niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 23

Witajcie.
Dziękuję za komentarze. Motywujecie mnie na tyle, że szybciej zebrałam się do kupy z tym rozdziałem (a że przy okazji nic nie umiem na jutrzejsze trzy testy, cii!).
Mogę Wam zdradzić mały spoiler. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem w następnym rozdziale, a raczej pod koniec następnego rozdziału, rozpoczniemy taki jakby punkt kulminacyjny "Really Don't Like You". Mam nadzieję, że nie zawiodę, bo wymyśliłam sobie niezły wielki finał. "Będzie, będzie zabawa, będzie się działooo" ;)
Dziś przed Wami trochę faktów do przyswojenia. Jest i retrospekcja, a z komentarzy wiem, że poprzednie Wam się podobały, więc może cię ucieszycie. No a poza tym... Przyznam wam się, że pisząc to, musiałam kilka razy odłożyć komputer, bo chciało mi się płakać. Poważnie.
Nie przedłużam.
Miłego czytania, liczę na Waszą motywację po raz kolejny.
Całuski i miłego długiego weekendu (już niedługo)!

PS. NAJDŁUŻSZY ROZDZIAŁ ZE WSZYSTKICH :)

__________________________


Retrospekcja

Piątek, 01.02.2014r.

Harry chrapnął w poduszkę, kiedy głośny dźwięk telefonu przerwał jego słodki, choć nieco krótki sen. Próbował sięgnąć po komórkę, jednak zmęczenie okazało się silniejsze. Po kilku próbach strącenia sprzętu z półki, poddał się, na nowo wtapiając nos w świeżą bawełnianą pościel. Uporczywe buczenie nie ustępowało dość długo, jednak Harry zdawał się ignorować wszelkie bodźce zewnętrzne, co tylko utwierdzało go w przekonaniu, że zbyt dużo wczoraj wypił.
Całonocny bankiet wydany dla bliskich krewnych jak i współpracowników zespołu nie do końca okazał się sukcesem. Owszem, goście bawili się świetnie. Szkoda tylko, że tego samego nie można powiedzieć o gospodarzach przedsięwzięcia. Liam starał się jakoś ratować sytuację. Ze swoją dziewczyną, Sophią, kręcili się między stolikami, dotrzymując towarzystwa rodzinom chłopców. Niestety, ich obecność i dobra wola nie wystarczyły, by przerwać konflikt na linii Styles-Tomlinson, który natarczywie działał wszystkim na nerwy.
Kiedy nareszcie Harry liczył na chwilę spokoju, dzwoniącą komórkę zastąpił jeszcze gorszy dźwięk – walenie do drzwi. Chłopak jęknął cicho, podciągając kołdrę po sam czubek głowy. Cisza.
Szczęśliwy westchnął przeciągle, próbując przywołać przepiękny sen, jaki mu przerwano.
- Wszystkiego najlepszego.
Podskoczył przestraszony, odrzucając pościel i wpatrując się w Louisa. Przetarł twarz dłońmi, lustrując go nieprzyjemnym wzrokiem. Obłędny jak zawsze.
- Przestraszyłeś mnie – uspokoił szaleńcze bicie swojego serca, nim niepewnie wstał z łóżka, podchodząc do okna i odsłaniając rolety. – Pali się?
- To nie ma sensu – Louis wzruszył ramionami, siadając po turecku w pościeli Harry’ego, jak to miał w zwyczaju ostatnich kilkanaście miesięcy. – Naucz się ze mną współpracować, bo jeśli zawalimy dzisiejszą sesję, to nie ręczę za siebie na następnym posiedzeniu z Modestem, jasne?
- Jasne – Styles wzruszył ramionami.
- Mówisz poważnie? – Louis zmarszczył czoło. Poszło zbyt gładko.
- Tak – przytaknął niemrawo. – Może jeszcze zostanę twoim świadkiem i z uśmiechem na ustach podam wam obrączki? Chyba, że wolisz, bym w ogóle się nie pojawiał.
- Harry – Tomlinson syknął, podążając za nim do kuchni. – Ile jeszcze będziesz się na mnie dąsał. Dorośnij.
- Rosnę. Kończę dziś 20 lat – prychnął, dolewając wody do czajnika elektrycznego. – Herbaty?
- Harry, do cholery jasnej, to nie moja wina, że Eleanor jakoś mi to wybaczyła. Bynajmniej. Jestem jej cholernie wdzięczny, wiesz? Kocha mnie i to pokazuje.
- I dlatego trzeba było się jej oświadczać po pierwszym lepszym seksie na zgodę?
Nim Louis zdążył się pohamować, jego dłoń spotkała się z policzkiem Stylesa, który patrzył na niego zwycięsko, wręcz zadziornie.
- Specjalnie to zrobiłeś – skwitował Louis, kręcąc głową. – Boże, co ci się stało…
- Uczeń przerósł mistrza, co? Zabolało? – strącił z oczu zbyt długie loki, opierając się o blat i patrząc, jak rysy twarzy chłopaka tężeją. – Mnie też zabolało. Bardziej niż twoje uderzenie. Zabolało mnie, jakim chamem i prostakiem byłeś, lecąc na dwa fronty. No co? – rozłożył ręce. – Gdybym napisał twitlongera, liczba twoich followers drastycznie by zmalała – zachichotał.
- Dość, nie da się z tobą rozmawiać – Louis zacisnął dłonie w pięści, starając się trzymać emocje na wodzy. – Mogę po prostu pożyczyć twój samochód? Chcę stąd jak najszybciej zniknąć, utknąłem z awarią na sąsiedniej ulicy.
- I tylko dlatego tutaj przyszedłeś.
- Masz dziś urodziny, chciałem złożyć ci życzenia i zakopać topór wojenny. Ale chyba się przeliczyłem – westchnął smutno.
- Kluczyki są na komodzie – rzucił Harry, nie oglądając się za siebie.
Louis podążył do niewielkiej szafki na końcu salonu. Obok kluczy leżało ich zdjęcie zrobione dokładnie rok temu, na przyjęciu z okazji 19-tych urodzin Harry'ego. Tomlinson patrzył na nie przez chwilę, nim potrząsnął głową, obracając ramkę przodem do ściany. Było, minęło.
Jeszcze raz zatrzymał się w progu, obserwując jak Harry, bez krzty zainteresowania, wyjmuje z lodówki składniki na późne śniadanie.
- Przyślę po ciebie Prestona, nie spóźnij się, proszę – powiedział cicho. Ich przyjaźń, o ile jeszcze nią była, w tej chwili nie dawała żadnych nadziei. Harry traktował go jak powietrze. – Przemyśl to wszystko.
- Dziękuję za życzenia i gratuluję zaręczyn. Kluczyki oddasz mi na sesji – Styles uśmiechnął się ironicznie. – Wiesz, gdzie są drzwi? – ponaglił go, gdy zbyt długo zwlekał z oderwaniem swojego pełnego politowania spojrzenia.
Louis ponownie tego popołudnia prychnął pogardliwie, odwracając się na pięcie i z impetem trzaskając drzwiami.
Nigdy więcej już się nie zobaczyli. 



Liam i Zayn westchnęli, ponownie tego wieczora wymieniając zdegustowane spojrzenia.
- Proszę pani… - Malik znowu zabrał głos, zwracając się do recepcjonistki zajmującej miejsce za biurkiem. – Naprawdę, ale to naprawdę musimy porozmawiać z panem Petersonem. Może nam pomóc.
- Wobec tego proszę przyjść jutro – wyraźnie poirytowana kobieta nieco uniosła głos. – Tłumaczę panom, że godziny odwiedzin naszych pacjentów trwają od 12 do 18. Jest już późno, proszę o opuszczenie budynku.
- Szlag by to – warknął Zayn, zaciskając dłonie w pięści.
Kiedy wraz z Paynem dojechali do Middlewhich, niewielkiego miasteczka zaledwie pół godziny drogi od Holmes Chapel, od razu skierowali swoje kroki do hospicjum położonego na dalekich obrzeżach, bliżej londyńskiej autostrady.
Zdołali dowiedzieć się tylko tyle, że Richard Peterson od przeszło 4 lat znajduje się w ośrodku z poważnymi objawami Alzheimera. Mężczyzna dobiegał sześćdziesiątki, a jedyne co czasami pamiętał to dawne wspomnienia sprzed lat. Nazwisko Leightona było kobiecie kompletnie nieznane.
Liam położył dłoń na ramieniu Malika, zajmując jego miejsce przy kontuarze, kiedy wkurzony chłopak odsunął się na bok.
- Pani… - zaczął spokojnie Liam, wczytując się w plakietkę przypiętą do białego fartuszka kobiety. – Lindsay – uśmiechnął się przyjaźnie. – Naprawdę rozumiem okoliczności, ale proszę też postawić się w naszej sytuacji. Zaginął chłopak, a jedyną osobą, która może mieć jakiekolwiek informacje na jego temat to pan Peterson.
Rysy twarzy blondynki złagodniały.
- Nie wiemy, czego do końca szukamy – kontynuował Payne. – Jedyny trop, jaki znaleźliśmy to właśnie pacjent tegoż ośrodka. Przyjechaliśmy prosto z Londynu, by móc z nim porozmawiać. Czy prośba o pięć minut rozmowy to tak wiele? Bardzo panią proszę – oparł się o ladę, wpatrując się w jej niebieskie oczy, które powoli ustępowały urokowi Liama oraz jego wyważonej postawie.
Kobieta odchrząknęła, na chwilę spuszczając wzrok na monitor swojego komputera.
- I jest pan pewien, że to cokolwiek pomoże? – spytała z powątpiewaniem. – Nie powinnam tego mówić, ale pan Peterson nie potrafi przypomnieć sobie, co jadł wczoraj na obiad, a co dopiero jakieś precyzyjniejsze informacje.
- Zawsze warto spróbować. Bardzo proszę.
Dziewczyna przygryzła wargę, klikając kilka przycisków na klawiaturze. Przyłożyła do ucha coś na kształt krótkofalówki, nim odezwała się do swojego rozmówcy.
- Czy pan Peterson śpi? – cisza, podczas której Liam i Zayn wymienili błagające niemo spojrzenia. – Dobrze, więc przyprowadź go na chwilę do świetlicy. Dwaj panowie muszą zamienić z nim kilka słów – oboje westchnęli z ulgą. Chyba jednak los był dla nich łaskawy. – Wiem, że godziny wizyt minęły, ale to sprawa niecierpiąca zwłoki. Przyślę ich, nie zostawiaj pacjenta – dokończyła, odkładając sprzęt.
- Pan Peterson będzie czekał w pokoju nr 12, trzecie drzwi na lewo, pierwsze piętro. Tylko uprzedzam, że to nie może trwać zbyt długo.
- Oczywiście. Dziękujemy. Jesteśmy twoimi dłużnikami, Lindsay – Liam przytaknął z nieśmiałym uśmiechem.
- Właściwie to – zaczęła dziewczyna, podsuwając mu pod nos kartkę i długopis. – Mogę prosić o dyskretny autograf? – wzruszyła ramionami, przyglądając się chłopakom spod długich rzęs.
 - Jasne – Liam pokręcił głową, chichocząc.
Kiedy razem z Zaynem złożyli swoje podpisy, jeszcze raz grzecznie podziękowali, kierując się we wskazane wcześniej miejsce.
- Manipulator – Malik wsadził Liamowi palec w żebro.
- A to niby za co?
- Wiedziałeś, że nas poznała, więc musiałeś wykorzystać swoją gierkę słowną. Niezły z ciebie dupek – skwitował Zayn, nie ścierając jednak uśmiechu z twarzy.
- Oh, zamknij się – Liam machnął ręką, kiedy dotarli pod drzwi pokoju numer 12. – Wchodzimy.
Malik niepewnie nacisnął klamkę. Ich oczom ukazała się niewielka świetlica w przyjemnym odcieniu zieleni. Na ścianie wisiał ogromny telewizor, a na stojącej nieopodal sofie siedziały dwie staruszki, komentując najnowszy odcinek „Grey’s Anatomy”. Dookoła mieściło się pełno stolików i krzeseł, o tej porze pustych i czyszczonych przez pochylającą się nad jednym z nich sprzątaczkę.
W tym momencie przez drugie drzwi do środka wkroczył młody pielęgniarz, pchając przed sobą wózek z lekko siwiejącym mężczyzną. W porównaniu z dwiema kobietami w pokoju, wyglądał dość młodo i całkiem dobrze się trzymał.
- Pan Peterson? – Liam odchrząknął niepewnie, przykuwając wzrok mężczyzny.
- To ja? – zapytał nieśmiało pielęgniarza, który tylko przytaknął, powoli wycofując się do sąsiedniego stolika.
Usiadł obok z gazetą w ręce, dając im chwilę prywatności, niemniej jednak wciąż znajdował się na tyle blisko, by w skupieniu wsłuchiwać się w rozmowę. Chyba takie były już procedury nieproszonych gości – zero intymności.
- On nawet siebie nie kojarzy, to nie ma sensu – szepnął Zayn, kiedy powoli zbliżali się do stolika, zajmując dwa niezbyt wygodne krzesła obite brązową skórą.
- Czy mógłby pan z nami zamienić kilka słów? – Liam zignorował Malika, starając się wzbudzić zaufanie Petersona. – Nazywam się Liam Payne, a to mój przyjaciel Zayn Malik. Miło nam pana poznać.
- Wyglądacie zupełnie jak chłopcy z billbordów w 2012 – mężczyzna zamyślił się, a Liam i Zayn znów lekko się uśmiechnęli. Tego tematu lepiej nie roztrząsać.
- Możliwe – przytaknął Zayn. – Jednak nie w tej sprawie tutaj jesteśmy. Potrzebujemy pana pomocy.
- Oh – Richard uniósł brwi, poprawiając swoje okulary. – Nikt nigdy nie chce mojej pomocy. To pomyłka.
- Z pewnością nie – zaoponował Liam zbyt energicznie. – To znaczy… Całkiem prawdopodobne, że zna pan kogoś, kogo pilnie szukamy.
- Naprawdę? – zdziwił się, a chłopcy przytaknęli, wpatrując się w niego uważnie. – Hmm, ale ja… Czy moja siostra już tu jest?
Oboje spojrzeli na siebie zdegustowani. Mężczyzna miał wyraźne problemy z pamięcią.
- Niestety, nie wiemy, ale jest już dość późno, więc raczej nie.
- Oh…
Malik westchnął głośno, mocniej ściskając swoje kolano. Widział w tym coraz mniej racjonalności. Czego oczekiwali od staruszka z Alzheimerem? Szczegółowej relacji wczorajszego meczu Real-Barcelona?
- Dobra, Liam, on na bank nie zna Leightona, chodźmy stąd.
- Leighton!
Zayn powoli podnosił się z krzesła, jednak zamarł, słysząc drżący głos Petersona.
- Tak – Liam powoli i spokojnie przytaknął, zmuszając Zayna, by zajął swoje miejsce. – Leighton Pevense.
- Nie, Leighton Peterson – mężczyzna wyglądał, jakby jakimś cudem miał zaraz wstać ze swojego wózka. Wyraźnie pobudził się na wzmiankę o chłopaku. – On żyje? – zapytał, otwierając usta w zdumieniu.
- Ale nam chodzi o Leightona Pevense – powiedział Malik. – Wydaje mi się, że mógł pan pomylić…
- Oh…
- Zaczekaj – Liam powstrzymał Zayna od kontynuowania. – Panie Peterson? – zwrócił się do mężczyzny. – Kim jest Leighton Peterson?
- On żyje? – powtórzył swoje pytanie, a pojedyncze łzy wypłynęły z jego oczu.
- T-tak – zająknął się Liam. – Leighton Pereson żyje – dodał pewniejszym głosem.
- Liam, co ty… - syknął Zayn, a wtedy mężczyzna zaszlochał głośno.
- Nie, niech pan…
- Co się dzieje, Richard? – pielęgniarz w ciągu kilku sekund zmaterializował się u boku mężczyzny. – Obawiam się, że powinni panowie opuścić salę.
- Chwileczkę – Liam posłusznie wstał z miejsca, jednak podszedł do mężczyzny, klękając przy jego wózku i wręczając mu wymiętą chusteczkę. – Panie Peterson, proszę mi powiedzieć, kim jest Leighton Peterson?
- To… - przyjął chusteczkę, ocierając mokre policzki. – Ja myślałem, że go zabiłem!
Zayn zmarszczył brwi, pochylając się nad mężczyzną.
- Ale wszystko z nim w porządku, proszę nam uwierzyć – Malik z uwagą obserwował jak twarz Petersona powoli się uspokaja.
- Chce mi się spać – powiedział Richard, zwracając się do pielęgniarza. – Chcę iść do pokoju. Nie chcę tu być.
Mężczyzna przytaknął i posłusznie manewrował wózkiem w stronę drzwi, przez które nie tak dawno weszli do pomieszczenia.
- Panie Peterson, czy Leighton był pana rodziną? – Liam nie tracił nadziei, idąc za nimi po prawej stronie wózka. – Proszę, panie Peterson. Gdzie go znajdę? Błagam.
- Springsten Avenue 22 – szepnął pod nosem.
- Chwileczkę, może pan powtórzyć? – ku niezadowoleniu pielęgniarza, Liam zablokował drzwi.
- Springsten Avenue 22 – mężczyzna uśmiechnął się szeroko, jakby widząc wspomniany adres oczami wyobraźni. – To piękny dom – zdążył dodać, nim zdenerwowany mężczyzna przeprosił Liama i wyminął go, opuszczając pokój wraz z Richardem Petersonem.
- Wierzysz mu? – Zayn schował dłonie w kieszenie jeansów, niepewnie oglądając się za siebie. Dwie staruszki obserwowały ich, szepcząc między sobą.
 - Musimy to sprawdzić – Liam westchnął, ruszając w stronę wyjścia.

*

- Dobrze się czujesz? – Niall mocniej zacisnął knykcie na czarnym obiciu kierownicy.
- Mhm.
Harry niemrawo wpatrywał się w mijane za oknem krajobrazy. Niall, choć obiecał chłopakom dyskrecję, opowiedział Harry’emu wszystko z najmniejszymi szczegółami. Zdradził, co wyczytali w zeszycie Leightona, opowiedział o SMS’ach i tym, czego się dowiedział. Harry po prostu wysłuchał, nie komentując tego w żaden sposób.
- Jesteś zły?
- Nie, Niall, jestem przeszczęśliwy, że Zayn i Liam buszują nocami po obcym mieście na własną rękę – prychnął sarkastycznie.
- Napisałem im, że mogą wracać. W końcu Leighton jest w „Cheshire East Records” – skwitował pewnie, mijając tablicę informacyjną. Właśnie przekroczyli granicę Holmes Chapel. Niall nieznacznie przyspieszył, kierując się na skróty na drugą stronę miasteczka, gdzie mieściła się firma Harry’ego.
- Dlaczego do ciebie napisał?  - zapytał Harry, wciąż unikając spojrzenia przyjaciela. – Nie odezwał się do mnie, tylko... – wzruszył ramionami. - To co najmniej dziwne.
- Harry – Horan westchnął zmieszany. – Przedyktowałem ci treść tych wiadomości. Morrison musiał założyć wtyki w jego telefonie, więc czemu miałby nie śledzić twojego. To sprytna bestia.
- A twój? W końcu się poznaliście. Tak jakby.
- Nie na tyle, by miał dostęp do mojego numeru telefonu, prawda? – był bardzo pewny siebie. – Chyba – dodał niepewnie, wzdrygając się na samą myśl.
Jechali dalej w ciszy, nie mogąc doczekać się, aż ujrzą gmach wytwórni Stylesa.
Harry, ku własnemu zdumieniu, zachowywał niepokojące opanowanie. Był zły na spiskujących chłopaków, owszem, ale z drugiej strony nie potrafił się na nich gniewać. Chcieli mu pomóc, a doświadczenie przeszłości podpowiadało im, by niektóre fakty najzwyczajniej w świecie ukrywać, co wciąż nie do końca mu odpowiadało.
Perspektywa, iż Leighton dał znak życia przyćmiła gniew, zalewając serce Harry’ego ogromną ulgą. Wciąż nie potrafił uwierzyć, że za parę minut zobaczy chłopaka na własne oczy. Mimo wszystko jakieś dziwne, nieposkromione uczucie nie pozwalało mu dostatecznie cieszyć się tym faktem.
- Jesteśmy – szepnął Niall, parkując na podziemnym parkingu.
- Widziałeś to?
Niall zmarszczył brwi, wpatrując się w Harry’ego. Zgasił silnik i wyciągnął kluczyki ze stacyjki.
- Na parkingu – kontynuował Harry. – Czemu jakiś samochód stał na parkingu o tej porze?
- Nie wiem, Harry i szczerze powiedziawszy to chyba nie jest teraz istotne – Niall uśmiechnął się cierpko, oddając przyjacielowi kluczyki od jego samochodu.
Oboje wyszli z auta, zamykając je i kierując się do windy.
- Wciąż ich nie znosisz? – zapytał Niall, widząc jak Harry reaguje na ciśnienie pojawiające się wraz z ruszeniem w górę.
- Powiedzmy, że nigdy się do nich nie przekonam – skwitował, z ukojeniem opuszczając klaustrofobiczne pomieszczenie na odpowiednim piętrze. – Coś jest nie tak – zaczął od razu, kiedy powitały ich rozwalone kszesło i przewrócona doniczka.
Niall stanął obok ze złością, ale i osłupieniem lustrując wzrokiem pobojowisko.
- To z pewnością nie jest dzieło Leightona – Harry szybkim krokiem minął niewielki hol, zatrzymując się w recepcji, gdzie za biurkiem siedziała przestraszona sekretarka Harry’ego.
- Veronica?
- Oh, panie Styles – pisnęła dziewczyna. – Myślałam, że to jakiś żart, ale ten mężczyzna wszedł tutaj ze swoją obstawą i powiedział, że pan tutaj zaraz przyjedzie. Ja nie mam pojęcia, ale ja musiałam ich wpuścić.
- Spokojnie, spokojnie – Harry oparł się o biurko, w skupieniu kręcąc głową. – Co się stało?
- Miałam dzisiaj zamykać, ale kiedy wychodziłam oni się zjawili i kazali mi tutaj zostać.
Dziewczyna była wyraźnie przerażona. Nie patrzyła w Harry’ego, a mierzyła czubki swoich butów. Warga drżała jej niepewnie.
- Posłuchaj mnie uważnie, musisz stąd wyjść, jak najszybciej, rozumiesz? – brunetka przytaknęła niespokojnie. – Wsiadaj w samochód i jedź do domu. Ja to załatwię. Nie mów, proszę, nikomu o tej sytuacji, dobrze?
- Ale panie Styles…
- Dobrze? – powtórzył, łapiąc spojrzenie jej brązowych oczu.
- D-dobrze.
- Świetnie – wyprostował się, rozglądając na boki. – Boże, Niall…
 Ruszył w stronę swojego gabinetu.
- Pieprzony indywidualista – syknął pod nosem.
- Panie Styles, oni mają broń – krzyknęła za nim sekretarka, co tylko przyspieszyło tempo chodu Harry’ego.
Bez chwili wahania z impetem wpadł do swojego gabinetu. Wcale nie zdziwił się, widząc za biurkiem nie kogo innego niż Jacksona Morrisona we własnej osobie. W pokoju znajdowali się jeszcze dwaj inni mężczyźni w czarnych, skrojonych garniturach, co też go nie zaskoczyło. Jeden z nich przykładał ostre narzędzie do gardła Nialla, który wcale nie wydawał się przestraszony, lecz bardziej wkurzony. Wyrywał się, jednak mocne dłonie czarnoskórego nie pozwalały mu się wyrwać.
- Harry, jak miło cię widzieć! – uśmiechnął się Morrison, kręcąc się na krześle jak małe dziecko. – Powoli zaczynałem się nudzić.
- O…Co…Ci…Chodzi – wypalił Harry, nie ruszając się z miejsca. Mężczyzna, który trzymał Nialla, uważnie śledził jego ruchy, więc bał się, że każdy najmniejszy krok może doprowadzić do niepotrzebnego rozlewu krwi.
- Twój śliczny kolega złamał moje niepisane zasady, o to mi chodzi – zaakcentował ostatnie słowa, wrogo wpatrując się w Nialla.
- Nie – Harry pokręcił głową. – To od początku było nierealne. Wysłałeś te SMSy do Nialla, żeby nas sprawdzić, prawda?
- Jak widać, mój instynkt się nie pomylił – uśmiechnął się podejrzanie. – Chciałeś spotkać się z Leightonem za moimi plecami. Zrobiłbyś to.
- Nie zrobiłbym.
- Przestań kłamać! – głośny krzyk sprawił, że Harry drgnął. Nie zachowywał kontroli nad sytuacją i totalnie nie miał planu, jak to rozegrać. Morrison był nieobliczalny.
- A wszystko miało być w porządku. Mieliśmy pięknie współpracować – kontynuował mężczyzna. – Miałeś sprzedać mi Leightona, ja miałem ci grzecznie dać spokój, ale nie… Musiałeś mnie zdenerwować, musiałeś sprawić, że będę musiał się z wami policzyć – warknął.
Harry stał, tępo wpatrując się w kroczącego dookoła niego mężczyznę. Nie zamierzał się wyrywać, by nie prowokować go do radykalnych rozwiązań.
- Obiecuję, że więcej tego nie zrobię.
- Gówno prawda – prychnął Morrison. – Gdyby to naprawdę on pisał te wiadomości, pobiegłbyś za nim choćby do Japonii, to groźniejsze, niż podejrzewałem – powiedział bardziej sam do siebie niż do Harry’ego. – No trudno – westchnął. – Nie mogę cię ukarać, bo jesteś mi potrzebny – założył ręce na piersi. – Ale mogę dać ci nauczkę. Mówiłem, że ze mną się nie zadziera – szepnął do ucha Harry’ego, zachodząc go od tyłu. – Potrafię być bardzo, ale to bardzo zły, gdy coś nie idzie po mojemu.
- W-wiem – przytaknął Harry. – Wiem i dlatego nie mam zamiaru więcej tego powtórzyć.
- O nie, po tym nie będziesz miał zamiaru.
Nim Harry zdążył zareagować, Morrison pstryknął palcami, a wtedy mężczyzna stojący na lewo od Harry’ego, przycisnął go do ściany, ukręcając mu ręce do tyłu. Styles jęknął cicho, czując ból w nadgarstkach i policzku, który mocno zdarzył się z boazerią.
- Ty pierdolony dupku – warknął Niall, kopiąc i wierzgając nogami. W rękach swojego opryszka wydawał się malutki i kruchy, wręcz bezbronny, jednak wciąż zacięty w walce. Taki właśnie był Niall – nieposkromiony.
- A już myślałem, że dam ci taryfę ulgą – Morrison pokręcił głową, podchodząc do Nialla, który został jeszcze bardziej unieruchomiony przez ochroniarza. – Wiesz co ci powiem, maleństwo? – uśmiechnął się, wracając do biurka Harry’ego,  na którym usiadł, biorąc w dłonie rodzinną fotografię. – Jeśli jest coś, co może zmusić pana Stylesa do posłuszeństwa, są to jego najbliżsi – westchnął, odkładając ramkę na miejsce. – I chyba właśnie to powinienem zrobić na samym początku – dokończył głębokim głosem i skinął na mężczyznę.
- Niall! – Harry pisnął cicho, kiedy potężny facet przygwoździł chłopaka do podłogi, mocno kopiąc go w brzuch. Niall zgiął się w pół, skomląc cicho, kiedy Harry ze wszystkich sił próbował wyrwać się z silnego uścisku mężczyzny zanim. Niestety, wszystkie próby szły na marne. Harry zauważył, że z każdym kolejnym szarpnięciem, jakie wykonuje, Horan zdobywa jeszcze większe i silniejsze uderzenia.
- Patrzcie no tylko! – Morrison klasnął w dłonie. - Szybko kalkulujesz moje zamiary, Styles! Naprawdę inteligentny z ciebie facet!
- Daj mu spokój – jęknął Harry, zamykając oczy. Doskonale zrozumiał cel Morrisona. Sam miał nie oberwać, ale za to kazano mu patrzeć, co robią z Niallem na jego oczach. – Proszę cię, daj mu święty spokój, proszę – krzyknął, a wtedy ciemnoskóry mężczyzna przestał okładać Nialla mocnymi uderzeniami. – Przestań, proszę – pisnął raz jeszcze, starając się nie ukazywać słabości.
Morrison skrzywił się cicho, klękając nad Niallem. Blondyn lekko uniósł się na drżących łokciach, ścierając z brody stróżkę krwi, która torowała sobie drogę z jego dolnej wargi i nosa.
- Wyglądasz słabo – stwierdził Jackson, wzdychając ze współczującym wyrazem twarzy. – A naprawdę jest mi cię szkoda, wiesz?
- Spierdalaj – jęknął Niall.
Wkurzony Morrison ponownie uniósł się na równe nogi, z impetem naciskając butem na dłoń Nialla, który krzyknął cicho, ponownie zderzając swoją twarz z podłogą.
- Na miłość boską, proszę cię, wystarczy! – krzyknął Harry, ledwo trzymając się w ryzach. Miał ochotę płakać i błagać go o litość. – Zajmij się mną, błagam.
- O nie, panie Styles – zachichotał. – Na tym polega rozrywka tego wydarzenia. Tobie nic nie zrobię, ale za każdym razem, kiedy znów postanowisz mi się przeciwstawić, przemyślisz to dwa razy, przypominając sobie, jak bardzo poturbowałem twojego rozkosznego kolegę. Swoją drogą ma temperament godny pozazdroszczenia – uśmiechnął się, klepiąc Harry’ego po plecach.
- Dobra, wystarczy – zwrócił się do swoich podwładnych, obaj mężczyźni zostawili Nialla i Harry’ego.
Styles szybko rozprostował ręce i uklęknął nad Niallem, który krztusił się cicho własną krwią.
- Kurwa, kurwa, kurwa – Harry niemal płakał, klnąc pod nosem, obrócił Nialla na bok, z trudem przypatrując się obrażeniom, jakich doznał. Morrison nie zostawił na nim choćby fragmentu nieposiniaczonej skóry. Musiał trenować swoich ochroniarzy na szeroką skalę.
- Miło było, ale chyba musimy już lecieć – Morrison nałożył na nos czarne okulary. – Będziemy w kontakcie, panie Styles – skinął głową, wychodząc z pokoju i zamykając za sobą drzwi.

*

- Co?! – Liam mocno zahamował, stając na czerwonym świetle. Zayn, który nie miał zapiętych pasów, omal nie wyleciał przez przednią szybę.
- Na miłość boską – syknął pod nosem, jednak zmienił ton, dostrzegając przerażoną twarz Liama, który w przeciągu kilku sekund zatrzymał samochód na poboczu.
- Jak do tego doszło?! – Payne nie przestawał krzyczeć w słuchawkę, a Zayn nie przypominał sobie, by widział go kiedykolwiek w takim stanie. – Harry, spokojnie, rozumiem. Ale przecież… Zayn, sprawdź telefon – rzucił do przyjaciela, który skonsternowany, wyjął z kieszeni iPhone’a. Miał jedną nieodczytaną wiadomość od Nialla o treści „Leighton się odezwał. Jedziemy do niego. Możecie przestać szukać”. Nie usłyszał jej.
- Kurwa, wyciszyłem telefon – przeklął pod nosem. – Co się…
- Daj nam 20 minut – Liam rozłączył się, rzucając telefon na tylne siedzenia, kompletnie nie dbając o to, czy trafi w tapicerkę. Z piskiem opon ruszył do przodu, mijając rozgniewanych, trąbiących na niego kierowców.
- Liam! Co się dzieje, do cholery jasnej?!
- Są w wytwórni Harry’ego. Morrison zwabił ich podstępem i pobił Nialla do nieprzytomności.
- Co?! – Zayn poderwał się w miejscu. Uderzył pięścią w schowek naprzeciw siedzenia pasażera, sprawiając, że cała jego zawartość wylądowała na podłodze auta. – Zabiję skurwysyna.
Liam docisnął pedał gazu, wjeżdżając na trasę, która jak najszybciej miała doprowadzić ich do „Cheshire East Records”.
- Co z nim?!
- Czekają na pogotowie, ale długo ich nie ma. Harry jest tak roztrzęsiony, że ledwie go zrozumiałem.
- Kurwa jebana mać – Zayn ponownie uderzył w schowek, a jego drzwiczki tym razem odleciały na dobre.
- Malik, rozpieprzysz swoje auto – syknął Liam, jeszcze bardziej przyspieszając.
- Niech go tylko dorwę…

*

- Harry?! – Liam i Zayn puścili się biegiem przez korytarz, mijając po drodze rozwalone doniczki i krzesła. Z przerażeniem gnali przed siebie, bojąc się, jaki widok czeka ich w biurze Harry’ego.
- Jezus Maria – Zayn wpadł do pokoju, w ciągu kilku sekund klękając koło Nialla, którego Harry za wszelką cenę próbował ocucić.
- Nie otworzył oczu bite 26 minut – jęknął Harry w swoje dłonie, będąc na granicy płaczu.
- Karetka? – wypalił Zayn, w osłupieniu obserwując Nialla. Nie mógł uwierzyć, że jeden człowiek może tak bardzo skrzywdzić niewinnego człowieka.
- Dzwoniłem, ale jeszcze ich nie ma – pisnął Styles, a jego ramiona zadrżały. Ciche spazmatyczne oddychanie uniemożliwiało mu normalne mówienie. – To moja wina.
- Cii – Liam objął Stylesa, który wcisnął twarz w jego koszulkę, wciąż nie płacząc, jednak nie mogąc złapać oddechu. – Spokojnie, Harry, wszystko będzie dobrze, kontroluj się – Liam wymienił z Zaynem zdegustowane spojrzenia. Jeśli jeszcze kilka godzin temu wierzyli Harry’emu, że jakoś się trzyma, tak teraz byli pewni, że ta sytuacja na nowo postawiła ich w punkcie wyjścia. Harry wrócił do swoich ataków sprzed lat. – Harry, spokojnie – Liam uspokajająco głaskał go po plecach. – Co z nim? – zwrócił się do Zayna, który klęczał przy Horanie.
- Pieprzony uparty gnomie – Zayn także zdawał się być bliski płaczu. – To nie ma sensu, idziemy.
- Czekaj, co ty…
Malik bez większego trudu wziął Nialla na ręce.
- Jedziemy na ostry dyżur. No już, Liam!
- Harry, Harry, musimy iść, no już! – Liam powoli wstał, ciągnąc za sobą Stylesa. – Dasz radę sam?
Harry przetarł twarz, przytakując, ruszył za chłopakami w kierunku parkingu.
- Zayn? – Niall odkaszlnął niepewnie, dławiąc się, aż załzawiły mu oczy.
- Jestem tutaj, Niall, jestem. Wszyscy jesteśmy – niemal biegł w stronę wind, wciąż dźwigając swojego przyjaciela. Ignorował fakt, że cała kurtka przesiąkła czerwienią krwi Nialla.
- Przepraszam, że na ciebie krzycza-ałem – zachłysnął się raz jeszcze, sprawiając Zaynowi niemal fizyczny ból.
- Ty mały pieprzony idioto, to ja na ciebie krzyczałem – jęknął. Wysiedli z windy, biegnąc do aut. Liam wyrwał się przodem, kluczykami odblokowując pojazd.
- Nie płacz, cioto – uśmiechnął się, ponownie tracąc przytomność.
- Niall?  - Zayn wskoczył z chłopakiem na tylne siedzenia. – Niall?
- Co z nim? – rzucił Harry, próbując nabrać jak najwięcej powietrza do płuc.
- Znowu odpłynął, a niech cię – przeklął Malik. – Niall, trzymaj się, proszę, nie rób mi tego, Niall, nie zniosę tego po raz drugi.
- Nawet nie kracz – warknął Liam, z piskiem ruszając w kierunku szpitala.

*

Poczekalnia Holmes Chapel Health Centre wydawała się tętnić życiem. Poza Zaynem, Liamem i Harrym znajdowało się tutaj sporo pielęgniarek i lekarzy, którzy pędzili od jednego pacjenta do drugiego. Lecz najbardziej martwił ich fakt, że drzwi, za którymi operowali Nialla, nie otworzyły się ani razu od przeszło dwóch godzin.
- Demi, spokojnie – Liam westchnął do telefonu. – Demi, proszę cię, nie będziesz prowadzić w takim stanie. Demi! – Zayn wyrwał komórkę z rąk Payne’a, wtrącając się w rozmowę.
- Dems, tu Zayn, posłuchaj mnie uważnie. Jedź do Perrie, zawieź Vivi i przyjedź tutaj pociągiem. Broń Boże nie prowadź teraz samochodu, zrozumiałaś mnie? Wszystko będzie dobrze, jesteśmy na miejscu.
Harry kompletnie wykluczył się z rzeczywistości. Skulił się na ziemi, obejmując nogi kolanami.
To wszystko przez niego. Gdyby nie poznał Leightona, Niallowi nic by się nie stało, Demi nie płakałaby Zaynowi w słuchawkę, a on wiódłby swoje spokojne, proste życie. Bez żadnych brudnych interesów, żadnych nieporozumień i konfliktów.
- Harry? – Liam uklęknął przed Stylesem, który tępo wpatrywał się w przestrzeń. – Harry, to może nie jest odpowiedni moment, ale miałeś atak. Pamiętasz?
Chłopak przytaknął, jednak wciąż unikał spojrzenia Liama.
- Harry, martwię się o ciebie. Wiem, jak to było ostatnim razem.
Harry także wiedział. Tuż po śmierci Louisa popadł na dno. Miał problemy z alkoholem i opanowaniem agresji, a co za tym idzie ciągłe napady paniki, a nawet jedną, na szczęście nieudaną próbę samobójczą.
- Harry, proszę – Liam westchnął pod nosem. – Wiem, że  masz ochotę rozkwasić mi ryj, ale proszę, chociaż spróbuj jakoś funkcjonować.
Wtedy z sali wyszedł lekarz w niebieskim fartuchu. Liam i Zayn poderwali się na równe nogi. Harry chciał, jednak nie potrafił zmusić własnego ciała do współpracy.
- Panowie – siwiejący mężczyzna przyjrzał się im z profesjonalnym wyrazem twarzy. – Operacja przebiegła po naszej myśli. Pan Horan miał złamane żebro, jednak interweniowaliśmy. Niemniej stan ogólny pacjenta jest krytyczny. Stracił dużo krwi. Przypuszczamy, że odnowił się uraz kolana, jednak to będziemy mogli w pełni stwierdzić dopiero po większej ilości badań. Na razie transportujemy pacjenta do sali, gdzie wydobrzeje po operacji, resztą zajmiemy się po wybudzeniu z narkozy.
- Możemy do niego iść?
- Tak, jednak nie wydaje mi się, by odzyskał przytomność w przeciągu najbliższych 14h.
- Dziękujemy – Liam przymknął powieki, opierając się o ścianę.
Lekarz odszedł, zostawiając ich samych z własnymi myślami.
- Zabiję go.
- Zayn…
- Zabiję skurwysyna, choćbym miał zrobić to gołymi rękami.
Oboje usiedli na krzesłach. Malik schował twarz w dłoniach, podczas gdy Liam wciąż  z niepokojem obserwował Harry’ego.
- A niech mnie kurwa… - zaczął Zayn, jednak przerwał, nie dowierzając własnym oczom.
Liam podążył za wzrokiem przyjaciela, sztywniejąc w miejscu.
Wyglądał nieco inaczej, choć wciąż tak, jak go zapamiętał. Niesforne włosy ułożone w misterną grzywkę, masa tatuaży, kolczyk w wardze i czarne ubrania.
- Cześć – powiedział jakby nigdy nic, stając przed otępiałymi chłopakami. Wzrok jednak zatrzymał na Harrym, który wciąż siedział skulony, lecz tym razem zaszklonymi oczami wpatrywał się w przybyłego.
Brunet spokojnie podszedł do Harry’ego, klękając przed nim i ze współczującym wyrazem twarzy zatopił palce w jego lokach.
- Mój boże, Harry, gdybym tylko wie…
Harry zarzucił ramiona na chłopaka, który odwzajemnił ten gest, próbując ze wszystkich sił go uspokoić.
- Harry, proszę, nie płacz, Harry...
Liam i Zayn w ciągu kilku sekund zgodnie wstali z miejsc, zostawiając ich samych.
- Harry, nie płacz.
- Nienawidzę cię – jęknął Styles, nie wypuszczając go z mocnego uścisku, jakby bał się, że Leighton rozpłynie się w powietrzu, kiedy tylko straci namacalny dowód. – Powinienem odprawić cię z kwitkiem, on będzie wiedział, że tu jesteś, on mnie zniszczy, nie zasłużyłem na to.
- Nie zasłużyłeś na to – zgodził się chłopak, oddalając się od Harry’ego na odległość wyciągniętej ręki. – Nie chcę narażać cię na niebezpieczeństwo, muszę zniknąć, po prostu... Nic mi nie jest, dobrze, widzisz?
- Ale nie idź stąd.
- Harry… - Leighton jęknął cicho.
- Nie zostawiaj mnie znowu, nie dam sobie rady.
Pevense westchnął, wstając niezgrabnie, tym samym ciągnąc Harry’ego za sobą. Otarł jego policzki i odgarnął mu włosy z twarzy.
- Nikt inny nie może mnie zobaczyć – powiedział, rozglądając się na boki. – Chodź ze mną.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 22

Witam, witam i o zdrowie pytam! (ale ze mnie raper)
Ostatnio nie miałam czasu na notkę przy rozdziale, przepraszam.
Chciałam OGROMNIEEEE podziękować za liczbę wejść. Po rozdziale 21 urosła niemiłosiernie, co pozwala mi stwierdzić, że jest Was tutaj dużo, na pewno więcej niżbym oczekiwała! (ale raptem 1/4 komentuje, ha, będę ciotką samo zło!)
Przeliczyłam sobie w głowie (ale mam szmatę z matmy, więc możecie mi nie ufać), że to opowiadanie powinno chylić się ku końcowi w okolicach 30 rozdziału, a tak się zżyłam z moim kochanym Leightonem, że nie wiem, jak ja to przeżyję. Zdaję sobie sprawę, że jest postacią fikcyjną, ale... Ugh, kocham go, nie osądzajcie mnie!
Więc jeszcze raz mocnooooo Was ściskam i mam nadzieję, że dalej będziecie tutaj tak ochoczo zaglądać (lub zostawiać więcej słów od siebie; ja okrutna).
Do napisania!
Kocham Was bardziej niż Zayna! (no może nie aż tak, ale Was kocham ;)).
Jakbyście mieli pytanka przypominam, że chętnie odpowiem TU! I TU TEŻ! :)


(po tym klipie możecie mnie już nie zobaczyć, bo umrę, just saying!)

_____________________________________________


Harry kręcił się po kuchni, sprzątając porozkładane wszędzie kubki i filiżanki. Mieszkali tutaj raptem dwa dni, a zdążyli stworzyć z Leightonem porządne złomowisko. Na pierwszy rzut oka widać, że brakowało im solidnej, kobiecej ręki.
- Harry, mogę? – Niall skinął na przestronną szafę ukrytą w skrytce pod schodami. Kolor drzwiczek komponował się z tapetą na ścianie, przez co była słabo widoczna.
- Tak, ale wątpię, byś cokolwiek znalazł. Nie otwieraliśmy jej.
Liam, Zayn i Niall uparli się, by mieć oko na Harry’ego, przez co Styles nie potrafił odczepić się od ich wścibskich rąk. Zgodzili się pomóc mu w odnalezieniu Leightona i wyjaśnieniu całej sprawy, jednak Harry nie spodziewał się, jakie konsekwencje niesie ze sobą trzech przyjaciół przeszukujących każdy kąt mieszkania po jego siostrze. Szukając jakichkolwiek wskazówek ku dotarciu do chłopaka, przewrócili połowę domu do góry nogami, a i tak nie znaleźli się bliżej jakiejkolwiek poszlaki.
- Będziesz teraz sprzątał? – Liam z powątpiewaniem uniósł brwi, przeczesując plecak Leightona. Harry nie czuł się komfortowo z faktem, że grzebali w jego rzeczach. – Nie gniewaj się, ale to był twój pomysł, żeby grać bohatera.
- Liam – Niall posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, nim zanurkował w dolnej półce szafy.
Styles westchnął głośno, wycierając mokre od wody dłonie. Umył już każdy centymetr kwadratowy szafek, które jeszcze wczorajszego ranka przywodziły na myśl same przyjemne wspomnienia. Mimowolnie przejechał opuszkami palców po gładkiej strukturze mebli.
- To bezsensu – mruknął, przykuwając uwagę przyjaciół. – Jak mam mu pomóc, jeśli on ewidentnie mojej pomocy nie chce? – wzruszył ramionami.
- Nareszcie dobrze gada – przytaknął Zayn, zbiegając po schodach. Wszyscy spojrzeli na niego wyczekująco, jako że przeszukiwał sypialnię Leightona, która, bądź co bądź, pozostawała ich jedyną nadzieją na rzetelny trop. – Nic. Tylko kilka ubrań, gitara i książka.
- Książka?
- Nic ważnego. Ot jakiś kryminał – usiadł na blacie, wyjmując z kieszeni swoją komórkę. – Może zadzwoń do niego jeszcze raz?
- Po co? – Harry prychnął. – Wyłączony.
- Dzwoni non stop – skwitował Niall, ku zdziwieniu Harry’ego. Wydawało mu się, że robi to dyskretnie.
- Więc – Payne odrzucił na bok równie nieprzydatną torbę. – Co teraz zrobimy?
- Idźcie do domu – Harry pokręcił głową, mijając ich i zamykając za sobą drzwi prowadzące na niewielki ogródek.
Zayn niepewnym krokiem ruszył za nim, jednak zatrzymał się w pół kroku, stając na palcach i wyglądając na zewnątrz.
- Dobra, poszedł.
Liam i Niall wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
Zayn doskoczył do swojej wiszącej w holu kurtki, po czym wyciągnął z niej zeszyt obity w brązową okładkę z zamszu. Gdzieniegdzie zdobiły ją dziwne rysunki czy pojedyncze wersy nieznanych piosenek.
- Leżało pod poduszką.
- Co? – Niall przetarł twarz dłonią. – I dlaczego, na miłość boską, mu tego nie powiedziałeś? Wygląda jak wrak człowieka!
- Cicho, nie chcę, żeby wiedział – Zayn szybko przekartkował brulion, zatrzymując go na zaznaczonej wcześniej stronie. – Spójrzcie – chłopcy podeszli bliżej, skupiając wzrok na wskazywanych przez Malika gryzmołach. – Jeśli dobrze się rozczytacie, zobaczycie jakiś adres. Nie jestem pewien, gdzie to jest, ale GPS nas zaprowadzi.
Jak na wyścigi Horan i Payne wyjęli swoje komórki, szybko wystukując nazwę ulicy i numer domu.
- To niedaleko Holmes Chapel – Liam zmarszczył nos, wczytując się w dane podawane przez Internet. – Właściwie to raptem trzy wioski dalej.
- Co? – Niall mruknął cicho. – Zgadza się, a konkretniej pod tym adresem znajdziemy hospicjum.
- I niby w jaki sposób hospicjum pomoże nam znaleźć tego tam?
- Leightona – Niall wywrócił oczami. Liam zbagatelizował wszystko machnięciem ręki. – To i tak nie trzyma się kupy – zgodził się blondyn. – Nie napisał, dlaczego ma ten adres?
Zayn zaprzeczył, jednak ponownie przewrócił kilka stron.
- Ponadto jeszcze to mnie zainteresowało – podejrzliwie obrócił zeszyt w ich stronę, ukazując ogromny znak zapytania postawiony na wyrwanej z prasy fotografii Louisa.
- Lou… - Niall przełknął głośno. – Po co mu zdjęcie Louisa?
- Najwyraźniej sam doszedł do wniosku, że to dziwne, jak wiele ich łączy – Liam przewrócił kartkę, z której wyczytał kilka znanych im faktów z biografii Tomlinsona. – 24 grudnia 1991, Doncaster, zginął w wyniku urazów po wypadku samochodowym – kontynuował czytanie. – Larry Stylinson – prychnął ostentacyjnie.
- Skurczybyk węszył w danych Lou. A niech go…
- Zayn – Niall trzepnął go w ramię, uważniej studiując pozostałe gryzmoły. – Trzeba powiedzieć Harry’emu.
- Mowy nie ma.
- Zayn, co ty sobie…
- Najpierw pojedziemy do tego pieprzonego hospicjum. Jeśli to nas do niego doprowadzi, chcę sam z nim porozmawiać – Malik przeczesał włosy dłonią, wyglądając na taras. Harry wciąż siedział do nich tyłem na drewnianej werandzie. – Nie pozwolę draniowi zrobić z niego męczennika. Po raz kolejny.
- A czy ty nie widzisz, że on dobrze na niego działał? – Niall nieznacznie uniósł głos. – Jeśli chłopak zniknie, dopiero wtedy odzyskasz swojego męczennika.
- Do czego doprowadziło pojawienie się go w naszym życiu, no powiedz mi, hm?
- Jesteś taki zaczepialski – jęknął Horan.
- Ja? – Zayn parsknął. – Ja zaczepialski? To ty masz jakieś chore ambicje, żeby swatać tego dzieciaka z Harrym. On nie zastąpi ci twojego przyjaciela, Niall. Louis nie żyje, do jasnej cholery.
- Swatać? Czy wyście na głowę upadli? – Liam wtrącił się, czując narastającą kłótnię. – Harry w życiu nie przyznał się, że ciągnie go do facetów, a wy…
- Spał z Louisem – rzucił Malik, jakby nigdy nic otwierając lodówkę i sprawdzając jej zawartość. – Chcecie kanapkę?
- Zabijcie mnie – syknął Niall, chowając twarz w dłoniach. – Okej, załóżmy – uniósł dłonie w geście kapitulacji – ale w czysto teoretycznym znaczeniu załóżmy, że Leighton i Harry mają coś do siebie.
- Jezu, Niall…
- Nie przerywaj mi – blondyn zmierzył Zayna karcącym spojrzeniem. – Nie chcielibyście, żeby Harry po tylu latach zaznał prawdziwego szczęścia? A jeśli Leighton mu to daje, to…
- Ale Leighton nie daje mu szczęścia – Zayn ponownie uniósł się gniewem. – To jest cały problem. Po pierwsze, jedynym facetem, którego Harry mógł kochać – ostatnie słowo ubrał w króliczka z palców. - był Louis. Po drugie Leighton wygląda jak Louis, więc Harry myśli, że jest dla niego ważny, kiedy wcale tak nie jest. Ślepo widzi w nim inną osobę.
- Mylisz się – szepnął Liam, przykuwając uwagę chłopaków. – W Leightonie jest coś… Może i wygląda jak Louis, ale ma inną prezencję, wydaje się taki…
- Dobry – powiedział Niall. – Po prostu dobry. Dlatego chcę złoić mu tyłek i przyprowadzić do Harry’ego.
- Nawet jeśli Harry’emu grozi śmierć z ręki jakiegoś mafiozo w limuzynie? Niezły z ciebie kumpel, Niall.
- Możesz przestać się mnie czepiać?!
- Możecie oboje zamknąć mordy – Liam uderzył pięścią w stół. – Od razu lepiej – przerzucił wzrok na notatki Leightona.
Kilka tekstów piosenek, parę rysunków i nic nieznaczących bazgrołów. Typowy brudnopis z ważnymi danymi, jak i nieistotnymi pierdołami.
- Co to jest?
Wszyscy zebrali się wokół kartki papieru, która wyleciała z tyłu zeszytu.
- To list – Niall wyrwał go Payne’owi z ręki, czytając głośno. - „Drogi panie Pevense. Dziękujemy za wprowadzony przelew. Upewniamy Pana, że datki przeszły na cele leczenia i rehabilitacji Richarda Petersona. Najbliższe kwoty pieniężne, jakie zdecyduje się Pan podarować, także znajdą swoje zapotrzebowanie w kręgu wyłącznie tego pacjenta. W razie pytań prosimy o kontakt pod numerem…
- Zadzwoń tam!
- Nie. Musimy tam pojechać. Data jest zbyt stara, by pamiętali nadawcę. Możliwe, że Leighton im nawet nie odpisał.
- 2023 rok – przytaknął Liam. – Popieram Horana, trzeba złożyć wizytę w tym hospicjum. Może powiedzą nam, gdzie znajdziemy szczyla.
- Leightona – Niall ponownie wywrócił oczami. – I kim jest Richard Peterson – westchnął pod nosem.
- Okej, jesteśmy moim autem, więc jadę ja z Liamem, a ty będziesz miał oko na Harry’ego.
- O nie – Niall zdjął kluczyki z blatu, chowając je za plecami. – Jeśli pozwolę ci pojechać beze mnie, postawisz na swoim.
- Co…
- Nie spławisz Leightona, Zayn. Wiem, co masz na myśli ze swoim "sam z nim pogadam".
- Nawet nie wiemy, czy go znajdziemy. Mógłbyś już prze…
- Umowa brzmi – przerwał Niall. – Jedziemy my dwaj. Dowiadujemy się czegoś więcej, znajdujemy Leightona. Chwilkę na niego powrzeszczysz, po czym pozwolimy mu spotkać się z Harrym.
- Cześć, Leighton. Mam ochotę skopać ci ryj. A teraz chodź, pójdziemy do Harry’ego, mojego przyjaciela, którego zamieniasz w chodzące nieszczęście sprzed lat – Malik recytował swoją formułkę, którą ułożył na poczekaniu. – Mowy nie ma, że pozwolę mu znowu zbliżyć się do Harry’ego. Nie chcę ponownie znaleźć go w łazience, niereagującego na bodźce zewnętrzne. I koniec dyskusji. Zostajesz, a Payno jedzie ze mną.
- Nie będziesz mi, kurwa, rozkazywał, Malik – zirytowany Horan uderzył pięścią w ścianę, z której lekko posypał się tynk. – Urwę mu łeb. Pieprzony pan wszystkowiedzący.
- Niall – Liam poklepał go po ramieniu, kiedy Zayn opuścił kuchnię. – Wątpię, czy czegokolwiek się dowiemy, ale jeśli tak, nie pozwolę Zaynowi ani Leightonowi wpaść w potyczki słowne czy bijatyki, okej?
Horan podniósł wzrok na przyjaciela, który patrzył mu w oczy bez grama kpiny.
- Mogę ci zaufać? Harry naprawdę wydawał się odżyć, kiedy go poznał, Liam. Nie mylę się.
- Wierzę ci. I też zależy mi na tym, by ułożył sobie życie. Poniekąd wiszę mu przysługę – puścił mu oczko, mierzwiąc pojedyncze blond pasma. – Napiszę SMS’a, żebyś był na bieżąco.
- Liam! Idziesz czy nie? – krzyk Malika rozniósł się po małym domku Gemmy, przyprawiając wracającego do środka Harry’ego o lekką dezorientację.
- Coś mnie ominęło? – bąknął bez głębszego zainteresowania, kiedy zarówno Liam jak i Zayn wyszli z domu. – Zapomnieli o tobie.
- Nie – Niall przedłużył ostatnią sylabę, zeskakując ze stołka i chowając do kieszeni notatnik Leightona. Chyba faktycznie lepiej, by póki co go nie zobaczył. – Zaoferowałem się na twoją oficjalną niańkę.
- Świetnie – Harry uśmiechnął się z udawanym entuzjazmem. – Może jeszcze zetrzesz mi jabłko i przygotujesz kąpiel?
- Nie wolałbyś chińszczyzny na wynos? – odwzajemnił uśmiech, wyciągając komórkę.
Harry westchnął głośno. Jeśli chłopaki byli w zmowie, nie zostawią go w spokoju ani na moment, a Niall był najlepszą opcją na spędzenie z kimś kilku chwil sam na sam.
- Weź mi to co zawsze. Potrzebuję wziąć prysznic.
- Robi się.
Kiedy Harry wspiął się na górę, Niall po kryjomu wyszedł na taras, wybierając zupełnie inny numer.
- Cześć, tutaj Leighton, zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału. A najlepiej nie zostawiaj niczego, bo i tak nie zechce mi się oddzwonić…
Po dźwięku sugerującym rozpoczęcie nagrywania, Niall odchrząknął cicho.

- Leighton, nie musisz mi się z niczego tłumaczyć, nie będę o nic wypytywał, po prostu daj mi znać, że żyjesz. Harry się sypie, gdy cię nie ma.

*

Harry siedział, wpatrując się w telewizor, jednak jeśli ktoś zdecydowałby się odpytać go z prowadzonego wywiadu, nie potrafiłby przytoczyć ani jednej odpowiedzi, którą James Arthur udzielił Alanowi Carrowi.
- Nie jesteś zmęczony?
Niall przypatrywał mu się z ukosa. Chciał być dyskretny, ale niepokoiło go zachowanie przyjaciela.
- Jest po siódmej, Niall.
- Wiem, wiem – przytaknął. – Tylko tak jakoś…
- Nie dostanę załamania nerwowego na twoich oczach – wziął pilota, całkowicie eliminując dźwięki wydawane przez reality show. – To dlatego tak się sprzeczaliście, prawda?
- Może – Niall wzruszył ramionami. Poniekąd nie kłamał, po prostu nie zdradzał prawdy w każdym aspekcie. O ile to logiczne.
- Niall – Styles usiadł po turecku, obracając się w stronę blondyna. – Naprawdę jestem wam wdzięczny i doceniam waszą pomoc, ale…
- Dasz sobie radę, jasne – dopowiedział z niemrawym uśmiechem. – Po prostu ciężko nam cokolwiek postanowić, kiedy nie mówisz nam, jak się czujesz. Nic nam nie mówisz, Harry.
- A co chcesz wiedzieć?
- Co cię łączy z Leightonem? – wypalił bez zastanowienia, lekko karcąc się za to w duchu. – Przepraszam. To znaczy.
- Lubię go, Niall – ku zdziwieniu Horana, Harry nie zbagatelizował wszystkiego żartem, jak to miał w zwyczaju, gdy nie chciał odpowiadać na niewygodne pytania. – Bardzo go lubię i cieszę się jego towarzystwem.
- I teraz go nie ma. Więc jest ci źle.
- Cholernie źle – Harry uśmiechnął się, wtulając się w bok przyjaciela. – Ale z tobą jest mi nieco lepiej – dodał, ku zadowoleniu Nialla. Nie mógł być jednak pewien, czy to nie gra, by uspokoić jego instynkt opieki nad poszkodowanym przez los przyjacielem.
Harry ponownie uruchomił dźwięk, przez co blondyn uznał rozmowę za zakończoną. Tym samym nie spodziewał się, że chłopak znowu cokolwiek powie. Myślał, że wpadł w trans u jego boku, z daleka od wścibskiego spojrzenia.
- Chyba sobie odpuszczę, Niall.
- Co?
- Leighton uciekł, bo nie chciał być złapany. Ale nie zebrał mnie ze sobą. To chyba znaczy, że nigdy nic dla niego nie znaczyłem.
- Matko boska, czy ty siebie słyszysz? – Niall lekko poderwał się w miejscu. – Przecież to oczywiste, że uciekł, bo nie miał innego wyboru, a że bez ciebie to tylko dla bezpieczeństwa, które chciał ci zapewnić.
- A dasz sobie rękę uciąć?
- Nawet dwie – przytaknął pewnie, łapiąc spojrzenie zielonych tęczówek Styles’a. – Proszę cię, nie kwestionuj tego, bo to świetny dzieciak, który wniósł w twoje życie wiele dobrego w raptem kilka tygodni. My nie byliśmy w stanie zrobić tego latami – telefon Nialla zabrzęczał, sygnalizując nową wiadomość tekstową. – Rozumiesz mnie, Harry?
- Tak, jasne – Harry uśmiechnął się niepewnie, uwalniając Nialla z niezbyt komfortowej pozycji na wąskiej kanapie. – Zobacz, co się dzieje. Pewnie Demi się martwi, a ty tu ze mną utknąłeś.
Niall podniósł się z miejsca, łapiąc telefon ze stołu i znikając w kuchni.
- Zrobię herbaty – rzucił przez ramię, nieuważnie nastawiając wodę i odblokowując wyświetlacz.
Przez chwilę zdjęcie Vivi widniało na jasnym ekranie, po czym zamieniło się w pole tekstowe z nową wiadomością. Spodziewając się numeru Liama lub jak zasugerował Harry, Demi, w życiu nie przypuszczałby tego, co zobaczył

Od: Nieznany
Nie kontaktuj się ze mną. Facet ma wtyki. Wszystko w porządku. Miej oko na Harry’ego. L.

Niall omal nie wypuścił kubka z rąk. Wpatrywał się w tekst, nie dowierzając własnym oczom. Czy Leighton Pevense odpisał mu, chociaż nie dawał znaku życia nikomu innemu?

Do: Nieznany
Daj sobie pomóc. Powiedz mi, co mam zrobić. 

Wystukał odpowiedź, lecz wahał się, czy w ogóle ją wysłać. Nie chciał spłoszyć chłopaka, skoro już się odezwał, jednak w jaki sposób wykorzystać jego obecność, jeśli nie próbą nawiązania komunikacji.
Minuty mijały, a odpowiedź nie nadchodziła. Niall zdążył stwierdzić, jakoby ktoś płatał sobie z niego figla. Jednak telefon ponownie zawibrował.

Od: Nieznany
Czasami nie szukają cię w najbardziej oczywistym miejscu, bo jaki sens ukrywać się w domu.

Niall od dawna tak intensywnie nie myślał. W domu? Nie znał domu Leightona.
Nagle jego oczy rozbłysły. To wcale nie znaczyło, że nie znał miejsca, które w sercu na pewno nazywał domem.
Horan wrócił do salonu, wpatrując się w Harry’ego, który zdążył przymknąć powieki, jednak na pewno nie spał.
- Harry? – Styles otworzył oczy, wyczuwając napięcie w głosie przyjaciela.
- Coś się… - przerwał, kiedy Niall wyciągnął zza pleców zeszyt. Zeszyt, który tak doskonale pamiętał.
- Opowiem ci po drodze. Musimy jechać do Holmes Chapel. Teraz.