komórkę Leightona za zielonym koszem, po czym podniosła się, jak najprędzej opuszczając to miejsce.
Na wpół biegnąc, dopadła do drzwi samochodu i nie zapinając pasów, odjechała z piskiem opon.
Odetchnęła głośno, wracając na główną drogę prowadzącą w bardziej zaludnione miejsce.
- 1:0, skurwysynu.




*Soho - to taka dzielnica w Londynie, coś jak mini wersja China Town. Mam nadzieję, że wiecie, co to jest.
*Canary Wharf - bardzo bogata część Londynu, w której znajdują się głównie firmy, przedsiębiorstwa itp.


______________________________


Sialalala, witam.
Wiem, że akcja miała się rozwinąć już dzisiaj i w sumie możecie sobie myśleć, że tak jest, ale dalej będzie lepiej. Więcej emocji, więcej pistoletów, więcej Harry'ego i Leightona w akcji! (kurde, chyba zdradziłam Wam spoiler, ups?)
Byłoby mi bardzo miło, gdybyście zdecydowali się zostawić komentarz, bo ostatnio jest ich coraz mniej, przez co tracę determinację, by spisywać tę historię. A nie chcę jej tracić! Dopomóżcie biedną autorkę, proszę.
Mam nadzieję, że nie możecie się doczekać następnego rozdziału. Będzie bajecznie. Haha.
Do napisania! x