sobota, 29 marca 2014

Rozdział 21

Zayn chodził w tę i z powrotem przed drzwiami frontowymi domu Horanów. Szurał butami po drewnianej werandzie, w skupieniu obserwując czubki swoich butów.
- Przestań – Liam prychnął cicho, nie przestając wpatrywać się w bramę, w której kilka minut temu powinien pojawić się Harry. Nie było go.
Demi wyszła na ganek, podając chłopakom po kubku kawy, po czym z wyraźnym zmartwieniem na twarzy zniknęła wewnątrz domu. Niall wciąż stał oparty o framugę, wpuszczając do środka przeciąg, jednak tym razem uniknął solidnego skarcenia od żony. Wszyscy byli wyczerpani, zmęczeni i zdenerwowani na tyle, że nie mieli siły, by cokolwiek mówić.
Po następnym kwadransie Zayn zrezygnował z bezcelowego kręcenia się w kółko i usiadł na najwyższym stopniu schodów, upijając nieco mocnej czarnej. Liczył, że choć trochę postawi go na nogi.
- A co zrobimy, jak nie przyjdzie? – cichy głos Payne’a przerwał głębokie milczenie. Wiedział, że nie powinien tu w ogóle przychodzić, ale zaalarmowany telefonem Nialla, nie umiał po prostu trzymać się na uboczu. Niech wróci i skopie mu tyłek, ale przynajmniej będzie miał świadomość, że nic mu się nie stało.
- Przyjdzie – blondyn z wyraźnym przekonaniem kiwnął głową, robiąc kilka kroków w przód. Usiadł na krześle obok Liama, przejeżdżając dłonią po zmęczonej twarzy. Nie spał całą noc. – Dzięki, że przyjechaliście.
- No chyba żartujesz – Zayn wzniósł oczy do nieba, lekko się uśmiechając. – Nie pierwszy raz jesteśmy tajną policją Harry’ego. Niektóre rzeczy chyba się nie zmieniają – westchnął niechętnie, odstawiając swój prawie opróżniony kubek. – Zadzwonię do Perrie i powiem, że zostanę do późna.
Malik ruszył wyłożoną ścieżką w kierunku bramy, wyciągając z kieszeni telefon. Chłopaki obserwowali go w spokoju, a słońce powoli zaczynało ich oślepiać. Zbliżała się siódma trzydzieści. Wciąż brak Harry’ego.
 - Liam? – Niall przeniósł wzrok na przyjaciela, który skulił się na swoim miejscu, unikając jego spojrzenia. – Jak się z tym czujesz?
Liam nie musiał dopytywać. Westchnął głośno, obracając się nieco w stronę przyjaciela.
- Chujowo – wzruszył ramionami, sprawiając, że twarz Horana na sekundę rozbłysła lekkim uśmiechem. – Najbardziej martwi mnie, że teraz jestem piątym… Czwartym kołem u wozu.
- Wóz ma cztery koła, ośle – Niall pokręcił głową, unosząc dłoń nad niewielkim stolikiem ogrodowym, następnie kładąc ją na ramieniu Liama. – Nie chcę kręcić się między wami. Zostaję państwem neutralnym. Możesz na mnie liczyć.
- Dzięki, skrzacie – Liam uśmiechnął się, delikatnie mierzwiąc blond pasma chłopaka. Ten gest od zawsze pozostanie zarezerwowany dla ich małego Irlandczyka, który nawet będąc dorosłym mężczyzną, wciąż przypominał uroczego krasnala.  
- Chłopaki!
Zayn krzyknął z telefonem przy twarzy, zwracając ich uwagę w stronę bramy.
Harry, patrząc prosto pod nogi, przemierzał ścieżkę, nie zwracając na nikogo większej uwagi.
- Cholera – Niall szybko podniósł się na równe nogi, stając u szczytu schodów.
Zayn w ekspresowym tempie pożegnał się z Perrie, idąc tuż za Harrym, który wyminął go, nie zaszczycając choćby spojrzeniem. Liam ani drgnął, starając się pozostać w cieniu.
- Harry? – Niall z troską spojrzał na przyjaciela, który wspiął się po schodach. – Gdzie byłeś? O co chodzi?
Styles westchnął przeciągle, opierając się o kolumnę podtrzymującą spadzisty dach nad werandą. Jego wzrok zatrzymał się na Liamie, a konkretniej na dość widocznym otarciu na wardze Payne’a, które sam mu zafundował.
- Zadzwoniłem po chłopaków, chyba rozumiesz – Niall interweniował, widząc, w kogo wpatruje się Harry.
- Powiesz nam wreszcie, o co chodzi? – zniecierpliwił się Malik , krzyżując ramiona na piersi. – Czekamy na ciebie znacznie dłużej niż pół godziny, po których miałeś się tutaj kurwa zjawić.
- Zayn! – Horan syknął pod nosem.
- No co? Niech zdaje sobie sprawę z wagi tego, w co się wplątał. Może wreszcie zmądrzeje i zacznie otaczać się normalnymi ludźmi, którzy nie wyglądają jak twój pieprzony przyjaciel, który nie żyje od dobrych 12 lat! – kawa najwyraźniej pobudziła Zayna, ponownie uwydatniając jego wybuchowy temperament. – Powiesz coś wreszcie? – dodał po chwili, kiedy każdy wciąż milczał, wpatrując się w swój własny wymyślony punkt.
- Skoro Harry już przyszedł i wszystko z nim w porządku, wrócę do domu – Liam wstał z krzesła, mocniej otulając się kurtką. Poranek był cholernie mroźny.
- Nie, Liam. Nie będziesz uciekał tylko dlatego, bo czujesz, że Harry cię tu nie chce – Zayn mówił dalej, nie bacząc na pełne dezaprobaty spojrzenie Nialla . – Jasne, rozumiem, nienawidzicie się, okej – uniósł ręce w poddańczym geście. – Ale chyba nie powinniśmy ignorować faktu, że Harry odczuwa drugą młodość, szwędając się z chłopakiem, który trzyma się z podejrzaną ruską mafią, czy cokolwiek się dziś kurwa wydarzyło!
- Zayn – Niall ponownie jęknął zdegustowany. – Proszę cię.
- Mówisz, jakby ciągle mnie tutaj nie było – zauważył Harry, zabierając głos po raz pierwszy, odkąd wrócił.
Niall poczuł ulgę, gdy Harry przestał pozostawać obojętny na tę dziwną wymianę zdań. Potarł ramię przyjaciela, wreszcie przykuwając jego uwagę.
- Wszystko w porządku, Harry?
Styles wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia, gdzie jest Leighton – powiedział cicho, spuszczając wzrok. – Ten facet, on myślał, że ja go mam. A ja… - zająknął się. – Nie wiem, jak z tego wybrnąć.
Zayn westchnął. Wspiął się na górę, podchodząc do Harry’ego.
- Przepraszam, okej? – zagryzł wargę w efekcie wyrzutów sumienia. Chyba nie do końca rozumiał zaistniałą sytuację. – Może nam wszystko opowiesz od początku?
Harry uśmiechnął się do Malika. Chyba zdążył przywyknąć do charakteru przyjaciela – kiedy wszystko ci wygarnie, robi mu się głupio. Usiadł na drewnianej posadzce. Pozostali mimowolnie zrobili to samo, choć przecież drzwi wejściowe do domu znajdowały się tuż obok.
- Sam nie wiem, od czego zacząć…

*

Harry westchnął cicho. Nie miał gwarancji do tego, co go czeka, lecz wsiadł do środka, zamykając za sobą drzwi.
Zajął miejsce między jednym rosłym osiłkiem a drugim, podczas gdy mężczyzna, Jackson Morrison, usiadł naprzeciw, przyglądając mu się ze zwycięskim uśmieszkiem wymalowanym na twarzy.
- Wiesz, masz dobrych przyjaciół – zauważył, odpalając papierosa, mimo że znajdowali się w ciasnym pomieszczeniu, a szyby pozostawały szczelnie zamknięte. – Ten kochany blondasek wymyślił ci nawet ochroniarzy. Prawdziwy skarb w życiu – kontynuował z wyraźnym rozbawieniem mocno pijącym w ironię.
- Do rzeczy – Harry postanowił obrać taktykę profesjonalizmu. Chciał tylko dowiedzieć się, gdzie jest Leighton. – Czego od niego chcesz?
- Niezły z pana biznesmen, panie Styles – Jackson wypuścił dym, zapełniając samochód nieprzyjemnym zapachem tytoniu. Auto gnało niespiesznie, jednak zza przyciemnianych szyb Harry nie mógł dostrzec, dokąd konkretnie jadą. – Masz ochotę?
Odmówił, kręcąc głową. Nie palił, a już szczególnie nie przyjmował niczego od dupków pokroju Jacksona. Facet miał to po prostu wypisane w twarzy, jakby wielki szyld w jego uśmiechu głosił neonowym napisem „Mam na ciebie haka”.
- Więc – Morrison odchrząknął, nonszalancko opierając się o obite jasną skórą siedzenie. – Widzę, że się spieszysz, dlatego też nie będę owijał w bawełnę. Chcę, żebyś przestał się wygłupiać i oddał mi chłopaka.
Harry zmarszczył brwi, wyraźnie zmieszany.
- Oddał ci chłopaka?
- Masz problemy ze słuchem? – mężczyzna zirytował się, lecz szybko powrócił do swojego popisowego uśmiechu. – Tak, szanowny panie Styles. Leighton Pevese w świetle niezgodnego z prawem prawa należy do mnie przez jeszcze najbliższe dwa lata.
Harry czuł się kompletnie zbity z pantałyku. Nie chciał jednak dać tego po sobie poznać.
Jeden aspekt mimowolnie go ucieszył – Leighton nie był z tym facetem, czyli wszystko z nim w porządku. Ale gdzie wobec tego się podziewał?
- Mógłbyś mi wyjaśnić, jakim cudem masz prawo do żywego człowieka? Nie żyjemy w Afryce, tu nie handluje się żywym towarem.
- Jesteś pewien? – Jackson zachichotał. – Okej, okej – zreflektował się, widząc wciąż poważną minę Harry’ego. – Nie do końca to miałem na myśli, nie jestem aż tak zły, o nie. Chociaż – wzruszył ramionami. – Jakby spojrzeć na to pod kątem głębokiej metafory z literatury angielskiej, chyba całkiem możliwe, że go kupiłem – postawił cudzysłów z palców okalając ostatnie wypowiadane słowo.
- A może trochę jaśniej?
- Nie wierzę – Jackson wyrzucił ręce w górę w geście kapitulacji. – Ten mały czort nic ci nie powiedział?! – uniósł się wyraźnie udawanym zdumieniem. -  Cholera, a dałem sobie nogę odciąć, że zostawił mnie, bo ułożył sobie życie – westchnął teatralnie.
- Słuchaj no, panie aktorzyno – Harry napiął mięśnie, zapominając o tym, że w każdej chwili mógł oberwać od któregoś z dziwnie olbrzymich ochroniarzy siedzących obok. – Nie wiem, o co ci chodzi, nie wiem, dlaczego…
- Hej, hej, spokojnie, panie Styles – szyderczy uśmiech ponownie wstąpił na jego wargi. – Nie sądziłem, że jesteś aż tak nerwowym człowiekiem. Prasa opisuje cię bardziej jako… No wiesz – wydął usta. – Jak kogoś kto spadł z piedestału sławy i zaszył się w ciemnym zaciszu.
- Prasa nie zawsze ma rację.
- Naturalnie – przytaknął Morrison. Podał niedopałek Chesterfielda jednemu z mężczyzn, który na sekundę uchylił okno i wyrzucił go na jezdnię. – Zawrzyjmy umowę, panie Styles.
- Nie wiem, czy chcę robić z tobą interesy.
- Ja do ciebie per pan, a ty tak paskudnie się do mnie odnosisz – cmoknął z dezaprobatą, zakładając nogę na nogę. – Mniejsza. Po prostu opowiem ci wszystko, a ty oddasz mi Leightona, co?
- Nie mam zamiaru.
- Oh, założę się, że kiedy zdradzę ci lekkie mroki jego przeszłości, będziesz chciał się go pozbyć w trybie natychmiastowym.
Harry milczał. W skupieniu obserwował, jak szczęka mężczyzny przeskakuje z każdym jego napięciem mięśni.
- Leighton pojawił się u mnie kilka lat temu – zaczął. – Uciekł…
- Uciekł z domu i nie miał się gdzie podziać, na dworcu po piętach dreptała mu straż miejska, kiedy wciąż był nieletni.
- Jednak coś tam wiesz – Morrison przytaknął z uznaniem. – W każdym razie dalsza część historii jest znacznie ciekawsza. Otóż, pewnego słonecznego dnia siedziałem w moim zadymionym biurze pełen papierkowej roboty – zaczął znów tym swoim irytująco-teatralnym głosem. – I wiesz, co się wydarzyło? Akurat wtedy, gdy brakowało mi jednego młodziaka do ekipy, moja urocza przyjaciółka, Camilla, którą też uratowałem z ulicy, przyprowadziła mi go. Twojego Leightona.
- Dokąd go przyprowadziła? – Harry zmarszczył nos. – W jakim biurze? Kim ty jesteś?
- Oficjalnie? Jestem właścicielem kilku ciekawych miejsc do nocnej zabawy.
- A nieoficjalnie?
Morrison uśmiechnął się.
- Na szeroką londyńską skalę prowadzę przemysł zaspokajania ludzkich potrzeb seksualnych.
Harry lekko rozchylił wargi. – Czy ty…
- Mam burdel – Morrison uśmiechnął się, widząc szok na twarzy Harry’ego. – I jesteś mądrym facetem, więc pewnie ślicznie ułożyłeś sobie w głowie resztę historyjki, czyż nie?
- Jesteś wstrętny. Wykorzystujesz sytuacje w życiu takich ludzi jak Leighton, po czym robisz z nim dziwki, obiecując wyjście na prostą, a jeszcze bardziej ich krzywdzisz.
- Czuję się jak wujek pedofil, nie przesadzajmy – Jackson wywrócił oczami. – Ja ratuję ich tyłki od śmierci na ulicy, a ty co? Kiedy ostatnio uratowałeś bezdomnego dzieciaka, hm?
- Ratujesz ich tyłki? Biorąc ich pod swoje ramiona i sprzedając starym oślizgłym dziadom, co? – Harry prychnął zirytowany. Miał ochotę splunąć facetowi w twarz. A jeszcze bardziej chciał przytulić Leightona. Chłopak nie powiedział mu prawdy, ale jakimś cudem nie potrafił być na niego zły. Chyba rozumiał, że na jego miejscu też nie miałby się, czym chwalić. – I myślisz, że niby dlaczego miałbym ci go oddać po tym, jak go potraktowałeś?
- Leighton wisi mi dużo pieniędzy - wypalił. - Składki za klienta dzieliliśmy tak, że Leighton dostawał 20%, jednak nie doceniłem jego skurwysyńtwa, wierząc, że jest szczery. Tymczasem zatrzymywał sobie 50% zysków. Gówniarz.
- Cały twój świat kręci się w okół kasy? Żałosne.
- I mówi to dzieciak z jednym z najlepszych stanów konta w Wielkiej Brytanii. Gdyby nie rodzina królewska byłbyś pewnie na szczycie listy bogatych szczyli.
- Skąd tyle o mnie wiesz? Śledzisz mnie?! – Harry stawał się coraz bardziej poirytowany. Był dla Jacksona jak otwarta księga, choć nic mu o sobie nie powiedział.
- Mam więcej możliwości, niż sobie wyobrażasz – schylił się, patrząc Harry’emu głęboko w oczy. – No, ale wróćmy do sedna. Leighton to mała męska dziwka, która wisi mi siebie na najbliższe dwa lata plus jakieś – zamyślił się, kalkulując cicho. – Podsumowując wszystkie lata naszej współpracy to jakoś grubo ponad 50 tysięcy.
- Co? – Harry prychnął zdegustowany. – I jakim cudem nagle sobie o tym przypomniałeś? Chłopak zniknął, więc zmyśliłeś sobie historyjkę o oszustwach, tak? A teraz chcesz mnie wykorzystać – nie zdawał sobie sprawy, że mówi coraz głośniej, auto przyspiesza, a ochroniarze obserwują go coraz bardziej nienawistnym spojrzeniem.
- Zawsze zakładasz, że to ja jestem złym człowiekiem. A czemu nigdy nie wpadłeś na to, że Leighton nie ma tak dobrego serduszka, jak ci okazał, co? – Morrison poklepał go po policzku. Traktował go jak swojego podwładnego, co z każdą minutą coraz mniej mu się podobało.
- Zostaw mnie – syknął cicho, odsuwając jego dłoń, a wtedy jeden z ochroniarzy mocno złapał go za zgięcie w łokciu. Harry jęknął cicho.
- Nie warto mi się stawiać, panie Styles – Harry miał dość obserwowania tego paskudnego uśmiechu, który co rusz przywdziewał. Chciał jednak znać puentę. - Pozwól, że dokończę. A więc, kiedy Leighton zniknął, ku mojemu wcześniejszemu sprzeciwowi, zdenerwowałem się. Jak już mówiłem, przedłużenie umowy, którą podpisał, trwa jeszcze przez najbliższe dwa lata. Nie mogę pozwolić sobie, żeby chłopak zniknął. Jest moim najlepszym towarem.
- Jak możesz mieszać ludzi z błotem.
- Ależ ja nikogo nie mieszam z błotem – wyparł się. – Ja tylko traktuję ich jak rzeczy, bo tym przecież są. Małymi nic niewartymi śmieciami wyrzuconymi z domu przez własnych rodziców.
- Brzydzę się tobą – rzucił Harry, a uścisk ochroniarza jeszcze bardziej wpił się w jego ramię. – Nawet nie rozumiem, czemu ci wszyscy ludzie dla ciebie pracują, czemu ci ulegają.
- Bo ja nie przegrywam, panie Styles – uśmiechnął się triumfalnie. Samochód zatrzymał się, a Harry przełknął głośno. Gdzie przyjechali? – Zrobimy tak, ty oddasz mi Leightona, a ja ulotnię się i zostawię cię w spokoju na zawsze, hm?
- Nawet gdybym wiedział, gdzie jest, w życiu bym cię tam nie pokierował – Harry naprawdę myślał, że zaraz splunie mu w twarz. Powstrzymywała go tylko przewaga liczebna wroga.
- Szefie, jesteśmy – odezwał się kierowca, wyciągając kluczyki ze stacyjki.
- Świetnie – Morrison klasnął w dłonie, odwracając wzrok do mężczyzny, który musiał być osobistym kierowcą tego wariata. – Chcę to, co zawsze. A ty Harry?
Styles spojrzał na niego niepewnie.
- No chcesz coś z McDonald’s, czy nie?
- Jesteśmy pod MC? – Styles wywrócił oczami. – To jakaś chora bajka?
- Więc tylko to, co zawsze – ponownie zwrócił się do tamtego faceta, nim znów skupił uwagę na Harrym, który z każdą mijającą minutą utwierdzał się w przekonaniu, że Jackson Morrison jest obłąkany i powinien zostać zamknięty w jakimś specjalnym zakładzie. – Z tego, co powiedziałeś, wnioskuję, że mój kochany Leighton ci uciekł?
- Nie uciekł.
- Oh – teatralnie westchnął. – A gdzie wobec tego jest?
- Ukrywa się przed tobą. Więc lepiej bym i ja nie wiedział, gdzie jest – wymyślił na poczekaniu i chyba tak do końca nie skłamał. A przynajmniej to jedyne racjonalne wytłumaczenie, w jaki mógł skomentować zniknięcie Leightona.
- Lepiej go znajdź. Dobrze ci radzę.
- Poszukam go w odpowiednim dla siebie czasie. Nic ci do tego.
- Jesteś pewien?
Harry oblizał spierzchniętą wargę. Atmosfera w samochodzie robiła się coraz bardziej napięta. Wiedział, że od początku podróży Jackson Morrison do czegoś pije. I chyba wiedział, do czego.
- Dobra, dam ci te pieniądze – Morrison uniósł brwi w lekkim osłupieniu. – Zapłacę wszystko, co wisi ci Leighton, a ponadto wszystko, co zarobiłbyś na nim przez dwa lata tej waszej popapranej umowy. Jeśli tylko puścisz go wolno.
- A niech mnie – Jackson podrapał się po kilkudniowym zaroście. – A niech mnie gęś kopnie! – zachichotał, jeszcze bardziej wytrącając Harry’ego z równowagi. – To taka kusząca propozycja – i znów śmiech.
- O co ci chodzi?! – wypalił Harry, a wtedy i drugi ochroniarz unieruchomił mu rękę.
- Wybacz, osobisty żart. Chyba po raz pierwszy komukolwiek zależy na jednej z moich dziwek.
- Nie…waż…się… - wysyczał Harry, próbując pohamować nerwy. Faceci mogli mu coś zrobić, a w końcu nie chciał przyprawiać Nialla o zawał, jeśli nie wróci na czas, który zresztą i tak już dawno minął.
Samochód ruszył dalej, a Jackson Morrison jakby nigdy nic, zagłębił rękę w wielkiej torebce z logo McDonald’s, którą wcześniej podał mu kierowca.
- Na pewno nic nie chcesz?
- Możesz mi wreszcie powiedzieć, ile jest tych pieniędzy, żebym mógł w spokoju wrócić do domu?
- Pieniądze to nie wszystko.
- Poddaję się – Harry skapitulował, będąc coraz bardziej zakłopotanym. – Przecież chcesz go tylko ze względu na twoje popieprzone zyski!
- W tej chwili jestem tak wkurzony – powiedział między jedną a drugą frytką. – Że chcę tylko, by sprawiedliwości stała się zadość.
- O czym ty pieprzysz – prychnął Harry, choć po spędzeniu z Morrisonem raptem pół godziny wiedział, co zaraz usłyszy. Facet był nieobliczalny.
- Chcę, żeby zginął – wzruszył ramionami, jakby nigdy nic.
Najbliższe minuty drogi minęły w kompletnej ciszy. Harry, wciąż trzymany przez ochroniarzy, walczył z nadmiarem informacji, a Jackson jadł swój MC zestaw, jeszcze bardziej dostarczając Harry’emu dowodów na swoją chorą niepoczytalność.
- Powiesz coś wreszcie? – mruknął Morrison, wycierając brudną dłoń w chusteczkę. – Chyba nieco zamknąłem ci jadaczkę, co?
Na znak Jacksona, ochroniarze wypuścili Harry’ego, a jeden z nich wstał, otwierając drzwi i dając Harry’emu wolność. Dopływ świeżego powietrze podziałał na niego kojąco, a kiedy obrócił głowę, dostrzegł miejsce, z którego wyruszyli. Morrison faktycznie odstawił go pod dom Horana.
 - I tak po prostu mnie puścisz?
- Mam dużo podsłuchów i dużo ludzi – powiedział, pochylając się nad osłupiałym Harrym. – Jeśli powiadomisz policję o czymkolwiek, co ci zdradziłem, dowiem się. Jeśli naprawdę wiesz, gdzie jest Leighton, dowiem się. Jeśli postanowisz go przede mną chronić, będę jeden mały kroczek przed tobą – cofnął się, dłonią wskazując na otwarte drzwi. – A teraz idź sobie i przetraw to wszystko w spokoju. Odezwę się.

*

- I tym sposobem jestem tutaj – zakończył Harry, przejeżdżając wzrokiem po przerażonych twarzach przyjaciół.
- To jakieś science-fiction kurwa – Malik przejechał dłonią po włosach, podczas gdy Niall i Liam wciąż siedzieli skamieniali.
- I co zamierzasz? – rzucił w końcu Horan, ledwo trzymając się w ryzach.
Harry wstał, otrzepując jeansy. Zszedł na ścieżkę, wzdychając ciężko.
- Jadę do domu Gemmy, zobaczyć, co Leighton zostawił w sypialni. Potrzebuję tropu.
- I zamierzasz go szukać? Po tym wszystkim chcesz go jeszcze widzieć? - Zayn patrzył na Harry'ego, jakby ten postradał zmysły.
- Muszę go uratować.

_______________________________________

Z góry dziękuję za komentarze. 

piątek, 14 marca 2014

Rozdział 20

Cześć!
Wracam do Was z... Londynu! Tak, tak! Byłam w Londynie i oczami wyobraźni widzę pełno miejsc, w których będę osadzać najbliższe sceny naszego opowiadania! I nie tylko ;)
Mam wenę na nowe opowiadanie i zabiorę się za nie w najbliższym czasie, lecz opublikuję dopiero, jak uporam się z tym blogiem (spokojnie, jeszcze nie teraz :)).
Nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału. Nie miał tak wyglądać, ale wyszło jak wyszło. Będę się gimnastykować w następnych, by nieco wam wyjaśnić.
Dziękuję za każdy komentarz, który zostawiacie, jesteście niezastąpieni.
Do następnego! :)

stałam tam, aww!

_______________________

Harry przestał liczyć, ile torebek Yorkshire Tea wylądowało w śmietniku przez całą noc. Nie ruszając się ze swojej warty przy oknie w kuchni, wciąż parzył kolejne kubki, uporczywie wpatrując się w bramę prowadzącą do posesji Horanów. Pusto.
- Harry?
Poczuł dłoń Nialla na swoim ramieniu. Blondyn, na zmianę z Demi, regularnie sprawdzał, jak się ma. Nie przebywał z nim w kuchni, czując, że nie miał ochoty na towarzystwo, jednak Harry był mu wdzięczny, że przez całą noc nie zmrużył oka, cicho koczując w salonie.
 - Która godzina? – Styles przetarł zmęczone powieki, lekko roztrzepując swoje włosy. Miał wrażenie, że zaśnie na stojąco, jednocześnie nie potrafiąc zmrużyć oka.
- Piąta trzydzieści – westchnął Horan, nie przestając pocierać ramienia Harry’ego. – Chcesz wyjść go poszukać? – rzucił po dłuższej chwili milczenia. – Nie potrafię siedzieć bezczynnie. Ty pewnie też.
- A jeśli wróci? – Harry o mało co nie przewrócił kubka z herbatą. – Musi tu wrócić.
- Nie idę spać, Harry – Demi wychyliła się zza framugi. – Poczekam na niego, a jeśli się zjawi, od razu dam ci znać, okej? – z wymuszonym uśmiechem usiadła na blacie w miejscu, gdzie całą noc przebywał Harry.
- Okej – przytaknął niepewny, zeskakując na podłogę.
W pośpiechu naciągnął na siebie kurtkę i włożył buty. Niall wyjął z kieszeni klucze, po czym zamykając drzwi, oboje ruszyli przez rześkie poranne powietrze.
- Gdzie dokładnie się to stało?
Niall ruszył naprzód. Wydawał się nabuzowany i pełen energii, gotowy przeszukać każdy krzak w okolicy. Harry mu tego zazdrościł. Czuł się cholernie przytłoczony swoimi wspomnieniami minionego wieczoru. Nawet sam nie potrafił wyjść z inicjatywą szukania Leightona, który bądź co bądź, nie wahał by się ani chwili, jeśli Harry wpadłby w tarapaty.
- Nie wiem. Szliśmy tą ulicą i potem skręciliśmy w tamten park niedaleko Queen Elizabeth Street. Wbiegliśmy tam… – jęknął zdegustowany, nie przestając patrzeć pod nogi.
- Gdzie pobiegł Leighton? – Niall nie przestawał przyśpieszać, chcąc jak najszybciej znaleźć się w miejscu zdarzenia. – Harry, spokojnie, robi się jasno, ludzie powoli wychodzą z domów, nic nam się nie stanie – z niepokojem wpatrywał się w otumanionego Stylesa, który nie umiał dojść do siebie.
- Przepraszam – szepnął cicho, starając się dotrzymać kroku Niallowi. Nigdy nie widział swojego przyjaciela tak zdeterminowanego. Może poza pamiętnym dniem, w którym przeciskali się w korku za karetką Louisa.
- Ten park?
- Tak – Harry przełknął głośno, spoglądając na wskazane przez chłopaka miejsce. – Tak, ten.
Niall jeszcze bardziej przyśpieszył, oddalając się od Harry’ego o kilka solidnych kroków. Styles jednak nie miał siły dłużej go gonić. Zamiast tego skupił się na poskładaniu myśli i obserwacji okolicy. Jeśli chcieli znaleźć Leightona, musieli szukać dowodów, że w ogóle tędy przechodził.
Skręcili w uliczkę, w którą według zeznań Harry’ego wbiegł Leighton. Była jasno oświetlona, co wcale nie podziałało kojąco na myśli Harry’ego. Zamiast tego jeszcze bardziej zmartwił się, jak widoczny był Leighton, kiedy uciekał przed swoim napastnikiem.
Harry zatrzymał się na chwilkę, spoglądając z daleka na trasę swojej ucieczki – ciemną, gęsto spowitą drzewami. Zadrżał, przywołany wspomnieniem na widok ogromnej dziury w podłożu.

- Raz… Dwa… - ostatni raz spojrzał na Leightona, który puścił jego rękę. – Trzy.
Rzucił się biegiem w wyznaczonym kierunku. Nie patrzył dokładnie, w którą stronę biegnie. Jednak świadomość, że sylwetka Leightona co chwilę migała mu między pojedynczymi konarami, dawała mu odrobinę ulgi w tej popapranej sytuacji.
Co chwilę spoglądał w bok, wychwytując biegnącego chłopaka, lecz z każdą sekundą stawało się to coraz bardziej niemożliwe przez wzgląd na coraz większe zagęszczenie roślinności w parku.
- Kurwa – syknął pod nosem, kiedy mało co nie wylądował nosem w błocie. Podłoże było pełne brudnych kałuż i grubych gałęzi, które jakimś cudem przecinały grunt co kilka metrów. Głośne rozchlapywanie wody przez Harry’ego z pewnością nie ułatwiało mu szybkiego i cichego zniknięcia z pola swojego napastnika. Mimo że Styles nie obrócił się ani razu, słyszał pojedynczy sprint ledwie kilka kroków za sobą.
- Leighton, pogadajmy!
Harry wytężył słuch, próbując wsłuchać się w to, co działo się za tabunem drzew po drugiej stronie drogi.
- Leighton, nie każ mi robić ci krzywdy!
Jeszcze bardziej przerażony Harry zwolnił nieco, zapominając o kimś, kto wyraźnie siedział mu na ogonie. Leighton jednak nie odpowiadał, a może to Harry nie usłyszał odpowiedzi. W każdym razie goniący ich mężczyźni znali Leightona i z pewnością czegoś od niego chcieli.
- Styles, nie chcesz się w to mieszać!
Harry znów nieco zwolnił, kusiło go, by obrócić się za siebie. Ten parszywy gnojek go znał. Nie wiedział kim był, ani skąd się tu wziął, ale on z pewnością wiedział, że Leighton będzie tej nocy z Harrym. To jeszcze bardziej go przeraziło.
Wtedy stłumiony krzyk dostał się do uszu Harry’ego, lecz tak szybko, jak się pojawił, tak też przerwał mu inny dźwięk, jakby coś się przewróciło.
- Leighton… - Harry szepnął cicho, mimowolnie skręcając z drogi. Wciąż gnał do przodu, jednak wsunął się w pobocze pełne gęsto rosnących krzaków i latorośli, które Bóg raczy wiedzieć skąd wzięły się w zapuszczonym parku. Kierowany adrenaliną i mieszanką wybuchowych emocji, biegł ile sił w nogach, próbując dostać się na chodnik po stronie Leightona.
I wtedy…

- Harry!
Styles ocknął się, tępo wpatrując się w przestraszony wyraz twarzy Nialla.
- Harry, przerażasz mnie. Mówię do ciebie od kilku minut.
- Ja… Ja przepraszam.
- Okej, Harry, to chyba nie był dobry pomysł, byśmy tu…
- Nie, proszę – Harry złapał Nialla za nadgarstek, kiedy ten zawrócił w stronę Queen Elizabeth Street. – Niall, proszę, rozejrzyj się ze mną.
Blondyn przełknął głośno i nie odpowiadając, z lekkim westchnięciem znów skierował się naprzód, rozglądając się na wszystkie strony.
Harry, wiedząc, że musi się ogarnąć, mocno nabrał powietrza w płuca, ruszając trasą, którą zaledwie 5h temu pokonywał Leighton.
- Widzisz coś? – głos Nialla dał się słyszeć z niedaleka, choć Harry nie widział go przez niedaleki zakręt.
- Nie, nic nie widzę. Musimy iść dalej.
- Skąd wiesz?
Styles dogonił blondyna, który oświetlał sobie teren latarką w telefonie. Zaglądał pod każdy krzak, jakby spodziewając się znaleźć tam zwiniętego w kulkę Leightona.
- Po prostu coś pamiętam, musimy iść dalej.
- Podziel się, a łatwiej będzie szukać.
- Za jakieś 100m, Niall – rzucił cierpko, pierwszy raz mijając go i prowadząc.
- Harry, czy jest coś, o czym mi nie… Szlag!
Ogromna czerwona plama przecinała szary bruk chodnikowy. Z daleka dało się słyszeć dźwięki samochodów, co świadczyło o tym, że niedaleko znajdowała się brama wyjściowa.
- Harry… - Niall z przerażeniem wpatrywał się wyższego chłopaka. – Harry, co usłyszałeś, skoro wiedziałeś, że…
- Nie wiem, Niall. Ale ktoś się tutaj szamotał, słyszałem to przez te drzewa. Nie sądziłem, że… Że aż tak.
Oboje okrążyli miejsce, ledwo idąc dalej.
- Kim jest ten chłopak Harry? – Niall nie dał się zwieść. Widać było, że to, co zobaczył, wstrząsnęło nim do szpiku kości, lecz mimo wszystko szukał dalej, unosząc każdą najmniejszą roślinkę. – To nie jest śmieszne.
- Czy wyglądam, jakby było mi do śmiechu? – Harry prychnął żałośnie, wciąż nie mogą odkleić wzroku od plamy krwi na chodniku. – Niall!
Blondyn podskoczył przestraszony.
- Harry, na miłość boską, czy ty chcesz mnie… - podążył za wzrokiem przyjaciela. – Jezus Maria…
Styles ocknął się pierwszy i nie bacząc na protesty Nialla, który nawet ciągnął go za kurtkę, podszedł do miejsca, w którym leżał nieznany mu mężczyzna. Był ciemnoskóry, ubrany w wykwintny garnitur, a jego palec zdobił umorusany błotem złoty pierścionek. Musiał mieć żonę.
- Harry, dzwonię na policję.
- Nie.
- Harry, to nie jest zabawne! – Niall krzyknął łamiącym się głosem, z przestrachem rozglądając się dookoła. – Wobec tego chociaż stąd uciekajmy.
Harry ukucnął przed mężczyzną, starając się zachować bezpieczną odległość. Jego twarz przyozdabiały ciemne okulary, których ze względów bezpieczeństwa wolał nie ruszać.
Westchnął głośno, na chwilę zamykając oczy.

- Mam go, Jack!
Harry oddychał coraz płyciej. Nigdy nie był dobry z WFu, przez co coraz ciężej było mu biec.
- Jack! Mam go!
Te słowa podziałały na niego jak płachta na byka. Harry przyspieszył kroku, mijając gęste zarośla i wybiegając na chodnik po stronie Leightona. Wiedział, że chłopak nie będzie szczęśliwy, jednak rozsądek opuścił go już dawno temu.
Nie wiedząc, co do końca robi, zawrócił, ruszając w stronę krzyków, które słyszał zza zakrętu. Nim jednak dobiegł do końca, mocne uderzenie zwaliło go z nóg, kierując w stronę grubego konara na skraju drogi. Porażony siłą uderzenia, Harry opadł pod drzewem, szykując się na atak ze strony mężczyzny, który najwyraźniej go dogonił. Jakież było jego zdziwienie, kiedy po kilku minutach ciężkiego oddychania, nic mu się nie przytrafiło.
Ledwo unosząc się na łokciach, Harry wstał, otrzepując się z ziemi. Wciąż mógł usłyszeć ciche odgłosy szamotaniny, jednak nie potrafił zidentyfikować źródła dźwięku.
Przypominając sobie słowa Leightona po prostu uciekł, zostawiając park i mrok daleko za sobą.

- Harry, spieprzajmy stąd do kurwy nędzy! – Niall przyłożył pięścią w konar. Chciał stąd odejść, jednak wiedział, że bez Harry’ego nigdzie się nie ruszy.
- On mnie uderzył, Niall – Harry przekrzywił głowę, by jeszcze wyraźniej przyjrzeć się widocznym rysom twarzy mężczyzny. – On mnie uderzył, a teraz nie żyje, Niall.
- Chyba żartujesz – Horan pokręcił głową, zbierając się na odwagę, by podejść do Harry’ego. Przełknął głośno, kucając przy nim. – Jesteś…
- Nie rusza się – Harry tępo lustrował go wzrokiem. – Boże, Niall, Leighton go zabił.
- Nie – Niall pokręcił głową. – Nie, on nie mógłby…
- A kto by mógł?! – Harry uniósł głos, próbując pohamować łzy cisnące mu się do oczu. – Byliśmy tylko my i ich dwóch. Ten drugi nie zabiłby swojego kompana, prawda Niall?! Nie zabiłby!
- Dobra, Harry, spokojnie – Niall odetchnął głęboko, jeszcze raz obserwując leżące przed nim ciało. – Jeśli Leighton zabił – skrzywił się na wypowiadane słowo. – Jeśli naprawdę to zrobił, wobec tego musiał mieć jakiś powód.
- O co tutaj chodzi – Harry opuścił głowę, próbując pohamować pulsujący ból w skroni. – Niall, a co jak ten drugi zabrał Leightona?
- Skoro młody miał siłę, by załatwić tego, to czemu nie załatwiłby drugiego?
- Więc gdzie do cholery jest?
Cichy odgłos telefonu przerwał ich zdecydowanie zbyt głośną rozmowę. Jeśli nie chcieli wzywać służb porządkowych, powinni jak najszybciej się uciszyć i uciekać jak najdalej stąd.
- Tak? – Horan przyłożył słuchawkę do ucha, ocierając łzy. Nie wiedział, dlaczego płakał. Emocje wzięły górę nie tylko nad nim, Harry wyglądał jakby w każdej chwili miał osunąć się na ziemię. – Co?! – Niall poderwał się na nogi, przywołując spojrzenie Harry’ego. – Daj nam 10 minut – rozłączył się, ciągnąc Harry’ego. – Jacyś faceci dobijają się do środka. Demi się boi.
*
Ruszyli biegiem, pokonując dość długą trasę w niespełna 5 minut. Już z daleka słyszeli odgłosy uderzania w bramę, a sylwetki czterech mężczyzn rzucały się w oczy z drugiego końca ulicy. Trzech próbowało rozwalić drzwi, podczas gdy jeden z nich jakby nigdy nic opierał się o maskę samochodu, rozglądając się dookoła.
- Zostaw te drzwi popierdoleńcu! – Niall wyrwał się do przodu, gotowy pobić trzech rosłych osiłków pod jego drzwiami.
- O proszę!
Harry zatrzymał Nialla, gestem każąc mu stanąć obok siebie. Spokojniejszym krokiem podeszli do zgromadzenia pod domem Nialla, które widząc ich, zaprzestało dobijania się do środka.
- Harry Styles jak mniemam?
Mężczyzna przy samochodzie odszedł od maski, wyciągając dłoń w stronę Harry’ego. Harry jednak nie przyjął jej, z pogardą spoglądając na mężczyznę. Widział go pierwszy raz w życiu, lecz już wiedział, że jest źródłem kłopotów w życiu Leightona. Po prostu to wiedział.
- Chciałbym z tobą porozmawiać, jeśli można – uchylił drzwi auta, gestem zapraszając go do środka.
Harry wciąż nie reagował. Kątem oka obserwował pozostałych mężczyzn, którzy wyglądem jak i ubiorem bardzo przypominali mu człowieka, którego zostawili z Niallem w parku. Ten, który do niego mówił, był znacznie inny. Szczupły, w jasnym garniturze i wąsach na pół twarzy sprawiał wrażenie mocnej ręki. Choć Harry i Niall dziwili się, dlaczego tacy silni faceci słuchają się kogoś tak banalnego jak siwiejący mężczyzna, nie odważyli się zapytać. Zamiast tego oboje wymienili pełne podejrzeń spojrzenia.
- Harry, złotko – mężczyzna cmoknął z dezaprobatą. – Zabierasz mi cenny czas, a jestem pewien, że oboje możemy sobie pomóc, więc jak? – jeszcze szerzej otworzył drzwi samochodu.
- Nie sądzę, by ktoś taki jak ty mógł mi w jakikolwiek sposób pomóc.
- Widać, że Leighton uczył cię ciętego języka – mężczyzna uśmiechnął się, widząc, że przywołał zainteresowanie Harry’ego. – To jak? Może teraz zgodzisz się porozmawiać?
- Pozwól Niallowi iść do domu – skinął na przyjaciela, który spojrzał na niego spode łba.
- Nigdzie nie idę.
- Niall, tak? – facet przeniósł całą uwagę na chłopaka, po czym machnął na swoją „małą armię”, która rozsunęła się, dając Horanowi pełny dostęp do bramy wejściowej.
- Niall, idź do domu, okej? – Harry spojrzał na przyjaciela, który uparcie tkwił u jego boku. – Po prostu idź do domu, proszę.
- Nie chcę się wtrącać, ale młodsza wersja Jaggera bardzo dobrze gada – mężczyzna przytaknął, przypatrując im się z lekkim rozbawieniem. Widać, że czerpał z tej sytuacji niebywałą satysfakcję.
- O której oddasz Harry’ego? – Niall złapał kontakt wzrokowy z mężczyzną.
- A czy zawarliśmy to w jakiejś umowie?
- My nie, ale ochroniarze pana Stylesa mogą być nieco niepocieszeni, jeśli nie pojawi się w domu za pół godziny.
Harry stał z boku nieco skonsternowany. Niall grał na zwłokę, co wychodziło mu cholernie dobrze. Sam nigdy nie należał do dobrych kłamców.
- Wobec tego, gdzie byli, kiedy dobijaliśmy się do środka?
- Oh – Niall machnął ręką, jakby przeczuwając to pytanie. Wyjął z kieszeni telefon, obracając go w palcach. – Dyskretnie dałem im do wiadomości, że to prywatne rozterki, w które póki co nie muszą się mieszać - puścił do niego oczko, nonszalancko opierając się o jego samochód.
Mina mężczyzny nieco zrzedła. Widać Niall przekonał go, że jakakolwiek ochrona faktycznie istnieje, choć od rozpadu zespołu, Styles nigdy nie prosił o specjalne przywileje.
- Zmiataj już, nim się zdenerwuję – uśmiechnął się sceptycznie, ręką odganiając Nialla do domu.
- Pół godziny – Horan ostatni raz zmierzył go wzrokiem, po czym na krótką chwilę zatrzymał spojrzenie na Harrym. Mentalnie przekazał mu, że będzie czekał, aż chłopak nie wróci, po czym z oporem wszedł do środka, głośno zamykając za sobą bramę.
- No, panie Styles, chyba mamy sobie dużo do powiedzenia – mężczyzna uśmiechnął się, podchodząc bliżej i jeszcze raz wyciągając dłoń w jego stronę. – Jestem Jackson Morrison.
Harry ponownie nie zareagował.
- Skąd znasz Leightona?
Na twarz mężczyzny wstąpił niebywale dziwny uśmiech – szyderski, prostacki i rozbawiony w jednym.
- Mogę ci wiele o nim opowiedzieć – zapewnił, wsiadając do range rouvera.
Harry westchnął cicho. Nie miał gwarancji do tego, co go czeka, lecz wsiadł do środka, zamykając za sobą drzwi.

piątek, 28 lutego 2014

Rozdział 19

Witajcie.
Po prostu dziękuję wszystkim komentującym. Naprawdę dajecie mi niezłego kopa, choć ostatnio mam problemy, które uniemożliwiają mi częste pisanie. I tak dziękuję za wszystko. Jesteście cudowni.
Kukułka

__________________

- Harry, słuchasz mnie? - Styles podskoczył na swoim krześle, kiedy Demi szturchnęła go w ramię. – Tak też myślałam – bąknęła pod nosem, biorąc ze stołu szklankę, o którą go prosiła. Upchnęła ją wraz z innymi naczyniami, uruchamiając zmywarkę.
- Przepraszam – Harry uśmiechnął się niemrawo, niechętnie odwracając wzrok od Leightona i Nialla, którzy wymieniali się „tajnymi” trikami, co rusz przygrywając jakiś akord na dwóch starych gitarach Horana.
- Cieszę cię, widząc cię takiego… - usiadła obok, głęboko myśląc nad odpowiednim słowem. – Mogę powiedzieć, że jesteś szczęśliwy?  - bez chwili wahania Harry przytaknął, odgarniając grzywkę z oczu. – Więc cieszę się, widząc cię takiego szczęśliwego. Mimo wszystko.
- Po prostu na chwilę obecną nie myślę o Liamie. Bardziej martwię się, jak to wszystko wpłynęło na Zayna.
Harry na chwilę utkwił wzrok w swoim przyjacielu, który dowiedziawszy się, co zaszło między nim a Paynem, do końca kolacji nie odzywał się zbyt wiele. Siedział wyraźnie zamyślony, od czasu do czasu kręcąc głową na zadawane mu pytania. W międzyczasie rzucał niezbyt przyjazne spojrzenia w kierunku towarzysza Harry’ego, co jednak kompletnie nie zraziło Leightona do luźnych rozmów z Perrie, Demi czy Niallem.
- Liam zawsze był mu bliski – Demi westchnęła, podążając za wzrokiem Harry’ego. – Musi to przetrawić. Ciężko jest być pomiędzy dwiema stronami, na których ci zależy.
- Wiem, Dems – opuścił wzrok, kreśląc wzory na pobrudzonym przez dzieciaki obrusie. – Tylko czuję się z tym źle.
- Harry…
- To przeze mnie nie przyjął twojego zaproszenia. Gdyby mnie tu dziś nie było, spędzilibyście znacznie milszy wieczór.
- Powiedz to mojej córce – brunetka prychnęła, uśmiechając się na widok Vivi, która wciąż siedziała Leightonowi na kolanach. – A tak poważnie, Harry – położyła dłoń na jego ręce, zmuszając do podniesienia wzroku. – Liam to także mój przyjaciel, ale kierując się tylko i wyłącznie obiektywizmem, zapewniam cię, że za nic z świecie nie popieram tego, co ci zrobił. Kwestia mojego wybaczenia leży w tym, czy ty to zrobisz.
- Nie – Harry zdecydowanie pokręcił głową. – Przynajmniej nie w najbliższym czasie.
Demi przytaknęła niepewnie, próbując wymusić lekki uśmiech.
- Chyba będziemy się zbierać – w progu kuchni pojawiła Perrie, trzymając na rękach przysypiającą Sophię. – Jest dość późno.
- Tak, my też powinniśmy iść – Harry wyprostował się na miejscu, wymieniając z Demi porozumiewawcze spojrzenia. Bezdźwięcznie podziękował, po czym wyswobadzając swoją dłoń z jej uścisku, wstał od stołu.
Harry zawsze uwielbiał Lovato, a fakt, że zgodziła się wyjść za mąż za jego najlepszego przyjaciela, jeszcze lepiej wpłynął na ich udaną komunikatywność. Pod pewnymi względami Demi bardzo przypominała mu Eleanor – równie bezpośrednia i spontaniczna, potrafiąca przystopować w najbardziej odpowiednim momencie.
- Jak tam? – Harry ukucnął obok Leightona, Nialla i Vivi, rejestrując niechętnie wszechobecny bałagan.
- W porządku – Leighton uśmiechnął się, odwzajemniając ciepłe spojrzenie Harry’ego. – Zbieramy się?
- Chyba tak. Jest już późno.
- Jasne. Tylko pomogę Niallowi posprzątać.
- Dajcie spokój – Horan machnął ręką, zdejmując Vivienne z kolan Leightona. Dziewczynka ledwie przytomna oplotła rączki w okół szyi Nialla, zamykając oczy. – Zaraz wracam – uśmiechnął się, znikając w korytarzu.
Leighton podniósł się z podłogi, otrzepując spodnie.
- No co? – zmarszczył brwi, uważnie przyglądając się rozbawionemu spojrzeniu Harry’ego.
- Nic – Styles wzruszył ramionami, opierając się o framugę. – Chyba kupiłeś moją rodzinę. Przybraną, ale zawsze.
- Chyba nie masz na myśli Zayna, co? – chłopak zachichotał, a Harry nie mógł powstrzymać się, by samemu nie wybuchnąć śmiechem.
- Zayn to trochę inny typ człowieka. Daj mu czas.
Leighton odchrząknął, naśladując głos Malika.
- „Mam nadzieję, że Harry nie pożałuje, że cię spotkał”. Tak, rzeczywiście trochę czasu dobrze mu zrobi – zaśmiał się ironicznie.
- Powiedział ci, że… Niech go tylko…
- Daj spokój, Harry – pogładził go po plecach, mijając w przejściu. – Faktycznie jest późno, chodźmy już – oparł głowę o jego ramię, wzdychając cicho. – Twoja przybrana rodzina bardzo cię kocha.
- Leighton?
-Hmm?
Chłopak obrócił się, przywołany dziwnym tonem w głosie Harry’ego. Styles zmieszał się nieco, lekko kurcząc się pod wyczekującym spojrzeniem chłopaka.
- To dobrze, że ci się podobało.
Pevense uśmiechnął się, kręcąc głową w niedowierzaniu.
- Oj, panie Styles – prychnął w rozbawieniu. – Chodź – pociągnął Harry’ego za rękę, kierując się w stronę holu, skąd dobiegały wyraźne odgłosy krzątaniny Malików.
- Wszystko masz? – Perrie obwiązywała Jaydena szalikiem, sprawdzając, czy spakował swój plecaczek.
- Tak – chłopiec jęknął niechętnie, odwiązując materiał, jak tylko Perrie skupiła uwagę na Sophii.
- Mam nadzieję, że wpadniecie niedługo – Niall zszedł po schodach, pocierając kark. – Umieram z nudów na tacierzyńskim – bąknął z grymasem.
- Nikt ci nie kazał – Demi wystawiła język w jego stronę, żegnając się z Zaynem. – Ale wpadnijcie. Harry, Leighton, będziecie jeszcze w Londynie?
- Nie, raczej nie. Muszę urządzić się w Holmes Chapel – Styles wzruszył ramionami, narzucając kurtkę.
- Ale na pewno wpadniemy, jak się pojawimy  - dorzucił Leighton, ignorując pełne apatii spojrzenie Zayna.
- Super – Malik uśmiechnął się z przekąsem. – Gotowi? – wziął syna za rękę, w drugiej trzymając nosidełko.
- Idziemy – Perrie cmoknęła Demi w policzek i przytuliła się do Nialla.
- Do zobaczenia – Horan i Demi stanęli w drzwiach, odprowadzając ich wzrokiem.
- A wy dokąd, panowie? – Perrie wcisnęła się między Leightona a Harry’ego, puszczając Zayna przodem.
- Zatrzymałem się u Gemmy.
- Podrzucić was? – blondynka zatrzymała się przy swoim samochodzie. – Nie widzę tu twojego sedana.
- Przyszliśmy na piechotę. Jest ładna pogoda, spokojnie.
- Na pewno?
- Jedź już, co? – Harry pokręcił głową, zamykając za nią drzwi hatchbacka. – Na razie, Zayn – skinął w stronę Malika, który z mruknięciem odwzajemnił gest, zapinając dzieciaki na tylnych siedzeniach.
- Miło było cię lepiej poznać, Zayn – Leighton uśmiechnął się z przekąsem.
- Ciebie też.
Harry z mruknięciem dezaprobaty pociągnął bruneta za rękaw. Jeszcze raz pomachali Perrie, uśmiechającej się zza kierownicy, po czym powoli skierowali się wyludnioną ulicą Królowej Elżbiety.
- Uwielbiasz go prowokować, co? – Harry zaśmiał się, kiedy czerwone auto minęło ich z lekkim piskiem opon. Zayn pewnie nie był zadowolony z faktu, że wypił dziś alkohol, a jego żona ewidentnie nie była udanym kierowcą.
- Jest taki uroczy w swojej nienawiści – Leighton schował dłonie w kieszenie jeansów. – Powiedzmy, że sprawia mi to trudną do opisania satysfakcję.
- Chorą satysfakcję – Harry pokręcił głową, chowając twarz w szaliku. Może pogoda nie była aż tak ładna, choć niezła jak na londyński klimat.
- Gdyby wszyscy mnie polubili, szczerze mówiąc, zmartwiłbym się. Z ludźmi bez wrogów jest coś nie tak – westchnął, odpalając papierosa. – Chyba, że nazywają się Harry Styles – dodał pod nosem, wywołując uśmiech na twarzy Harry’ego.
- Ależ ja mam wrogów. Nie o wszystkim musisz wiedzieć.
- Naprawdę? Panią ze spożywczaka, bo nie oddałeś jej winnego grosika?
- Właściwie to pana ze spożywczaka – mruknął nieśmiało.
- Harry… - Leighton zatrzymał się w miejscu, mierząc go zdumionym spojrzeniem. – Jesteś niemożliwy – zachichotał, kiedy poważną mimikę Harry’ego zastąpił uśmiech. – Byłem skłonny ci uwierzyć.
Szli przez chwilę w ciszy, niemijani przez nikogo. Alejki odległe od śródmieścia nie cieszyły się popularnością w tak późnych godzinach. Nawet w czasie weekendu. Pobliskie domy wydawały się puste i samotne, nieoświetlone choćby żadnym pojedynczym światłem. Gdzieniegdzie pies warknął na nich z pobliskich ogródków, jednak i tak mogli czuć się kompletnie sami.
- O czym myślisz? – Harry skrycie przyglądał się chłopakowi, który wypalił papierosa, niedopałek zgniatając na przydrożnym murku.
- O mojej rodzinie.
- Oh – Harry zagryzł wargę, spuszczając wzrok na kostkę chodnikową. – Przepraszam.
- Przestań – Leighton wzruszył ramionami. – Po prostu masz wielkie szczęście, że trafili ci się tacy ludzie jak Niall, jak Demi. Nawet jak Zayn.
- Pod tym względem też uważam, że mam szczęście – Styles zgodził się, nie chcąc drążyć tematu. Wiedział, że Leighton nie miał własnych bliskich. – Wracamy jutro do domu?
- Jeśli chcesz – Pevense przytaknął nieco zaniepokojony, jednak nie zwrócił na niego większej uwagi.
Harry poczuł się źle. Leighton skrycie martwił się teraz o swojego nic niewartego ojca lub co gorsza rozważał, czy nie zostawić Harry’ego, skoro pochodzi z zupełnie innego świata. Harry przełknął gulę formującą się w jego gardle.
- Przepraszam, ja…
- Cii – Leighton przyłożył palec do ust, na co Harry zatrzymał się, marszcząc brwi. – Harry, proszę cię, chodź.
Wciąż nie rozumiejąc, ruszył dalej, do czego poniekąd zmusiła go dłoń Leightona, którą splótł wraz z jego własną. Mimo że nigdy nie trzymali się za ręce, Harry nie potrafił cieszyć się tym gestem. Coś było nie tak.
- Leigh…
- Możemy przyspieszyć? Ale nieznacznie, dobrze?
Machinalnie ruszyli nieco szybciej, coś pomiędzy biegiem a szybkim chodem.
- Co się…
- Nie odwracaj się, proszę – Leighton szepnął cicho, starając się utrzymać równe tempo.
Szli, a może raczej na wpół biegli, a głośny stukot ich butów odbijał się echem w martwej ciszy. Dopiero po bardzo wyraźnym i długim wsłuchiwaniu się, Harry doszedł do wniosku, że ich kroki pokrywają się z dwiema parami innych, znacznie cięższych, znajdujących się dość niedaleko.
- Leighton?
Serce Harry’ego znacznie przyspieszyło. Choć bardzo kusiło go, by spojrzeć za siebie, pamiętał, jak chłopak kazał mu zachować pozory.
- Harry, widzisz tamten park?
- Widzę – przytaknął, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo złamał mu się głos.
- Kiedy tam dojdziemy, pobiegniesz w lewo, a ja w prawo, dobrze?
- Nie zostawię…
- Harry, proszę cię, nie teraz – Leighton odetchnął głęboko, na sekundę przymykając oczy. Wypuścił powietrze z płuc, mocniej ściskając dłoń Harry’ego. – Musisz mi zaufać.
Choć patrzyli przed siebie, Harry mógł wyczuć napięcie w jego głosie. Z jednej strony na pewno się bał, przynajmniej Harry był przerażony, nie mógł uwierzyć, że Leighton nie. Mimowolnie poczuł się pewniej, kiedy chłopak wykazał się determinacją i racjonalnością. Gdyby był sam, chyba nie potrafiłby obmyślić dobrej taktyki ucieczki.
- Wiesz, kto za nami idzie, prawda? – szepnął, kiedy poczuł jak dłoń Leightona powoli wysuwa się z jego własnej, zbliżając się do rozstaju dróg przy parku. Dopiero teraz zauważył, że lewa strona, w którą kazał mu się udać, była pogrążona w totalnej ciemności. Po prawej znajdowała się całkiem dobrze oświetlona ścieżka.
- Wszystko ci wyjaśnię. Na razie obiecaj mi, że pobiegniesz najszybciej, jak możesz. Gdziekolwiek, gdzie jest dużo ludzi. Tylko nie prosto do domu. Jak upewnisz się, że jesteś sam, wezwij taksówkę i jedź z powrotem do Nialla.
Leighton mówił szybko, grzebiąc w wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Przyjedziesz tam?
Zbliżali się do parku w zastraszająco szybkim tempie. Kroki za nimi przybierały na sile. Były coraz bliżej.
- Leighton, obiecaj mi, że tam przyjdziesz.
Chłopak puścił dłoń Harry’ego, napinając mięśnie twarzy.
- Harry… - westchnął głośno. – Chciałbym…
- Przyjdziesz tam – Harry zaakcentował każde słowo, a adrenalina uderzyła w niego ze zdwojoną siłą.
- Przyjdę – powiedział w końcu, łapiąc spojrzenie zielonych tęczówek starszego mężczyzny. Nie przestawali na siebie patrzeć, czując pod stopami początek grząskiego gruntu pokrytego liśćmi i odłamkami szkła, które ktoś musiał tutaj rozrzucić. – Na trzy.
Harry przytaknął, próbując wziąć się w garść.
- Raz… Dwa… - wymienili ostatnie porozumiewawcze spojrzenie. – Trzy... 

środa, 12 lutego 2014

Rozdział 18

Witajcie! :)
Więc ten rozdział to chyba ostatni z serii "trochę spokoju". Zaczynamy jazdę, haha.
Wiem, że ostatnio trochę namieszałam z tą ankietą (o tam ----->), bo przez jakieś dwa dni nie dało się zagłosować, a wtedy najwięcej z Was czytało rozdział, więc jeśli mogę prosić, oddajcie swój głos teraz, kiedy wszystko działa jak należy. Blogger mnie nie lubi, ugh.
Kończę ferie i zaczynam szkołę, więc ciężko powiedzieć, kiedy napiszę coś nowego. Starałam się nadrobić w czasie wolnego, stąd już teraz daję wam osiemnastkę. Liczę na zrozumienie. Mam poprawkę i takie tam...
Dziękuję wszystkim komentującym, bardzo doceniam wszystkie wasze słowa, z każdym dniem cieszą mnie jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe.
Nie przedłużam, do napisania! :)

__________________________

Harry przesunął opuszek palca wzdłuż listy piosenek. Po chwili namysłu wcisnął jednak przycisk losowego wybierania. Rzucił iPod obok siebie, kładąc ręce pod poduszkę i zamykając oczy.
Trochę bolała go głowa, co z pewnością spowodował natłok wrażeń w dniu wczorajszym. I choć tak uporczywie próbował odpocząć, jak na złość obudził się o piątej trzydzieści, czując się jeszcze gorzej niż przed zaśnięciem. Wcisnął w uszy słuchawki, próbując odgrodzić się od tego wszystkiego, co w tej chwili uciskało jego serce.
Pomimo przysłoniętych rolet, wschodzące słońce już zaczęło drażnić jego policzki. Obrócił się w stronę ściany, natrafiając nosem na puszysty materiał obitej kanapy. Nigdy nie umiał spać na nierozłożonych sofach, jednak wieczorem był na tyle rozbity, że nie kwapił się dokładnym rozścieleniem łóżka.
Choć Harry i Leighton dojechali do Londynu jeszcze przed południem, po pamiętliwym incydencie w „Kardamonie” Styles po prostu przywiózł ich do domu jego siostry, po czym zabarykadował się na kanapie, oddając chłopakowi sypialnię Gemmy.
Domek był uroczy, choć malutki, lecz czego więcej potrzebowała ówczesna samotna studentka? Siostra Harry’ego dysponowała niewielką kuchnią, połączoną z równie skromnym salonikiem, na piętrze natomiast łazienką i jednym, całkiem sporym pokojem. Chociaż od lat nikt tutaj nie mieszkał, Harry zawsze nosił przy sobie klucze. Na wypadek taki jak teraz – nieoczekiwana potrzeba noclegu w stolicy.
Wiercąc się do tego stopnia, że odseparował kołdrę od poszewki, Styles zrezygnował w końcu z dalszego spania. Opuścił głowę, szybkim ruchem strącając z oczu potargane kosmyki. Przeciągając się, ruszył do kuchni, gdzie najciszej jak umiał napełnił czajnik odrobiną wody. Włączył gaz i podszedł do okna. Ciągle miał w uszach słuchawki, a lecąca właśnie piosenka sprawiała, że lekko podrygiwał w takt Savage Garden.
Ulica była pogrążona w kompletniej ciszy. W końcu kto wychodzi gdziekolwiek przed szóstą rano w sobotę. Harry uważniej przyjrzał się okolicznym budynkom. Nim Gemma wyjechała, spędzał tutaj mnóstwo czasu. Nawet wtedy, kiedy poznała swojego męża, wciąż wchodził im na głowę, nim w końcu sam nie ustatkował się i nie poślubił Judith.
Westchnął głośno, zatrzymując wzrok na samochodzie po drugiej stronie jezdni. Stary jak świat, wciąż służył pani Carols, o ile nieprzerwanie cieszyła się zdrowiem. Staruszka zawsze przynosiła im swoje ciasta, szczególnie odkąd dowiedziała się, że Harry pracował w piekarni. Nie potrafił jej odmówić i tak zaprzyjaźnili się, pomimo jakichś 60 lat różnicy wieku. Żałował, że nie fatygował się, by wiedzieć, co u niej.
Galopując w myślach o swojej rodzinie i przyjaciołach, kompletnie zapomniał o gotującej się wodzie. Drgnął przestraszony, kiedy ktoś delikatnie dotknął jego ramienia.
- Matko boska – w odruchu złapał się za serce, wyciągając z uszu słuchawki. Leighton stał przed nim w za dużej koszulce z logo Simple Plan. Włosy w kompletnym nieładzie i zaspane oczy stawiały go w zupełnie innym świetle niż na co dzień. – Przestraszyłem się.
- Zupełnie jak ja, słysząc tego gwiżdżącego szatana – ziewnął głośno, wskazując na czajnik, który najwyraźniej sam zdjął z kuchenki. – Wisisz mi mocną kawę.
- Przepraszam – Harry zreflektował się, próbując oderwać wzrok od tylko nieznacznie przysłoniętych bioder Leigtona. Wyjął z szafki dwa kubki, przygotowując expresso dla bruneta i herbatę dla siebie. Choć był wykończony, nie miał ochoty truć się kofeiną.
Leighton zajął miejsce na blacie, przeglądając zawartość playlisty Stylesa. Co chwilę przecierał powieki, na co Harry miał całkowitą ochotę wziąć go za rękę i zaprowadzić z powrotem do łóżka. Harry, przestań!
- Można powiedzieć, że jesteśmy ze sobą 24 na dobę, a ty nieustannie się na mnie gapisz.
Styles zarumienił się, chowając twarz za kaskadą loków. Jakim cudem widział, co robi, nie odklejając spojrzenia od wyświetlacza.
- To chyba dobrze, że po takim czasie, nie przestajesz mnie intrygować – wzruszył ramionami, podając mu kubek. Leighton skinął w podzięce, okręcając dłonie w okół gorącego naczynia. – Umm – Harry mruknął lekko skrępowany. – Nie chciałbyś się ubrać?
- Intrygować, co? – brunet uśmiechnął się szeroko. – Oh, panie Styles. Budzisz mnie z rana i jeszcze rozkazujesz. A miałem choć cień nadziei, że to jednodniowe wakacje.
- Wybacz, że zmąciłem twoje błogie plany. W ramach rekompensaty możemy zostać do wtorku.
- Jednak ci się nie spieszy? – Leighton nie spuszczał wzroku z Harry’ego, który dołączył do niego, splatając nogi po turecku. Siedzieli na wysepce kuchennej, choć tuż obok znajdowała się kanapa - zupełnie jak para dzieci bawiących się w unikanie lawy na podłodze.
- Kiedy wrócimy, chciałbym jak najszybciej wyprowadzić się od Adama. Zabrałbym Leo na parę dni, urządzilibyśmy mu pokój w moim nowym mieszkaniu.
- Dobry pomysł – Leighton przytaknął, dmuchając na parującą ciecz. – Dasz mu do zrozumienia, że w twoim życiu zawsze znajdzie się miejsce dla niego. To powinno pomóc jakoś mu się… No wiesz, przystosować – ostrożnie dobierał słowa.
- Mam taką nadzieję – westchnął Harry, kątem oka nie przestając obserwować Leightona. – Chciałbyś ze mną zamieszkać? – wyrzucił na jednym wdechu, momentalnie opuszczając wzrok.
- S-słucham? – chłopak zająknął się, a kubek mało co nie wyśliznął mu się z rąk. – Harry, przecież… - pokręcił głową, parskając pod nosem. – Czy ty wiesz, co właśnie mi zaproponowałeś?
- Wiem. I naprawdę chciałbym, żebyś się zgodził – odstawił herbatę na bok, zdobywając się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy. Tak bardzo jak oczy Louisa - pomyślał.
- Nie szukaj w tym żadnych podtekstów - kontynuował. - Po prostu nie wiem, co się z tobą dzieje w Holmes Chapel. Nie mam pojęcia, gdzie mieszkasz, ale to z pewnością nieprzyzwoite miejsce. Znam twoją sytuację finansową i…
- I dlatego chciałeś dać mi wyższą pensję niż innym ludziom na moim stanowisku? – przerwał mu. – Adam napomknął mi o tym podczas którejś z przerw. Obiecałem, że się nie wygadam, ale to jest nie w porządku. Tym bardziej, że nie przestajesz tego robić.
- Ale czego?
- Sam do końca nie wiem. Jakbyś próbował mnie nawrócić. Budować mi nowe życie – Leighton wzruszył ramionami. – I dziękuję – dodał, widząc cień smutku na twarzy Harry’ego. – Naprawdę to doceniam, ale… Ale nie pozwolę, byś naprawiał mnie, kiedy potrzebujesz uratować swoje własne sprawy.
Harry zamilkł na moment, trawiąc to, co właśnie usłyszał. Nie mógł całkowicie zaprzeczyć – faktycznie próbował dać Leightonowi namiastkę czegoś lepszego.
- A jeśli nie chodzi mi tylko o to? – Leighton zmarszczył brwi, czekając, aż Harry skończy wypowiedź. – To prawda, staram się pomóc, jak tylko mogę. Ale pamiętaj, że dałem ci pracę, nim wiedziałem o twoim życiorysie. Dałem ci ją, bo jesteś dobry, nie dlatego, że się litowałem – zauważył, że Leighton się wzdryga. Więc to go bolało – współczucie. – A płaca? Zasługujesz na nią, bo twój warsztat jest znacznie lepszy niż reszty artystów, z którymi pracuję. Nie przerywaj – machnął ręką, widząc, że chłopak otwiera usta. – Wszystko, co do tej pory ci zaoferowałem, nie było aktem mojego zmiłowania się. Zasługujesz.
- A mieszkanie? – wtrącił się w końcu, obserwując jak rysy Harry’ego tężeją. – Dlaczego proponujesz mi mieszkanie?
Wziął głęboki wdech, po czym zeskoczył na ziemię, stając między nogami Leightona. Brunet spojrzał na niego podejrzliwie, kiedy ten odgarniał grzywkę z jego twarzy.
- Harry, co ty…
Jego wypowiedź została przerwana przez usta Stylesa. Harry delikatnie pocałował Leightona, stykając ze sobą ich czoła. Oboje zamknęli oczy, oddychając głęboko, choć w porównaniu z poprzednimi pocałunkami, ten był zdecydowanie najmniej intensywnym.
- Nie mogę ci nic wyznać – zaczął Harry. – Nie wiem, co czuję. Nie wiem nawet, czy jesteś prawdziwy – szepnął między urywanymi oddechami. – Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę, zastanawiam się, czy mógłbym z tobą być. Czy ty mógłbyś być ze mną. I proponuję ci mieszkanie, by znaleźć odpowiedzi na te i inne pytania.
Leighton powoli otworzył oczy, dłonią przejeżdżając po policzku Harry’ego. Styles uśmiechnął się lekko w odpowiedzi, na co chłopak przejechał opuszkami po wygiętych ku górze wargach. Były niebywale piękne. Tak idealnie ukształtowane, tak różowawe. Leighton niezaprzeczalnie lubił je najbardziej.
- Nie chciałem cię tak omotać.
Harry delikatnie zmarszczył brwi.
- Nie...
- Powiedziałeś, że nie wiesz, co czujesz. Ale jeśli się we mnie zakochujesz i jeśli pozwolę ci robić to dalej, to… Nie chcę cię skrzywdzić.
- A zrobisz to?
Oboje złapali kontakt wzrokowy, pożerając się spojrzeniami. Harry nie wiedział, co się stało, jednak wyczuł, że Leighton stał się nagle pełen wątpliwości. Pewny siebie chłopak zniknął, ewentualnie zamienili się rolami. Teraz to on był tym bezpośrednim i dumnym, kiedy Leighton siedział skulony, kreśląc wzory na jego karku.
- Jest wiele rzeczy, których o mnie nie wiesz.
- Nie musisz mówić mi o wszystkim. Będę czekał na twoje wyznania tyle, ile potrzebujesz.
Leighton nie wytrzymawszy presji, spuścił wreszcie wzrok. Harry lekko acz stanowczo pochwycił jego podbródek, zupełnie tak samo jak wczorajszego dnia postąpił Leighton względem niego. Chyba naprawdę ich osobowości urządziły im psikusa, na tę krótką chwilę zamieniając się ciałami.
- Choćby wieczność – powiedział cicho, patrząc jak bariery w oczach Leightona powoli ustępują miejsca czemuś innemu. Czy było to…
- Zamieszkam z tobą – wyszeptał Leighton, wpijając się w wargi Harry’ego tak intensywnie, jakby bał się, że inaczej Styles zmieni zdanie.
- Cieszę… się… – rzucił Harry między jednym a drugim pocałunkiem. Jego dłonie pozbawione jakiejkolwiek kontroli, zagłębiły się pod koszulkę Leightona, błądząc wzdłuż linii kręgosłupa.  Nawet nie wiedział, kiedy jego dresy powoli zsunęły się do kolan, rozplątane przez sprawne palce Leightona.
Pevense jęknął cicho, kiedy Harry pocałował go w obojczyk. Podkuszony tym uroczym dźwiękiem nieśmiało przejechał językiem po zagłębieniu jego szyi, następnie zdobiąc to miejsce siarczystym pocałunkiem, który z pewnością pozostawi mocny krwistoczerwony ślad.
- Nie naznaczaj mnie – zachichotał chłopak, wyplątując palce z loków Harry’ego.
- Za późno – zauważył Styles, uśmiechając się, nim ponownie pocałował chłopaka w kącik ust. Uwielbiał, kiedy czasami pojawiał się tam uroczy dołeczek. Nie ścierając uśmiechu z twarzy, odsunął się na odległość wyciągniętej ręki, uważnie przyglądając się brunetowi. – Jestem głodny – powiedział po chwili milczenia.
- No chyba żartujesz – jęknął Leighton, niekomfortowo wiercąc się na miejscu.
Harry uśmiechnął się triumfalnie.
- Idziemy do skle…
Został brutalnie przyciągnięty przez Leightona, który nie dość, że wpił się w jego wargi, wolną dłonią powędrował za gumkę bokserek Harry’ego, mocno ściskając ich zawartość. Po chwili nieudolnych protestów, Harry całkowicie poddał się Leightonowi, który teraz stał między jego biodrami, podczas gdy sam z trudem opierał się o lodówkę. Nie spodziewając się tego, co zaraz nastąpi, o mało co nie upadł, kiedy ciało Leightona odsunęło się na kilka kroków, pozostawiając go bez choćby milimetra dotyku.
- Niech to będzie kara, panie Styles – Leighton uśmiechnął się, ściągając swoją koszulkę i w samych majtkach ruszając wzdłuż korytarza. – Nieładnie zostawiać mnie we frustracji seksualnej, bo potrafię się zemścić – mrugnął do skołowanego Stylesa, który borykał się z ogromnym problemem w swoich bokserkach, które z pomocą Leightona nagle zrobiły się cholernie ciasne.
- I na poważnie zostawisz mnie o szóstej rano z erekcją w kuchni, bo chcesz się zemścić? – Harry uniósł brwi w zdziwieniu, nie mogąc jednak pohamować chichotu.
- Zdecydowanie tak! – Leighton zagryzł wargę. – I jeszcze sobie bym tutaj postał, ale jesteś głodny, a ja muszę wziąć prysznic, by skoczyć do sklepu, więc…
- Nie! – Harry szybko zakrył sobie wzrok, nim kawałek materiału zaczepił się o jego włosy.
- Za 15 minut bądź gotowy do wyjścia.
- Możesz już iść? – Styles delikatnie wyjrzał zza swoich palców. Leighton stał do niego tyłem. Totalnie nagi. Jego czarne bokserki spoczywały teraz w dłoniach Harry’ego. – Proszę, idź już, nigdy więcej ci tego nie zrobię.
- Karma to suka, panie Styles – Leighton zaśmiał się głośno, bardzo powoli oddalając się i wchodząc na górę.
Harry odetchnął głęboko. Wciąż podtrzymywał się kuchennej aparatury, bo nie czuł się na tyle pewien, by sam ustać na własnych nogach. Czy Leighton właśnie zrobił to, co zrobił?!
- Nie lubię cię coraz bardziej! – krzyknął w głąb mieszkania, wiedząc, że z pewnością usłyszy. Odpowiedziało mu głośne parsknięcie, na które nie mógł zareagować inaczej niż śmiechem.

*

- No chyba sobie żartujesz – Harry z udawaną pogardą skomentował wybór Leightona. – Przecież wszyscy wiemy, że Cookie Crisp nie umywają się do czekoladowych Cornflakesów!
Po przekomarzaniu się w samochodzie i chwili zarzucania sobie, kto jest większym dupkiem, w końcu dojechali do supermarketu, bez wahania biorąc największy z dostępnych koszyków. Planowali urządzić sobie maraton filmowy, który nie kończy się powodzeniem bez góry niezdrowego jedzenia.
- Widać, że jesteś z Cheshire – prychnął Leighton, wrzucając do wózka dwie paczki płatków, by zadowolić każdą ze stron. 
- Nie wiedziałem, że w twoim słowniku istnieje słowo kompromis.
Leighton wywrócił oczami, puszczając to mimo uszu.
- Mamy wszystko? – krytycznie przyjrzał się stercie jogurtów truskawkowych, które uwielbiał Harry. – Zjesz to wszystko do jutra?
- Pomożesz mi – Styles wzruszył ramionami. – Po dzisiejszym badaniu, moje profesjonalne dłonie stwierdziły, że niedługo żebra przebiją ci skórę.
- Obawiam się, panie doktorze, że w chwili badania znajdował się pan pod silnym działaniem substancji zakazanych.
- Mój diler nazywa się Leighton Pevense, urodzony w... – Harry zmarszczył brwi. – Ile masz lat, gówniarzu? – zapytał. – Hej! – ledwo co złapał słoik suszonych pomidorów, który Leighton rzucił w jego stronę. – Zwariowałeś?!
- Przecież jestem gówniarzem – chłopak wzruszył ramionami. – Mogę rzucać słoikami w Tesco.
Styles pokręcił głową z rezygnacją.
- Za miesiąc kończę 21.
- Oh – Harry odetchnął z ulgą. – Więc mogę kupić ci to – uśmiechając się na kuksańca w żebro, podszedł do półki z piwami i innymi alkoholami. – Bierz, co chcesz.
- A ty które lubisz? Tylko nie mów,  że klasyczne, bo wyjdziesz na zagorzałego Anglika.
Harry uśmiechnął się pod nosem.
- Spokojnie. Tym razem bezkonkurencyjnie wygrałeś. Ja nie piję.
- No coś ty!
- Poważnie – wyjął z kieszeni portfel, wyciągając z niego małą karteczkę.
Leighton wczytał się w niewyraźny druk, po czym cmoknął ustami, oddając ją z powrotem w ręce Harry’ego.
- Nie tylko ty masz wiele tajemnic – skwitował Styles, chowając wszystko na swoje miejsce. – Wciąż chcesz ze mną mieszkać?
- To przez to, że Louis umarł?
Leighton oparł się o wózek. Jeszcze chwila, a wpadłby do środka. Był jak wyrośnięty przedszkolak, co w głębi cieszyło serce Harry’ego.
- Zdecydowanie tak – przytaknął z westchnięciem. – Nie miałem co ze sobą zrobić. I w końcu nie wyobrażałem sobie dnia bez kieliszka wódki – wzruszył ramionami, wpatrując się w jeden punkt. – W każdym razie, to już za mną – momentalnie zmienił nastrój. – A teraz z drogi, bo cię przejadę – odepchnął Leightona na bok, zmuszając go do podejścia za nim do kasy.
- Jak udało ci się z tego wyjść? – kontynuował Leighton, wyciągając zakupy na taśmę. – To znaczy, nie chcę być wścibski…
- Najbardziej potrząsnął mną Liam – Harry skrzywił się. – Odkąd straciliśmy Louisa on też dużo przeszedł.
- Bardzo – chłopak zagwizdał z przekąsem.
- Nie psujmy sobie nastroju – Harry bąknął cicho. – Masz – podał chłopakowi kartę kredytową i jakiś papierek pełen zapisków. – Zapłać, a ja skoczę do kiosku – skinął w stronę niewielkiego stoiska za kasami.
- Czuję, że to poważne. Dajesz mi swój PIN i hasła do konta bankowego? – Leighton prychnął, udając zbulwersowanie. – To bardzo nieodpowiedzialne.
Nie reagując, Harry z uśmiechem na ustach odszedł w swoją stronę.
- A teraz powiedz mi, dlaczego nie dałeś znać, że przyjeżdżasz, hm?
Urocza brunetka zmaterializowała się u boku Harry’ego.
- Swoją drogą, nie kupuj tego, ta gazeta to spis plotek – machnęła ręką, ściskając oniemiałego Stylesa.
- Dems, nie spodziewa…
- Chyba ja bardziej, wiesz? – zachichotała. – Niech no Niall cię zobaczy!
- Jest tutaj? – Harry nerwowo rozejrzał się dookoła. – Cholera, a to miała być anonimowa wizyta – przeklął pod nosem, jednak uśmiechnął się, widząc naburmuszoną minę Demi. – Stęskniłem się za tobą.
- Oh, ja za tobą też, Harry! – dziewczyna poklepała go po ramieniu. – I widzę, że masz mi trochę do opowiedzenia – z powątpiewaniem pokierowała swoje spojrzenie w stronę Leightona pakującego reklamówki.
- Ummm…
- Ummm? – Demi pokręciła głową . – Twój nieudolny przyjaciel to niezła gaduła, więc znam początek historii. Ale bardzo chętnie dowiem się więcej o sławetnym Louisie numer dwa. Może dzisiaj o siódmej?
- Demi, naprawdę nie wiem…
- Zrobię kurczaka w ziołach?
- To przekupstwo! – Harry odwzajemnił uśmiech Demi. Wiedziała, że chłopak nie odpuści, kiedy w grę wchodzi jej popisowe danie.
- A niech mnie! – Niall z Vivi na rękach podszedł do Stylesa. – Nie przesadzasz ostatnio z tymi odwiedzinami, co? – zachichotał, biorąc chłopaka w mocny uścisk.
- Cześć młoda – Harry przybił piątkę Vivienne. – Leo nie może przestać o tobie nawijać.
- Jest tutaj? – dziewczynka rozchmurzyła się w ciągu kilku sekund.
- Niestety. Ale następnym razem na pewno go zabiorę, obiecuję – Harry uśmiechnął się, kiedy córka Horana zeskoczyła z jego ramion, biegnąc w stronę automatu z pluszakami.
- Co robisz w Londynie? – Niall wziął Demi za rękę, podczas gdy oboje podążyli za Harrym do kasy numer czternaście.
- To historia, która zajmie więcej niż minutę – skomentował Styles. – Opowiem ci dziś wieczorem.
- Więc wpadniesz?! – Demi uśmiechnęła się szeroko. – Wpadniecie? – dodała, trącając Harry’ego w żebro.
- Wpadniecie? – Niall podążył wzrokiem za miejscem, w które wpatrywała się jego żona. – Ohh.
- Szukałem cię – Leighton uśmiechnął się nieśmiało, oddając Harry’emu kartę. Przeniósł wzrok na przyjaciół Stylesa.
- Spotkałem Nialla i Demi – wskazał na obojga.
- Cześć, jestem…
- Leighton – dopowiedział Niall, wyciągając rękę w jego stronę. – Trochę o tobie słyszałem – uśmiechnął się.
- Mam nadzieję, że w samych superlatywach – Pevense zachichotał, całując Demi w zewnętrzną część dłoni. – Miło mi.
- Mnie również – głos dziewczyny uniósł się o kilka oktaw, co nie umknęło uwadze Nialla.
- Demi i Niall zaprosili nas wieczorem na kolację – powiedział Harry, uśmiechając się pod nosem. Demi kupiła Leightona na więcej niż sto procent. – Wpadniemy? – spojrzał na bruneta, który przestąpił z nogi na nogę. Był lekko zakłopotany.
- Cześć – Vivienne pojawiłą się nagle koło Leightona, wpatrując się w jego tatuaże. – Oh, myślałam, że jesteś wujkiem Zaynem.
Wszyscy zachichotali, idąc powoli w stronę parkingu.
- Jestem lepszy niż wujek Zayn.
- Czemu? – dziewczynka zachichotała, łapiąc Leightona za rękę.
Harry zwolnił kroku, puszczając ich przodem. Z daleka dosłyszał kawałek rozmowy o tym, jak to tatuaże Zayna kipią powierzchownością i  brakiem profesjonalizmu. Czy czterolatka była w stanie to zrozumieć?
- Jak ty to robisz? – Niall otworzył drzwi swojego auta. Demi podeszła do Leightona i Vivi, zostawiając Harry’ego i Horana przy bagażniku razem ze stosem zakupów.
- Co?
- Wytrzymujesz z nim? Jest taki podobny – pokręcił głową, starając się nie wpatrywać zbyt natarczywie.
- Ale jest inny – podkreślił Harry, pomagając mu pakować produkty do samochodu.
- Wiesz, co robisz? – Niall spojrzał na niego nieco zaniepokojony. – Pamiętam jak Louis…
- Louis nie jest Leightonem. Leighton nie jest Louisem. Zdecydowanie – westchnął Harry, wpatrując się, jak chłopak próbował przekonać Vivienne, by wsiadła do środka. Nie robiąc kompletnie nic, ukradł serce całej rodziny Horanów. To bardzo zdziwiło, lecz jednocześnie uradowało Harry’ego. W pewien sposób miał ich przyzwolenie, a to prawie jak przedstawienie miłości swojego życia własnym rodzicom.
- Kradnie mi żonę – burknął Niall. – Więc nie byłbym pewien, czy nie mają wspólnego pierwiastka dupkowatości.
Harry zachichotał, kładąc dłoń na ramieniu Horana.
- Zapewniam cię, że nie Demi mu w głowie – uśmiechnął się pokrzepiająco, raz jeszcze zawieszając wzrok na chłopaku. Leighton pożegnał się z dziewczynami, biorąc własne zakupy i kierując się w stronę sedana Stylesa. Spojrzał na niego może przez sekundę, lecz to nie umknęło uwadze Harry’ego. – Zapewniam cię.

mam dziś Larry mood, przepraszam. PO PROSTU WOW!

wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 17

Witajcie!
OGŁOSZENIA PARAFIALNE :)
Nie mogę uwierzyć, że piszę ten dziwny wstęp już po raz 17. Dziękuję, że zechcieliście czytać tę historię. Bez Waszego wsparcia i zaangażowania nie byłoby "Really Don't Like You", więc jeszcze raz ogroooooomniaste dziękuję.
Jak pewnie zauważyliście z boku pojawiła się ankieta. Czy mogę Was prosić o kliknięcie właściwej odpowiedzi? Zajmie to raptem 3 sekundy, a mi pozwoli się rozeznać, ilu mniej więcej czytelników posiadam.
Mam jeszcze jedną sprawę. Otóż sporo z Was zadaje mi pytania na Twitterze - odnośnie bloga jak i nawet samej mnie (haha, to dziwne, ale miłe), więc wpadłam na pewien pomysł. Jeśli jest jakieś pytanie, które Was nurtuje i na które być może będę mogła Wam odpowiedzieć, zostawcie je na dole tego rozdziału, a przed kolejnym postaram się szczegółowo i rzetelnie rozwinąć w każdej sprawie. :)
Być może część numer 18 pojawi się za jakiś tydzień. Ferie w toku, więc chciałabym nadrobić straty, kiedy nie mogłam czegoś dla Was dopracować lub dodać rozdziału w jakimś ludzkim odstępie czasu, za co i tak nigdy nie będę w stanie wystarczająco przeprosić.
Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie mego biadolenia. Zostawiam Was z Leightonem  i Harrym.
Buziaki!

_________________________


Pomimo dość późnej zimy pogoda była na tyle idealna, by okno w samochodzie mogło zostać uchylone. Wprawdzie do środa przedzierał się dość nieprzyjemny hałas, jednak Harry potrzebował chwili odstresowania, a nic nie działało bardziej kojąco niż odrobina świeżego powietrza.
- Nie po to załatwiliśmy ci wypis, żebyś teraz dostawał grypy i wracał na oddział – zauważył Leighton, który wyjątkowo manewrował kierownicą niewielkiego sedana Harry’ego.
Ignorując go, Styles jeszcze bardziej zbliżył się do okna, opierając policzek o plastikowe wnętrze auta. Przymknął oczy i skulił się na siedzeniu pasażera, starając się poukładać w głowie natłok spraw, jakie spadły na niego w ostatnim czasie.
Nie wiedział, co nękało go najbardziej.
Liam, jedna z najbardziej zaufanych mu osób, tak bezkarnie go skrzywdziła. Przypomniał sobie minione dni, kiedy spotkali się razem w klubie, rozważał każdy najmniejszy moment i w żadnej z tych błogich chwil nie uchwycił w zachowaniu Payne’a ani krzty skruchy czy jakiegokolwiek dyskomfortu. Co jeśli Judith nie odważyłaby się mówić? Czy w ogóle dowiedziałby się prawdy? Wątpił w to z każdą mijaną minutą, która dzieliła go od wyjaśnienia wszystkiego twarzą w twarz.
Harry przełknął głośno. Dostał gęsiej skórki – trochę z zimna, a trochę z nadmiaru sprzecznych emocji. Liam jest jego najlepszym przyjacielem, a przynajmniej był nim, póki nie zrobił sobie dziecka z jego żoną. Nie na długo, ale w końcu nadal pozostawali małżeństwem. Temat rozwodu ciągle nie ruszył naprzód, ale sumując ogrom innych trudności, stwierdził, że można to odrobinę odwlec w czasie.
Poza tym kwestia Leo pozostawała równie niepokojąca. Syn Harry’ego rozsypywał się na jego oczach. Może i wyolbrzymiał, ale znał go zbyt dobrze, by widzieć, co się święci. Choć Leo był cholernie inteligentnym maluchem, udźwignięcie takiej sprawy wymagało od niego większej wiedzy, której nie jest w stanie nabyć, mając niespełna sześć lat. Harry obiecał sobie, że kiedy wróci, postara się zabrać chłopca do siebie i wyjaśnić  mu zasady, jakimi będzie kierowało się ich nowe życie.
Był jeszcze Leighton. To, co działo się między nimi nabierało rozkwitu. I choć żaden nie powiedział tego na głos, coś dziwnego czaiło się za rogiem, by wyskoczyć w najmniej odpowiednim momencie. Harry sam do końca nie wiedział, co o tym myśleć. 
Westchnął głośno, klikając przycisk zamykający okno. Pomimo blokujących go pasów obrócił się w stronę swego towarzysza, uważnie wpatrującego się w drogę.
- Wymyśliłeś już jak uratować świat przed zagładą, Batmanie? – zażartował Leighton, starając się zetrzeć uśmiech z twarzy. – Kiedy nad czymś dumasz, masz minę naburmuszonego dziecka. Tak gdyby cię to interesowało – dodał, zmieniając pas ruchu. Zbliżali się do końca autostrady, będąc dość blisko londyńskich peryferii.
- Właściwie to wymyśliłem, gdzie przenocujemy. Tak gdyby cię to interesowało – puścił mu oczko, choć prawdą jest, że wpadł na to spontanicznie, w chwili mówienia.
- Odwiozę cię do Zayna albo tego tam – zmarszczył brwi. – Nila? – uśmiechnął się przepraszająco. – Mniejsza. Po prostu odstawię cię w jednym kawałku.
- Aż tak działam ci na nerwy?
- Nie, nie o to chodzi – zdecydowanie pokręcił głową. – Po prostu… Po prostu nie znoszę się narzucać.
- To coś nas łączy – uśmiechnął się Harry. – Dlatego nie będziemy nikomu przeszkadzać.
Leighton spojrzał na niego spode łba.
- Przeraża mnie, co mógł pan wykombinować, panie Styles.
- Dowie się pan w swoim czasie, panie Pevense.
Zachichotał pod nosem, przejeżdżając palcami po tatuażach na odsłoniętych ramionach chłopaka. Poczuł dziś nagły przypływ odwagi. Ten prosty gest chciał wykonać od bardzo dawna, lecz dopiero teraz, w ciasnym samochodzie, doszedł do wniosku, że musi przełamać lody, by przekonać się o tym, co kiełkowało w zakamarkach jego umysłu.
- Skąd je masz? To znaczy… - zająknął się, opuszkami palców kreśląc drogę od niewielkiej czaszki do tajemniczego napisu, chyba po łacinie. – Opowiadałeś mi o sobie, a tatuaże są dość drogie – zauważył, spuszczając wzrok na swoje blizny.
- Znam taką jedną, co zna się na swoim fachu – wzruszył ramionami. – Zaprzyjaźniliśmy się, a w wolnym czasie pozwalałem jej mnie trochę pokolorować – uśmiechnął się. – Wiem, to niezbyt rozsądne posunięcie z mojej strony. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że każdy coś dla mnie znaczy. W większym lub mniejszym stopniu.
- Ten jest moim ulubionym - Harry wskazał na pnącze latorośli oplatające litery porozrzucane wokół łokcia. Po głębszym wpatrywaniu się, można było odczytać z nich słowo „wygrałem”, co jeszcze bardziej mu się podobało. Był dość niewielki w porównaniu z resztą, tym bardziej ukazując precyzyjność dziewczyny, która tatuowała Leightona.
- Nie oceniaj dnia przed zachodem słońca – skwitował, malując na ustach Harry’ego szeroki uśmiech.
- Masz ich jeszcze więcej?
- Nie tyle, ile widać, ale znajdą się ukryte skarby.
Widząc zbliżające się znajome budynki, Harry wyprostował się na swoim miejscu. Opuścił nogi i zmierzwił włosy.
- Kiedyś ci pokażę – powiedział Leighton, skręcając w uliczkę, w którą nakierował go Harry.
- Jedź do końca – odchrząknął głośno, starając się ukryć swoje lekkie zażenowanie. Zawsze zazdrościł Leightonowi tej bezpośredniości, której sam w sobie nigdy nie odnalazł.
- Gdzie właściwie jesteśmy? – chłopak zmarszczył nos. – Nigdy tu nie przebywałem.
- Dość zapomniana dzielnica. Ale bardzo przytulna.
- Jest piękna – rzucił, rozglądając się na boki.
Wszystkie budynki, mieszkalne jak i zabudowę publiczną, utrzymano w tym samym stylu. Dominowała kawowa cegła i szare dachówki, nadając ogółowi jednolitego uroku na wzór starej, walijskiej wsi.
- Tutaj w lewo – Harry pozbył się swoich pasów. – Zatrzymaj się przy tym barze.
Zgodnie z poleceniem Leighton wbił się w wolne miejsce parkingowe z boku głównej drogi. Stanęli pod szyldem restauracji „Kardamon”.
- Czy będę bardzo niemiły, jeśli poproszę cię, byś poczekał na mnie jakieś dziesięć minut?
Leighton zagryzł wargę, uważnie przyglądając się Harry’emu, który powrócił do niedawnego nastroju zestresowania.
- Chcesz mi powiedzieć, o co chodzi?
- Muszę coś załatwić. Nie chcę być tutaj zbyt długo, dlatego… Cholera – przeklął pod nosem. Skoro język plątał mu się przed Leightonem, to co powie Liamowi?
- Harry – Leighton uspokajająco pogładził go po ramieniu. – Zróbmy tak – drugą ręką podniósł podbródek Harry’ego, tym samym zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy. – O nic nie pytałem, nic nie muszę wiedzieć. Wejdziesz tam i po prostu załatwisz to, co musisz. Okej? – Harry przytaknął ledwie dostrzegalnie. - A ja w międzyczasie kupię nam coś dobrego w sklepie naprzeciwko i będę na ciebie czekał, kiedy już stamtąd wyjdziesz – uśmiechnął się. - Z paczką chusteczek i słoikiem Nutelli – dodał pokrzepiająco.
Harry zachichotał, nieco się opanowując.
- Wystarczy mi opakowanie skittlesów.
- Wedle życzenia – Leighton uśmiechnął się, otwierając drzwi po swojej stronie.
Harry podążył jego śladem. Na miękkich nogach stanął przed drzwiami do kafejki.
- Jakby co, wystarczy słowo, Harry – powiedział Leighton, opierając się o maskę samochodu. W swojej skórzanej kurtce narzuconej niedbale na biały T-shirt przyprawiał Harry’ego o małą palpitację serca.
Nie wiedział, po co mu Leighton, ale świadomość, że będzie tutaj cały czas, dodawała mu otuchy. Obrócił się niepewnie i śmiałym krokiem przestąpił próg „Kardamonu”.
Zapach świeżo parzonej kawy i słodkich ciastek uświadomił mu, że nic dziś nie zjadł. Nie był w stanie. Choć jego zestresowanie wydawało się irracjonalne, sam nie mógł nic na to poradzić. Bał się. Tak mocno bał się skutków dzisiejszej rozmowy. W głębi duszy wciąż żywił nadzieję, że Judith go okłamała. Zadrwiła z niego i z Liama, pragnąc zemsty za to, że poważnie myśli o zostawieniu jej z tym samej. Ale czy byłaby aż tak naiwna?
- Harry – znajomy głos pokierował go w stronę dziewczyny siedzącej z laptopem przy dalekim stoliku. – Dawno się nie widzieliśmy.
Brunetka wstała i wyciągnęła dłoń w jego stronę. Harry przyjął ją, nieco zaskoczony.
- Spodziewałem się…
- Liama. Wiem – uśmiechnęła się. – Nie martw się. To po prostu moja restauracja.
- Oh – cichy dźwięk wyrwał się z ust Harry’ego. To by wyjaśniało, dlaczego Liam chciał się tu spotkać.
- Miło mi cię widzieć, naprawdę. Napijesz się czegoś?
- Nie, nie dziękuję – zaprzeczył energicznie. - Chciałem tylko porozmawiać z Liamem. Nie miej mi za złe, ale na osobności.
- Nie będę wam przeszkadzać, spokojnie – machnęła ręką, zsuwając swoje okulary. – Powiem mu, że jesteś.
Kiedy Jesy zniknęła za drzwiami zaplecza, Harry poczuł się jeszcze gorzej. Słyszał, że ona i Liam mają się ku sobie, jednak nie wiedział, że sytuacja jest aż tak poważna. Od jakiegoś czasu związki Liama opierały się na kilku wspólnych nocach z jakąś panienką, a teraz? Payne najwyraźniej się zakochał.
- Harry – Liam z uśmiechem na twarzy wyszedł mu naprzeciw. – Wyglądasz nie za ciekawie – skwitował, biorąc go w mocny uścisk. – Siadaj – wskazał na stolik obok tego, z którego Jesy właśnie sprzątała swojego laptopa. – Miło, że przyjechałeś. To musiała być ważna sprawa, jeśli fatygowałeś się tyle kilometrów.
- Możesz przestać?
To chyba dobry dzień dla odwagi Harry’ego. Ujawniała się dziś w najbardziej potrzebnych momentach. Liam zamilkł. Spojrzał na swoje splecione dłonie. Chłopak niezaprzeczalnie miał coś na sumieniu. Wesołe biadolenie, uśmieszki i opuszczanie wzroku – tak zachowywał się zestresowany Liam za czasów One Direction. Ta rzecz najwyraźniej nie uległa zmianie.
- Na pewno domyślasz się, o co mi chodzi – rzucił Harry, siląc się na spojrzenie mu w oczy. Wyczytał z nich tylko trochę strachu i… Przygnębienia?
- Nie za bardzo.
- Oh, Liam, proszę cię – syknął głośno. Był pełen podziwu dla samego siebie. Zestresowany chłopaczek odpłynął na dobre, na jego miejsce zsyłając kompletnie wkurzonego faceta. – Nie rżnij głupa – pokręcił głową. – Jak mogłeś, Liam?
- Harry, to nie…
- Powiedziałeś już Jesy, że zrobiłeś dzieciaka mojej żonie, czy będzie zdziwiona, gdy spotkamy się na wspólną herbatkę?
- Harry – Liam był wyraźnie zdziwiony zachowaniem Harry’ego. Jeszcze nigdy nie widział, by był tak pełen nienawiści i jadu. – Daj mi wyjaśnić.
- Nie wiem, czy chcę tego słuchać, Liam – wzruszył ramionami. – Ale muszę – zlustrował go od stóp do głów. – Miejmy to z głowy.
Liam westchnął głośno.
- Miałem trasę koncertową – zaczął. – Po show w Nottingham, urządziliśmy sobie after party. Judith miała tam akurat imprezę ze swoją redakcją, świętowali nową współpracę.
- A myślałem, że tylko w serialach żony wyjeżdżają na delegację, by zdradzać mężów w obskurnych, klubowych kiblach – prychnął Harry.
- Byłem nawalony w trzy dupy. Harry, błagam cię – Styles wyrwał rękę z uścisku Liama.
- Nie – pokręcił głową. – Zawsze miałeś dość mocny łeb. Wykorzystałeś to, że Judith wręcz przeciwnie.
- Zapewniam cię, że na trzeźwo nigdy by do tego nie doszło, Harry.
- Ale mnie nie obchodzi, co by było gdyby! – uniósł głos. – Obchodzi mnie to, że spieprzyłeś wszystko, Liam! – syknął z pogardą. – Spieprzyłeś życie mojemu synowi. I pewnie tak samo urządzisz swoje pierworodne dziecko z moją pieprzoną żoną!
Jesy stojąca nieopodal chyba usłyszała o kilka słów za dużo. Z przerażeniem wpatrywała się to w Liama, to w Harry’ego, nie do końca wiedząc, jak powinna postąpić.
- No co? – Harry rozłożył ręce. – Zamurowało, bo ktoś powiedział ci prawdę? – mało brakowało, a splunąłby mu w twarz. – Gardzę tobą, Liam. Gardzę osobą, jaką stałeś się przez ostatnie lata. Nie masz nawet jaj, by przyznać się do tego, co zrobiłeś. Dowiedziałbym się, gdyby Judith nic mi nie powiedziała?! Nie zasłużyłem nawet na gram szczerości?!
- Nie chciałem cię łamać, Harry.
- Oh, więc to dla mojego dobra, tak? – teatralnie wywrócił oczami. – W końcu nikt nie chce niszczyć małego, biednego Harry’ego, który o mało nie popełnił samobójstwa po śmierci swojego przyjaciela z zespołu – pokręcił głową z dezaprobatą. – Oczywiście…
- Zarzucasz mi tyle złego, a kto pieprzył Louisa, nie mając na uwadze Elea…
Słowa Liama zostały brutalnie przerwane przez pięść Harry’ego, która z ogromnym łoskotem spoczęła na jego żuchwie.
- Harry! – Jesy podbiegła do Liama, razem z inną kelnerką próbując odpędzić Harry’ego, który nie przestawał okładać go ciosami.
Liam jednak był znacznie silniejszy. Nie chciał tego robić, jednak w geście samoobrony zdecydował, że musi uderzyć Harry’ego. Kiedy jednak celował w chłopaka, nagle ręce Stylesa zostały odepchnięte, a jego zamach zamortyzowała czyjaś dłoń, która w jednej sekundzie przygwoździła go do pobliskiej ściany.
- A niech mnie… - szepnął Liam, oddychając ciężko. Klon Louisa Tomlinsona pociągnął go za koszulkę, delikatnie unosząc nad ziemią. Nie do końca wiedział, jak do tego doszło. Brunet był znacznie niższy od niego.
- Ani się waż – zaakcentował każde słowo, z wrogością patrząc mu prosto w oczy. Po chwili puścił go i odsunął się, wycofując się w stronę oniemiałego Stylesa. – Harry? Idziemy – pociągnął go za rękaw. – Harry.
Powoli odwrócili się i skierowali do wyjścia. Harry wciąż asekurowany przez Leightona, na wypadek gdyby nie dość było mu bijatyki.
- Harry, przepraszam – krzyknął Liam, ścierając strużkę krwi ze swojej brody.
Styles spojrzał na niego przez ramię. Pobocznie zaobserwował pobojowisko, które wyrządzili. W akcie adrenaliny przewrócili stolik, wywracając wszystko, co się na nim znajdowało. Pozostali klienci skostnieli w miejscu, niektórzy z widelczykiem przy lekko uchylonych ustach – każdy z zapartym tchem obserwował to, co działo się w odległym kącie kawiarni.
- Dla mnie nie istniejesz, Liam – rzucił cierpko, opuszczając restaurację.
Liam i Leighton nawiązali jeszcze krótki kontakt wzrokowy, nim i Pevense powoli podążył śladem Harry’ego.

*

- Szefie?
- Czego? – Jackson oderwał wzrok od przeglądanych właśnie dokumentów.
- Dziewczyna się sapie – rzucił jeden z ochroniarzy, pokazując w stronę piwnicy.
Morrison z uśmiechem na twarzy minął mężczyznę, zardzewiałymi schodami kierując się w dół, do starej i zapleśniałej przechowalni. Już tutaj słyszał krzyki wściekłej Camilli.
- Słoneczko, zaraz mi uszy odpadną – zachichotał.
- Nie nazywaj mnie tak – syknęła szatynka, podnosząc się, choć obwiązana dość ciasnym węzłem nie miała dużego pola manewru.
- Nie chcę robić z naszej relacji jakiegoś durnego filmu science-fiction, zaufaj mi – usiadł na pobliskim krześle, gładząc jej policzek. Dziewczyna splunęła mu na dłoń, odsuwając się w najdalszy zakamarek pokoju. – To nie było mądre posunięcie – pstryknął palcami, wstając i udając się do wyjścia. Dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn ruszyło w jej kierunku.
- Dlaczego mi to robisz?! – wrzasnęła. – Sprzedałam ci Leightona, czego jeszcze ode mnie oczekujesz?!
- O nie, skarbie! Powiedziałaś tylko, gdzie znajdę Leightona, ale inną sprawą jest to, że tego dupka wcale nie było w twoim mieszkaniu! – uniósł się.
- Ale jak to? – szepnęła zdziwiona.
- Może zapytasz samą siebie, zanim panowie dadzą ci małą karę – uśmiechnął się złowrogo. – Spytam jeszcze raz – dokąd poszedł Leighton?
- Naprawdę nie wiem!
- A chciałem ci pomóc – westchnął, z udawaną troską. – Zajmijcie się nią – powiedział do pozostałych mężczyzn.
- Ostatnio kręci się z Harrym Stylesem! – krzyknęła, zanim ciągnąc i szarpiąc, zaciągnięto ją do pokoju obok.
Głośny krzyk rozległ się w pomieszczeniu, echem odbijając się od gołych ścian pełnych zacieków.
- Harry Styles? – Jackson potarł skroń, przywołując kolejnego ze swoich pracowników. – Sprawdź mi kogoś. Była gwiazdka popu, Harry Styles. Czytaj brukowce, śledź pudelka, przejrzyj Twittera, nie wiem! Chcę wiedzieć, gdzie jest Harry Styles, jasne?