środa, 20 listopada 2013

Rozdział 12

Cześć.
Nie jestem szczególnie zadowolona, ale nie miałam czasu, żeby cokolwiek napisać. I będzie ciężko żebym jakąkolwiek chwilę wykrzesała do końca roku, dlatego przepraszam za wszelkie niedociągnięcia.
Dziękuję jak zwykle tym, co komentują. Lubię czytać, co macie mi do powiedzenia, kogo lubicie, a kogo nie, haha.
Do następnego! 

___________________________

- Dasz sobie radę?
Perrie krzątała się po mieszkaniu, pakując do torebki tonę kosmetyków.
- Jeśli zgłodniejesz, obiad jest w czarnym naczyniu na górnej półce. Alarm przeciwpożar…
- Nie mam zamiaru niczego podpalić – Harry zaśmiał się, klepiąc blondynkę po ramieniu. – Idź już i bawcie się dobrze.
Perrie przytaknęła. Zostawiła Harry’ego w kuchni, podążając na korytarz.
- Ah, jakby co na półce przy piekarniku masz…
- Numery telefonu! – odkrzyknął Harry, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Perrie traktowała go jak swojego synka, który pierwszy raz zostaje sam w domu. Nie chciał bardziej psuć Malikom codziennej rutyny, dlatego postanowił, że nie pójdzie z nimi na imprezę. Nawet nie znał ich znajomych. W zamian zaoferował się do pilnowania Jaydena i Sophii.
- Na pewno nie zadzwonić po opiekunkę?
- Harry ma lepsze kwalifikacje niż twoja nastoletnia niania – Malik wywrócił oczami, wyłaniając się z holu. Pociągnął Perrie w stronę drzwi wyjściowych. – Będziemy późno, więc nie wzywaj policji, jak coś usłyszysz nad ranem.
- Jasne – Harry oderwał wzrok od wyświetlacza swojej komórki. – Teraz ty chcesz mi prawić kazania? – uniósł brew, z drwiną przyglądając się przyjacielowi.
- Jeśli masz jakieś plany, możesz zaprosić tu kogo tylko chcesz, przecież wiesz.
- Dzięki, ale nie potrzebuję towarzystwa.
Malik wzruszył ramionami, zapinając kurtkę.
- Więc do jutra – zasalutował, wychodząc. Tym samym Harry został sam w piątkowy wieczór.
Powolnym krokiem ruszył na górę, uchylając drzwi sypialni Jaydena.
- Mama mówiła, że śpisz.
Chłopiec podskoczył, odwracając wzrok od monitora.
- Jeden poziom?
Harry westchnął zrezygnowany, grożąc mu palcem.
- Przyjdę za pół godziny i komputer ma być wyłączony.
- Jasne! Dzięki, wujek.
Styles zajrzał jeszcze do Sophii, która uroczo pochrapywała, niestety, dziedzicząc tę niecną cechę po ojcu. Upewniwszy się, że żadna ściana nie grozi zawaleniem, na wypadek gdyby Perrie zechciała zadzwonić i zapytać, udał się na dół i opadł na wielką, miękką kanapę.
Westchnął przeciągle, wydobywając z kieszeni telefon. Wykręcił numer, przymykając powieki i wygodnie lokując się na poduszkach.
- Już myślałem, że mnie nie kochasz – znajomy głos od razu przyprawił Harry’ego o uśmiech. Wyrzuty sumienia jeszcze silniej dały się we znaki, gdy pomyślał, że od wyjazdu do Londynu nie dawał Adamowi znaku życia.
- Nigdy cię nie kochałem. Sprawdzam tylko, czy nie puściłeś mi biznesu z dymem.
- Nie, ale bardzo chętnie wystawię twoje walizy za drzwi. Nie zapominaj na czyim utrzymaniu jesteś.
Harry zagryzł wargę, tamując śmiech.
- A tak poważnie. Jak tam?
- Cóż – Adam westchnął. – Kiedy wrócisz czeka cię sporo roboty. Nie widać biurka przez masę piętrzących się papierów. I zgadnij co właśnie robię? Idę dołożyć następną piękną teczuszkę. Jakbym budował piramidę w twoim gabinecie.
- Jesteś w firmie? – spojrzał na zegarek, marszcząc czoło. – Na miłość boską, zaraz dziesiąta. Idź obejrzeć nowy sezon „How I met your mother” czy coś.
- Zaraz wychodzę. Po prostu trochę mi tu schodzi, odkąd szef dupek grzeje tyłek na wakacjach.
- Zamknij się – Harry uśmiechnął się, wchodząc do kuchni. Wyjął butelkę wody i wyjrzał przez okno. – Będę na miejscu za dwa, góra trzy dni.
- Teoretycznie ci wierzę – prychnął. – Dobra, lecę zamykać. Chyba, że chcesz bym zrobił to niedokładnie.
- Okej, okej. Ah, Adam? – pytająco uniósł głos.
- Tak?
- Dzięki wielkie, naprawdę. Za wszystko.
- Weź, bo się wzruszę – fuknął zadziornie. – Trzymaj się tam.
- Na razie.

Po kilku odcinkach serialu, powoli przysypiał, co chwilę zmuszając się do pozostania na jawie. Był zmęczony, jednak nie chciał zasnąć. Harry nie znosił tego uczucia.
Wyłączył telewizor, rozciągając kości. Od kilku godzin nie ruszył się z miejsca.
Nieprzytomnym krokiem podszedł do komody i sięgnął po telefon. Dochodziła druga. Skierował kroki na górę.
Jayden spał rozkopany na całym łóżku. Harry przykrył go delikatnie, jednak nie udało mu się zrobić tego w całkowitej ciszy. Pokój tonął w zabawkach porozrzucanych po podłodze. Na szczęście młody Malik zdawał się nie reagować, choć odgłosy wydawane przez samochód, na który nadepnął Harry, wydawały się godne zbudzenia umarłego.
Sophia wciąż spała, nie przekręcając się nawet o milimetr, odkąd sprawdzał po raz ostatni. Bez wątpienia robiła mu łaskę, biorąc pod uwagę, że odkąd tu zamieszkał, słyszał ją każdej nocy.
Lekko znużony podążył do łazienki, gdzie zdecydował się wziąć gorący prysznic.
Na nie do końca wysuszone ciało narzucił szare dresy i długi podkoszulek, mokre włosy roztrzepując dłonią.
Ułożył się na łóżku w swojej sypialni, jednak rozbudził się na tyle, że zmęczenie kompletnie go opuściło. Westchnął niezadowolony, ponownie sprawdzając telefon. O dziwo Perrie nie zadzwoniła ani razu, przez co Harry wpadł w poważne rozważania, czy przypadkiem Zayn nie zabrał jej komórki.
Choć nie chciał spać, jego mózg najwyraźniej nie pracował już na wysokich obrotach. Nie wiedząc, co nim kieruje, wstał, zszedł na dół i wyszedł na taras.
Świeże nocne powietrze zdecydowanie mu pomogło. Duży dom nieco go przytłoczył, a samotność, chociaż bardzo jej pragnął, trochę ciążyła mu na sercu.
Starannie oplótł się swetrem Zayna, który złapał w pośpiechu, wychodząc. Mając na nogach wyłącznie skarpetki ruszył drewnianym podestem otaczającym dom od każdej strony.
Harry często miewał wieczory pełne refleksji, ale ten był wyjątkowo męczący. Miał dużo spraw do przemyślenia, a te kumulując się, stworzyły kompletny mętlik w jego głowie.
Styles usiadł po turecku na schodach przed drzwiami frontowymi. Wyjął spod koszulki szary notatnik. Walczył sam ze sobą, jednak nie chciał go przeczytać. Od czasu do czasu po prostu patrzył na okładkę. Dla własnego dobra lepiej, gdyby jak najszybciej go oddał, lecz od kilku dni nie mógł dodzwonić się do jego właściciela. Nie żeby mu zależało, ale ten malutki odruch w jego osobowości nie przestawał się martwić.
- Zgłupiałem – pokręcił głową, wpatrując się w napis kontaktu na ekranie. Stanowczo nadużywał dziś telefonu. – Zgłupiałem – powtórzył, jednak przycisnął zieloną słuchawkę.
Zdziwienie ogarnęło go całkowicie, kiedy około trzeciej nad ranem sygnał połączenia przerwał dźwięk szorstkiego, męskiego głosu.
- Nie sądziłem, że dzwonienie do kogoś o tej porze leży w granicach przyzwoitości, panie Styles.
Harry uśmiechnął się, słysząc swoje własne słowa.
- Dzwoniłem.
- A ja nie odbierałem.
Harry zagryzł wargę, kładąc notes obok siebie. Nie chciał naciskać. Leighton i tak mu nie powie.
- Zostawiłeś coś, jak wybiegłeś z kawiarni – nie przerwał mu. – Chciałbym ci oddać twój zeszyt.
- Czytałeś?
- Nie – odpowiedział machinalnie, wyczuwając przerażenie w głosie chłopaka.
- Dlaczego?
Harry zmarszczył brwi.
- Dlaczego nie czytałem?
- Ja bym przeczytał, gdybyś mi zostawił coś swojego.
- Bo jesteś dupkiem.
Ułożył wargi w cienką linię. Nie chciał tego powiedzieć, po prostu myśli wymsknęły mu się nieproszone. Ku jego uldze Leighton zaśmiał się, powodując przyjemne uczucie kumulujące się w Harrym. Jego śmiech brzmiał tak wdzięcznie.
- Kiedy dupek może zgłosić się po swoją zgubę? Wbrew pozorom to ważny dla mnie zeszyt.
- Masz go za każdym razem. Domyśliłem się.
Harry doszedł do wniosku, że czasami powinien ugryźć się z język. Teraz wyszedł na człowieka, który uważnie przygląda się wszystkiemu, co ma, co mówi i jak zachowuje się Leighton. Na miejscu chłopaka poczułby się osaczony.
Skarcił się w duchu, jednak zanim skończył, miał ochotę zrobić to po raz drugi. Słowa mimowolnie wymykały się z jego ust.
- Co robisz?
- Teraz? – Leighton zdziwił się, lecz wciąż przemawiało przez niego rozbawienie.
- Teraz.
Minęło kilka chwil, nim usłyszał odpowiedź.
- Jestem w parku.
- Sam?
- Sam.
Ziarenko ulgi wykiełkowało, kiedy chłopak potwierdził. To irracjonalne, Harry, przestań.
- Też jestem sam.
Znów cisza, lecz mimo tego wiedział, że Leighton się nie rozłączył.
- Chcesz pobyć sam, ale ze mną?
- Sam, ale z tobą, to już nie jest sam.
Harry zmarszczył brwi. O czym oni w ogóle rozmawiali. Nic nie trzyma się kupy. Ani ten telefon, ani jego nocne spacerki w zimnie, ani Leighton pieprzony Pevense.
- Napisz mi, gdzie jesteś, przyjdę.
Leighton zakończył połączenie, a Harry bez chwili wahania wysłał mu adres Zayna.

Minęło pół godziny. Niebo zaczęło się przejaśniać, a Harry wciąż siedział na werandzie. Nagle, brama otworzyła się ze zgrzytem i ścieżką ruszył Leighton w ciemnych raybanach i skórzanej kurtce.
- Zgłupiałeś? – brunet stanął naprzeciw Harry’ego. – Jest zimno.
- Po co ci okulary w nocy?
Chłopak zignorował go. Podniósł z ziemi swój skoroszyt, upychając go w kieszeń czarnych jeansów. Usiadł przy Harrym, zdejmując z siebie kurtkę i narzucając ją na barki Stylesa. Harry nic nie powiedział, nie ruszył się, tylko patrzył przed siebie, skutecznie dekoncentrowany przez ramię Leightona opierające się o jego własne.
Cisza między nimi nie była krępująca. To raczej ten przyjemny rodzaj ciszy, gdy nie trzeba nic mówić, a i tak wszystko wydaje się w porządku. Mimo wszystko, Leighton zdecydował się odezwać.
- Chcesz zagrać w grę?
Harry zmarszczył czoło.
- W grę?
- Będziemy zadawać sobie na zmianę pytania. Przegrywa ten, który nie będzie chciał odpowiedzieć.
Harry obrócił głowę, wpatrując się w Leightona. W tej w chwili błogosławił jego okulary, zakrywające te magnetyzujące spojrzenie, którym zapewne go lustrował.
- Okej – wzruszył ramionami, chowając skostniałe dłonie w rękawy. – Zacznij.
- Gdzie właściwie jestem? – rozejrzał się dookoła. – Na bogato.
- To dom Zayna. Byłem z nim wtedy, gdy na siebie wpadliśmy. – Leighton pokiwał głową w zamyśleniu. – Jaki jest twój ulubiony film?
Chłopak spojrzał a Harry’ego spode łba, jednak nie skomentował wyboru pytania.
- Lubię klasyki kinowe.
- Na przykład?
- „Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co się trafi.”
Harry przytaknął, uśmiechając się.
- Też lubię „Forresta Gumpa”.
- Dlaczego pytasz mnie o ulubiony film, kiedy masz tysiąc innych pytań w głowie? – Harry skonfundowany spojrzał na towarzysza. – Odpowiesz, czy szybko się poddajesz?
- Mam dużo pytań, na które i tak mi nie odpowiesz, więc po co pytać? – wzruszył ramionami. – Do czego pijemy tą zabawą?
Leighton zagryzł wargę.
- Chcę cię zapytać o wiele rzeczy, ale nie wypada ot tak.
- Pokaż oko.
- To nie jest pytanie.
- Pokaż.
Harry nie ustępował, uważnie obserwując chłopaka. Zrezygnowany Pevense ściągnął raybany.
Harry skrzywił się nieznacznie.
- Kto cię tak urządził?
- Łamiesz zasady. Teraz moja kolej – uśmiechnął się, a Harry machnął ręką, przyznając mu rację.
- Czemu siedzisz prawie nago na werandzie?
- Nie jestem nago – Harry zarumienił się, kręcąc głową. – Sam nie wiem. Nie masz tak czasem? – zaczął, udzielając właściwej odpowiedzi. – Po prostu chcesz wyjść na powietrze, usiąść i pomyśleć.
- W samych skarpetkach? – Leighton ledwo hamował śmiech.
- Szydzisz ze mnie.
- Tylko troszkę – uśmiechnął się. – Czasami też tak mam – dodał pod nosem.
Harry spojrzał w dal. Tego też nie skomentuje. Wydawało mu się, że odnalazł w głowie taktykę, jak porozumieć się z Leightonem tak, by nie zbywał go ciągłymi ripostami.
- Czy chcesz mi powiedzieć, kto zrobił ci krzywdę? – ponownie przeniósł na niego swoje zielone tęczówki. Wpatrywał się w podbite oko, które powoli zaczynało się goić.
- Nie, nie chcę.
Harry przytaknął, wyczekując kolejnego pytania.
- Dlaczego nie zapytałeś wprost?
- Nie chcę na ciebie naciskać, bo zależy mi na twoim towarzystwie.
- Dlaczego… - Harry przerwał mu, dając do zrozumienia, że teraz jego kolej.
- Chcesz wrócić ze mną do Holmes Chapel jutro rano?
Leighton zastanawiał się przez chwilę, po czym pokiwał głową.
- Chcę wrócić z tobą do Holmes Chapel jutro rano.
Harry uśmiechnął się, mrużąc powieki, kiedy pierwsze promienie słońca nieco go oślepiły.
- Czemu zadzwoniłeś akurat do mnie? – Leighton wzruszył ramionami. – Na pewno masz wielu znajomych, a w środku nocy zadzwoniłeś akurat do mnie – zaakcentował ostatnie słowo.
- Bo nie chciałem rozmawiać z nikim innym – to była słuszna odpowiedź. Może nie do końca pełna. Pominął fragment z martwieniem się, ale czy to istotne? – Wejdziesz ze mną do domu na herbatę?
Chłopak uśmiechnął się.
- Nie, powinienem wracać – podniósł się z miejsca.
Harry także wstał. Dopiero teraz odczuł, jak bardzo zmarzł.
- Nie – Leighton zaprzeczył, kiedy Harry zdejmował jego kurtkę. – Zatrzymaj ją, to wtedy będę miał, po co wrócić.
- Do mnie zawsze możesz wracać bez powodu.
Cholera. Czy Harry właśnie powiedział to, co powiedział?
Leighton uśmiechnął się.
- Dziękuję, że nie przeczytałeś mojego notesu.
- Dziękuję, że nie komentujesz mojego dziwnego zachowania w środku nocy.
- Już mamy dzień – Leighton odwrócił się powoli, ruszając w dół ścieżki. Zatrzymał się jednak w połowie drogi. – Miło było spędzić z tobą ten dziwacznie dziwny poranek, panie Styles.
- Nie mów do mnie panie Styles.
- Wciąż jestem tylko twoim pracownikiem – puścił do niego oczko. – Jeszcze.
Harry stał w progu lekko zdziwiony. Co to znowu miało znaczyć? Obserwował oddalającą się sylwetkę chłopaka.
Nie rozumiał nic z tego, co wydarzyło się przez ostatnie dwie godziny. Mimo to był pewien, że gra nie dobiegła jeszcze końca.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Rozdział 11

Cześć :)
To już jedenastka, wow.
Dziękuję wam za to, że jesteście i wciąż napływacie. Zauważyłam ostatnio dużo nowych czytelników.
Nie będę was zanudzać, powiem jedynie, że jestem wdzięczna tej garstce osób, która wciąż komentuje. Piszę dla siebie, jasne, ale miło jest mi czytać wasz uznanie dla mojej pracy, naprawdę.
Trzymajcie się cieplutko!
PS. Nie skupiałam się bardzo na korekcie tego rozdziału, więc za błędy przepraszam.

____________________________________

Retrospekcja

05.03.2013r.

- Hej, spokojnie! – Josh zeskoczył ze swojego podestu, na którym umieszczono ogromną perkusję, większą niż zazwyczaj. – Może chwila przerwy? Nie wydajecie się dziś w nastroju.
Liam westchnął żałośnie, po czym zszedł ze sceny i usiadł w tylnych rzędach O2 Areny.
- Niall? – Devine dołączył do Horana przeglądającego Twittera w swoim telefonie. – O co chodzi?
- Nie wiem, o czym mówisz – blondyn wzruszył ramionami, wzrok ponownie kierując na jasny wyświetlacz.
- Przecież widzę – odkręcił butelkę wody, biorąc spory łyk. – Liam nie ma nastroju, Zayn ledwo stoi na nogach, nie wspominając o Harrym, który nie podniósł tyłka ze schodów – kątem oka podejrzał Stylesa. Bawiąc się mikrofonem, ignorował wszystko i wszystkich wokół.
- Nie obraź się, Josh, ale to nie twój interes.
- To może chociaż dowiem się, gdzie jest Louis? Też jestem w tym zespole na miłość boską! – uniósł głos. – Wy pieprzycie, my pieprzymy, show się pieprzy – wskazał dłonią na Sandy’ego, Dana i Jona.
- Louis chce odejść – cichy szept Harry’ego przerwał grobową ciszę.
- C… Ale… - Devine z niedowierzaniem wpatrywał się w bruneta, który pierwszy raz od dawna zaszczycił go spojrzeniem. – Dlaczego?
- Tego nikt nie wie – westchnął Horan, zeskakując w trybuny. Powolnym krokiem skierował się do bocznego przejścia. Głuchy trzask zamykanych drzwi rozszedł się echem po skąpanej w ciszy hali.
Harry odgarnął loki opadające mu na twarz. Obserwował Liama wpatrującego się bezczynnie w jeden punkt. Był wyraźnie załamany, jednak starał się stwarzać jakiekolwiek pozory. Tymczasem Zayn się poddał. Z przymkniętymi powiekami zdawał się nie reagować na bodźce zewnętrzne.
- Powstrzymajcie go! Nie może tak bez powodu rezygnować. Poniesie konsekwencje finansowe.
- To go nie obchodzi – Dan odłożył gitarę, naciągając kurtkę. – Mówił mi, że to kwestie osobiste, więc…
- Każdy ma jakieś problemy – upierał się perkusista. – Coś poważnego musiało… - przerwał, kręcąc głową. – To do niego po prostu niepodobne. Może Elea…
- Els nie maczała w tym palców – Harry zrezygnowany wstał, otrzepując dresy. –Przepraszam – opuścił podest, znikając za kulisami.

- Naprawdę musisz już wracać?
Perrie stała oparta o framugę pokoju gościnnego.
Judith pakowała skromną walizkę, upychając na wierzchu ubrania kupione na wyprzedażach.
- Obowiązki – uśmiechnęła się, dopinając zamek. – Leo ma zaległości, ja zostawiłam pracę, a powinnam szukać kogoś na moje pół etatu.
- Szkoda – Perrie westchnęła, wyglądając przez okno. Usiadła na parapecie, obserwując Zayna bawiącego się z dzieciakami w ogrodzie.
- Złoty facet – Judith podążyła za jej spojrzeniem, wkładając do torby komórkę i kosmetyczkę.
- Twój jest równie cudowny.
- Był cudowny – sprostowała szybko, unikając jej spojrzenia.
- Judith, o co w tym wszystkim chodzi? – Perrie pokręciła głową. – Nie kupuję bajki, że przestało zależeć ci na Harrym. Za dobrze cię znam.
- Ale tak się stało – upuściła trzymaną w dłoniach portmonetkę. Podniosła ją w pośpiechu, nim Perrie zdążyła zeskoczyć z miejsca. –  Czasami tak się dzieje – schowała zbłąkany kosmyk za ucho, podnosząc walizkę. – Muszę uciekać.
- Daj, pomogę ci.

Leo, siedząc w foteliku pasażera, tęsknym wzrokiem wpatrywał się w dom Malików. Zdążył zżyć się z tym ogromnym mieszkaniem, które pomimo kolosalnych rozmiarów było jednym z najprzytulniejszych miejsc na świecie. Tętniące śmiechem i rozmowami tak odbiegało od codziennego spokoju na przedmieściach Cheshire.
- Kiedy wracasz? Obiecałem ci wejściówki na mój koncert – Liam oparł się o uchylone okno samochodu. Potargał ciemne loki dziecka, tak bardzo przypominające mu włosy Harry’ego.
Chłopiec zmarszczył czoło.
- W wakacje – uśmiechnął się. – Zmuszę ich albo sam przyjadę.
- Już lepiej, abyś ty się nigdzie na własną rękę nie wybierał, koleżko.
- Ale wszystkim wyszło na dobre – skwitował z perfidnym uśmieszkiem majaczącym na ustach.
- Cwaniak. Odziedziczone po wujku skrzacie – Liam pokręcił głową, całując malca w czoło. – Na razie. Tylko ucz się pilnie! – odszedł kawałek w kierunku reszty.
- Pilnuj mojego taty.
Liam obrócił się lekko skonsternowany.
- Chyba sam umie o siebie zadbać, nie sądzisz?
- Nie sądzę – Leo uśmiechnął się cierpko, zasuwając szybę auta. Jeszcze raz pomachał Payne’owi, po czym skupił się na przenośnej grze video.
- Nie sądzę? – Liam pytająco uniósł brwi.
- Co mówisz? – Harry wyszedł na zewnątrz, podchodząc do niego.
- Nic, nic – lekceważąco machnął dłonią. – Młody chyba ma depresję, że z nim nie wracasz – wzruszył ramionami, wskazując na sedana za sobą.
Harry przytaknął, wymijając go i otwierając drzwi samochodu.
- A z własnym ojcem to nie łaska się pożegnać, co?
- Nie lubię pożegnań, dlatego się tu schowałem – chłopiec westchnął zirytowany, odkładając zabawkę. – Możesz mi po prostu powiedzieć kazanie i sobie iść.
- Hej – Harry uniósł brodę pięciolatka, tym samym zmuszając go do spojrzenia mu w oczy. – Praca wymaga ode mnie bym został tutaj na kilka dni, ale niedługo wracam. Nim się obejrzysz będę w domu.
- Czyli przyjdziesz do domu?
Harry westchnął, przez chwilę obserwując czubki swoich znoszonych butów.
- Odwiedzę cię.
- Widzisz? Teraz będzie inaczej – opuścił wzrok, zaczynając kolejny poziom Pacmana.
- Ale chyba o tym rozmawialiśmy. Pamiętasz?
- Co nie zmienia faktu, że mam prawo być smutny i niepocieszony.
Uśmiech zabłąkał się na wargach Harry’ego. Nerwowość małego zawsze go śmieszyła. Korzystając z przywileju, że Leo nie patrzył, szybko powrócił do kamiennego wyrazu twarzy.
- Racja – zagryzł wargę, drapiąc się po karku. – A czy ja mam prawo sądzić, że do twojego smutku i niepocieszenia przyczynia się także zostawienie Vivi? – rozłożył ręce, napotykając ciemne, przestraszone oczy syna. – Przede mną nic nie ukryjesz – zachichotał, całując go w czoło. – Zadzwoń do mnie, jak dojedziecie.
- I tak po prostu sobie pój…
Harry zatrzasnął drzwi, w odwecie otrzymując język wyciągnięty w jego stronę.
- Jeden do zera, młody mężczyzno – powiedział sam do siebie, obracając się i stając twarzą w twarz z Judith.
- Gotowy? – spojrzała na chłopca czekającego wewnątrz, a następnie otworzyła drzwi po stronie kierowcy.
- Jedź ostrożnie.
- Wiesz, że jestem dobrym kierowcą, Harry.
Styles przytaknął, chowając dłonie w kieszenie kurtki. Zimny wiatr rozwiał mu włosy, częściowo przysłaniając widok na stojącą przed nim kobietę.
- Wpadnij, kiedy wrócisz do Cheshire.
- Obiecałem małemu.
Judith pokiwała głową, siadając za kierownicą.
- Więc… - niezręczność między nimi była niecodzienna i niespotykana, lecz nawet w toku całkiem miłego wyjazdu nie nauczyli się ze sobą rozmawiać. Co najwyżej kulturalnie olewać. – Do zobaczenia?
- Tak – Harry uniósł kąciki ust w czymś na kształt lekkiego uśmiechu. – Dbaj o siebie.
Judith odwzajemniła gest, zamykając drzwi.
Silnik odpalił bez większych problemów, chociaż samochód stał kilka dni bez użytku. Harry wszedł na chodnik, jeszcze raz machając do Leo. Chociaż starał się być na niego obrażony, kiedy odmachiwał, w oczach chłopca i tak widniał żal. Poczucie winy nie opuszczało serca Harry’ego, ale zarówno on jak i jego syn wiedzieli, że tak będzie lepiej.
Z delikatnym piskiem opon czarny sedan zniknął z podjazdu, kierując się na główną autostradę.

Dochodziła dziewiąta wieczorem. Harry i Zayn odprowadzili Nialla na lotnisko, z którego miał odebrać Demi. Nie chcieli im dzisiaj przeszkadzać, więc skrupulatnie wymigali się od wspólnej kolacji, obiecując, że wpadną niedługo.
- Rany – Malik potarł obolały kark. – Czuję się jak po dobrym weselichu.
- Mamy jeszcze Liama do wydania, więc wszystko jest możliwe – Harry zachichotał, wyobrażając sobie Payne’a na ślubnym kobiercu. Kto by pomyślał, że to on pozostanie tym starym kawalerem z łatką kobieciarza? Przykładny Liam zniknął dość dawno temu, chociaż znajomi i tak wiedzieli, że pod tą maską nieustannie kryje się dobry, opiekuńczy chłopak.
- Pójdźmy na ten jego występ w „Chardonney” – Zayn szczelnie opatulił się szalikiem. – Póki nie ma trasy koncertowej warto korzystać, że jest w Londynie. Zazwyczaj ciężko mi się z nim skontaktować.
- Tęsknisz za swoim ramieniem do wypłakania, drogi Bad Boy’u?
- Nie, ja nie tęsknię – zaprzeczył energicznie. Kopnął leżący nieopodal kamień, trafiając nim do pobliskiego stawu. – Może czasami trochę mi go brakuje – wzruszył ramionami. – Zawsze był na moje zawołanie, a teraz jeździ po świecie. Beze mnie, bez ciebie…
- To dziwne – skwitował Harry. – Nie spodziewałem się, że ktokolwiek z nas pojedzie w trasę bez czwórki.
- Czwórki – Zayn powtórzył jak mantrę, wpatrując się w zasłane chmurami niebo. Ani jedna gwiazda nie przyświecała im tego wieczora. – Chodźmy szybciej, to zła okolica – dodał, przyspieszając kroku.
- Boisz się parków?
- Raczej męskich dziwek atakujących mnie na każdym kroku.
- Dziwisz się?
Potraktowany solidnym kuksańcem w żebro, postanowił przestać szydzić z boskości Malika. Na zawsze pozostanie to jednym z ulubionych zajęć Harry’ego.
- Harry?
Styles zatrzymał się, słysząc znany sobie głos.
- A niech mnie – zduszony jęk Zayna przy jego boku tylko utwierdził go w przekonaniu, że się nie myli.
- Cześć – chłopak podszedł do nich, uważnie przyglądając się Malikowi. – Leighton Pevense – wyciągnął rękę w jego stronę, kompletnie nieskrępowany miną Zayna, która znacznie odbiegała od normalnego wyrazu twarzy.
- Leighton – powtórzył, ściskając wyciągniętą rękę. – To znaczy, jestem Zayn.
- Co tu robisz? – Harry jak kołek wpatrywał się w chłopaka. Czy on go śledził? Przyjechał za nim aż do Londynu?
- Mieszkam – wzruszył ramionami. – Nie czytałeś mojego CV?
- CV? – Zayn odkaszlnął znacząco.
- Muszę przyznać, że za bardzo skupiłem się na twoim dorobku.
- Powinienem się więc cieszyć – uśmiechnął się sceptycznie, mierząc go tym swoim zawadiackim spojrzeniem. Harry znał Leightona tak krótko, a już potrafił określić jego typowe zachowania. Czy to naprawdę raptem dwa tygodnie, kiedy pierwszy raz wpadli na siebie na ulicy?
- Ale wczoraj w SMSie… - Harry skonfundowany zmarszczył brwi. – Przecież widziałeś mnie. Wiedziałeś, że byłem na imprezie. Nie byłeś tam, więc…
- W SMSie? – Zayn wytrzeszczył oczy, wciąż doszczętnie ignorowany przez swojego przyjaciela.
- To długa historia, Harry. Mówiłem ci, gazety.
- Ale jak mogłeś czytać, skoro pisaliśmy o drugiej w nocy?
- Drugiej w nocy? – Zayn pokręcił głową z dezaprobatą.
- Jest pan strasznie czepialski, panie Styles – Leighton uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów. – Mniejsza. Skoro już tu jestem, może chciałbyś pogadać.
- Chyba powinienem…
- Harry bardzo chciałby pogadać, Loui… Leighton – Zayn poprawił się, nie mogąc oderwać wzroku od chłopaka.
- Świetnie. Idziemy? Niedaleko jest Coffee Heaven.
Harry popatrzył na Malika, który tylko wzruszył ramionami, mijając ich i robiąc parę kroków tyłem.
- Trafisz do domu, Harry. Weź taksówkę, żebyś się po nocach nie szlajał. Miło było cię poznać, Loui… Leighton.
- Taak – brunet westchnął, przekręcając głowę. – Mnie również.
- Na razie!
Malik odszedł, co chwilę obracając się za siebie.
- Jakiś nerwowy ten twój kolega.
„Wyglądasz jak Louis.”
- Zimno mu trochę – rzucił na odczepne, po czym ruszył przed siebie. – Gdzie to Coffe Heaven?

- Więc… – Leighton upił łyk Yorkshire Tea. – Naprawdę podpisałbyś ze mną kontrakt?
- Tak – Harry przytaknął w zamyśleniu. Korzystając z okazji, że Leighton notował coś w swoim brulionie, starał się starannie prześledzić rysy jego twarzy. Niesamowicie znajome, a jednak inne.
Miał piękne kości policzkowe, choć bardzo kobiece, wciąż idealnie formowały linię typowej męskiej szczęki. Delikatny zarost zdobił jego jasną skórę. Pieprzyk na dolnej wardze był ciekawym i niespotykanym znamieniem, które chciało się po prostu pocałować.
Harry, stój!
- Gapisz się – Leighton zatrzasnął zeszyt. Uśmiechnął się od ucha do ucha, w ten swój firmowy i jedyny w swoim rodzaju sposób.
Przyłapany na gorącym uczynku, Harry otoczył kubek kawy zmarzniętymi dłońmi.
- A na kogo mam patrzeć? Jesteśmy tu sami.
Leighton pokręcił głową.
- Gapisz się.
- Nie zawstydzaj mnie – Harry zachichotał, próbując odseparować się od przenikliwego spojrzenia kaskadą gęstych włosów.
- Uwielbiam to robić – powiedział bardzo cicho. Czy Harry miał to w ogóle usłyszeć? Westchnął głośno, wyglądając przez okno. Pierwsze smugi na szybie świadczyły o tym, że niedługo rozpęta się ulewa. Jakaś zakochana para uciekała przed deszczem, i tak moknąc od chlapiących na wszystkie strony czarnych taksówek pędzących ulicą.
- Teraz ty się gapisz – Harry podmuchał na gorący napój. Wciąż omijał spojrzenie Leightona.
- Ale ja mam odwagę się gapić.
- Możesz przestać?
- Gapić się?
- Sprawiać, że totalnie się przy tobie zapominam – pokręcił głową, łokciami podpierając się o stolik w ustronnym miejscu niewielkiej restauracji.
- To już nie zależy ode mnie, panie Styles.
Harry podniósł wzrok znad parującego naczynia. Leighton lustrował go swoim spojrzeniem nr 9 „jesteś takim zabawnym pajacem, Styles”.
Chwila, czy on naprawdę policzył sposoby, w jaki na niego patrzył?
- Wracając do… - zmieszał się. Odkaszlnął znacząco, przybierając pokerowy wyraz twarzy. – Czy chciałbyś przyjąć moją propozycję?
- Cała przyjemność po mojej stronie, panie Styles.
- Dlaczego raz mówisz do mnie formalnie, a raz po imieniu?
- Dlaczego odbiegasz od tematu, kiedy już wróciliśmy do stanu typowo zawodowego spotkania?
- A może nasze spotkanie nie jest czysto zawodowe?
- Chciałeś się ze mną umówić, Harry?
Styles polizał spierzchnięte wargi.
Dupek.
- Chciałbyś.
Leighton wzruszył ramionami, uśmiechając się w sposób nr 12 „czasami jestem nieśmiały, ale nie próbuj mi tego wytknąć”. To chyba ulubiony uśmiech Harry’ego.
Naprawdę czas się opanować, Styles!
- Powiesz… - wypowiedź Leightona przerwał odgłos telefonu. – Wybacz – sięgnął do kieszeni, wyjmując stary model komórki. – Tak? – przyłożył słuchawkę do ucha. Rysy jego twarzy wyraźnie się natężyły. Zagryzł wargę i zmarszczył czoło, jakby słuchał nieprzyjemnego dźwięku, jaki wydaje kreda niepoprawnie zetknięta z tablicą. – Odebrałem jego wiado… - głos po drugiej stronie najwyraźniej mu przerwał. – Przecież porozmawiam z… - znów zamilkł.
Leighton nie lubił swojego rozmówcy i Harry doskonale wyczuł to po zaledwie dwóch sekundach od rozpoczęcia konwersacji.
- Będę – rzucił zrezygnowany, rozłączając się. – Muszę iść – dodał po chwili milczenia, podczas której nie oderwał wzroku od ciemnego wyświetlacza.
- Odprowadzę…
- Nie, nie możesz.
- Dla…
Rzucił pieniądze na blat, po czym zdjął kurtkę z oparcia.
- Zdzwonimy się.
Schował komórkę do tylnej kieszeni jeansów i tak po prostu wyszedł, nim Harry zdążył wykonać najmniejszy ruch.
- Cześć – westchnął za zamykającymi się drzwiami. Jego wzrok spoczął na szarym notesie pozostawionym na stole.


lubię jak są tu obrazki, bardziej kolorowo ^.^

wtorek, 22 października 2013

Rozdział 10

Cześć!
Niedługo powinnam skończyć inny projekt, więc znajdę więcej czasu na pisanie w weekendy, co skutkuje tym, że w miarę regularnie powinny pojawiać się nowe części. Trzymajcie kciuki! :)
Dziękuję bardzo za ostatnie komentarze. Miło mi je poczytać, bo nowa polonistka sprawia, że wątpię, czy moje bazgroły mają sens.
Zauważyłam, że szczególnie spodobały się retrospekcje, więc postanowiłam pisać je częściej, jednak zaznaczam, iż nie będą uporządkowane chronologicznie.
Wydaje mi się, że jak na jeden rozdział zdradziłam za dużo, ale to już dziesiątka, nie wypada zwlekać.
Do napisania!

_____________________________________


Retrospekcja

01.02.2014r.

- Gdzie jest ten piąty?!
Zdenerwowany fotograf kręcił się po niewielkiej hali zdjęciowej. Zielone ściany przytłaczały swoją jaskrawością, a atmosfera jeszcze bardziej przyprawiała człowieka o ból głowy.
- Nazywa się Louis – Liam westchnął poirytowany. Wyjął komórkę z kieszeni płaszcza. – Zadzwonię, na ogół się nie spóźnia.
- Nie obchodzi mnie, co się dzieje na ogół, musimy zaczynać sesję, a Lewis nie jest nawet ucharakteryzowany!
- Louis…
- Zluzuj majty – Malik warknął pod nosem, siadając na oparciu czerwonej kanapy. – Wszystko w porządku? – zmierzył przyjaciela zmartwionym spojrzeniem.
Harry wzruszył ramionami, wyglądając przez okno. Przez panującą ulewę trudno było cokolwiek dostrzec. Siedzieli w ciszy, obserwując kroczącego po korytarzu Payne’a.
- Nie odbiera.
Wiązanka solidnych przekleństw w języku hiszpańskim wymsknęła się z ust ich dzisiejszego pracodawcy.
- Zaczniemy – Niall przejął inicjatywę. – Skoro każdy ma mieć swoją okładkę, po co marnować czas – udał się za charakteryzatorką, bezsłownie mówiąc do chłopaków „Nie podoba mi się to”.
Liam zagryzł wargę, spojrzenie także utkwił w deszczu bębniącym o szyby.
- Wyjrzę na zewnątrz – Harry wstał, naciągając kaptur na głowę.
Zayn powtórzył jego ruchy, rzucając w Liama kurtką. Porozumiewawczo doszli do wniosku, że Harry nie może wyjść sam.
Podnieśli ogromne garażowe drzwi, na klęczkach przeciskając się przez utworzoną szparę.
Siarczyste krople w ciągu kilku sekund zmoczyły im włosy. Wszechobecna woda utrudniała widoczność, zagłuszając wszystko głośnym szumem. Zayn, Liam i Harry zatrzymali się przy frontowej bramie wychodzącej na rozległą drogę. Studio umieszczono na kompletnych przedmieściach.
- Samochodu wciąż nie ma – Malik rozejrzał się uważnie, tworząc nad oczami coś na kształt daszku z dłoni. – Wracajmy.
- Nie – Harry szepnął, wyciągając telefon.
- Zgłupiałeś?! Zepsujesz go!
Ignorując przyjaciół, Styles otworzył wjazd, kierując się w stronę pobliskiego lasu.
- Harry? Harry! Na miłość boską!
Słyszał za sobą kroki, więc wciąż za nim podążali, choć z pewnością uważali go za wariata.
- Harry!
- Jedzie moim autem! – odkrzyknął, odwracając się. Poświecił Iphonem po twarzach chłopaków.  – Mogę go namierzyć! Od 10-u minut się stamtąd nie ruszył! – wskazał czerwony punkt niedaleko miejsca, w którym się znajdowali.
Nie tracąc ani minuty dłużej, puścili się biegiem wzdłuż krzywej ścieżki. Rozchlapywali błoto, niszcząc specjalnie skrojone do zdjęć garnitury, jednak zdawali się kompletnie o tym nie pamiętać. Niepokój przyćmił racjonalne myślenie.
Liam, z najlepszą kondycją, przewodził sztafecie, lecz kiedy nagle stanął i po prostu patrzył, Harry mimowolnie zatrzymał się parę metrów za nim. Dlaczego nie idzie dalej?
Zayn zareagował najszybciej. Wyminął Payne’a, wpadając w słabo widoczne zarośla.
- Harry, telefon!
Liam w końcu ożył. Wydzierając mu sprzęt z ręki, pchnął skostniałego Harry’ego na skraj drogi. Bojąc się wyjrzeć za kępę drzew, Styles spokojnie i powoli kroczył w ciemności.
A potem zauważył ślady opon wyryte w podłożu. Szedł za nimi, póki nie urwały się  w wodnistym bagnie. Wytężył wzrok, napotykając przeszkodę psującą krajobraz. Samochód. Jego samochód obkręcony wokół pnia.
- Pomóż mi! – Zayn pojawił się znikąd, ciągnąc za sobą coś, co wyraźnie sprawiało mu ciężar.
Był cały siny, przemoknięty i umorusany błotem, a najgorsze, że leżał bezwiednie, nie wykonując nawet najmniejszego ruchu.
I wtedy Harry zrozumiał.

- Jeszcze jedna kolejka! – Liam wydął dolną wargę, starając się przekrzyczeć dudniącą muzykę.
- Ja dziękuję – Zayn czknął głośno, opierając się o ladę. – Perrie mnie zabije.
- Pantoflarz – Payne prychnął, jednak uśmiechnął się zawadiacko. – A ty, Harry?
- Wiesz, że nie piję.
Liam przeklął pod nosem, marszcząc czoło. – Gafa. Wybacz.
Był już nieźle wstawiony, podobnie jak reszta chłopaków, więc to jak zwykle na Harrym spocznie obowiązek odstawienia wszystkich do domu w jednym kawałku.
- A ja się napiję! – Niall uderzył pięścią w blat. – I nawet ja przyniosę! – chwiejnym krokiem zszedł ze stołka i niezdarnie ruszył w stronę baru.
- I to mi się podoba! – ucieszył się Liam, mierzwiąc blond włosy przyjaciela.
Swojego czasu imprezowanie i dyskoteki wchodziły w codzienność życia „one direction”. Z czasem stali się przysłowiowymi nudziarzami, zaszywającymi się z gazetą przed telewizorem. Tym chętniej przystanęli na propozycję Liama, kiedy zaoponował skromne spotkanie w klubie.
- Biedny Horan – Zayn pokręcił głową. – Wciąż ma słabą tolerancję alkoholu.
- Jak ty za starych dobrych lat – Payne zachichotał, wypinając się na środkowy palec wymierzony w jego kierunku.
Harry uśmiechnął się. Przysłuchiwał się przekomarzaniu Zayna i Liama, od czasu do czasu upijając łyk coli.
Nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek zabawi się z nimi na potańcówce. Obserwując z ukosa młodych ludzi, ocierających się o siebie na parkiecie, nie do końca wiedział, co tak imponowało mu w tych wyzywająco ubranych blondynkach. Kiedyś chętnie bliżej zapoznałby się z którąś z nich, teraz miał ochotę obdzwonić ich matki, pytając, czy zdają sobie sprawę z zachowań własnych dzieci.
- I gdzie moja kolejka, dzieciaku?
Niall wrócił bez zamówienia, wytrzeszczonymi oczami lustrując Liama, jakby widział go pierwszy raz.
- Ja chyba powinienem iść do domu. Mam halucynacje.
Wszyscy wybuchli gromkim śmiechem. Speszony Horan, machnął ręką, wykradając z miski trochę paluszków.
- A co widziałeś? Demi prawiącą ci kazanie? – Zayn parsknął, przechylając kieliszek do dna.
Niall zaprzeczył, przeżuwając powoli.
- Gorzej – stracił równowagę, podpierając się o ramię Liama, którego nikt nigdy nie widział zalanego, choćby pijał litrami. – Widziałem Lou.
Atmosfera natychmiast uległa zmianie. Zayn i Harry nie przyjęli tego zbyt emocjonalnie, jednak Liam nie był obecny przy ich wcześniejszych rozmowach. Nie przywykł do wymawiania tego imienia.
- Taa, chyba serio czas na paciorek i sen - Payne poklepał go po ramieniu, zabierając kluczyki. – Styles, prowadzisz.
Harry narzucił kurtkę, kończąc swój napój.
- Odstawię naczynia, czekajcie na dworze.
Przecisnął się między napalonymi gówniarami, zostawiając szklanki w miejscu do tego przeznaczonym.
- Jeszcze raz to samo!
Odwrócił się instynktownie, wyczuwając znajomy ton.
Przy młodej kelnerce, szykującej kolorowy drink, stały cztery dziewczyny.
- Panno Calder, ostatnio często się spotykamy.
- Harry!
Brunetka objęła go przyjaźnie, obdarowując przy tym buziakiem w policzek.
- Cieszę się, że cię widzę. Ponownie! – podkreśliła, rozglądając się za kimś.
- Mam nadzieję, że nie pijesz.
- Coś ty! – prychnęła, siadając i zsuwając z nóg wysokie obcasy. – Poszaleję sobie, jak już odwiedzę porodówkę.
Harry uśmiechnął się, oglądając się za drzwi.
- Przepraszam, ale muszę lecieć. Chłopaki czekają przy aucie.
- Chłopaki?
Przytaknął.
- Liam, Zayn i Niall są ze mną.
Mało brakowało, by Eleanor pisnęła z radości. Jej pozytywna energia zarażała.
- Tak dawno nie spotkaliśmy się w komplecie.
- Uwierz, to także mój pierwszy raz od paru lat – zachichotał. – A może… Może wpadniesz do nas? Mieszkam chwilowo u Zayna i zostanę jeszcze parę dni.
- Chętnie! – klasnęła z podekscytowania, przejmując od kelnerki szklankę soku. – A co sprawiło, że zawitałeś w dawne progi, panie „Londyn jest dla mnie za duży, przeprowadzę się na zadupie”? – zrobiła cudzysłów z palców, przytaczając słowa, które kiedyś sam wypowiedział.
- Długa historia – westchnął.
- Panie i panowie! Uwaga! – mężczyzna w seledynowym płaszczu i czarnych okularach wyskoczył na środek niewielkiego podestu. – Proszę o uwagę!
- Załatwiłyśmy przyjaciółce striptizera – szepnęła Eleanor, ciągnąc Harry’ego za mankiet.
Styles tylko pokręcił głową w niedowierzaniu. Cała Calder.
- No co? Panieńskie ma się raz w życiu!
- Miłej zabawy. Nie mam zamiaru tego oglądać – Harry przeżegnał się, zagryzając wargę. Eleanor zaśmiała się, jeszcze raz go przytulając.
- Zdzwonimy się.
- Jasne. Do zobaczenia.
Podążając przez tłum, kierował się do wyjścia, mijając rozentuzjazmowane dziewczyny, które z pewnością wiedziały, co się święci.
Który z tych durniów wymyślił, żeby pić w klubie ze striptizem?
Nie zwracał większej uwagi na monolog śmiesznego faceta na scenie, jednak końcówka wypowiedzi zainteresowała go do tego stopnia, że zatrzymał się, marszcząc brwi w konsternacji.
- Poproszę o ogromne brawa dla naszych najlepszych tancerzy, ze szczególnymi życzeniami dla niejakiej Meredith! Przyjaciółki cię ubóstwiają! - uśmiechnął się nieszczerze. - Przed państwem Tony, Andrew, Sam i Leighton!

- I jak?
Jackson Morrison opierał się o kontuar na zapleczu, wyczekująco nastawiając dłoń. Mężczyźni oddali mu pieniądze, wycierając spocone ciała ręcznikami.
- Co tak mało?!
- Wieczór panieński całkiem dojrzałej laski, żadna nie chciała odpłynąć.
- Mam nadzieję, że proponowaliście dyskretnie – warknął, opuszczając garderobę. – Moment – przystanął, kartkując banknoty. – Gdzie-jest-Pevense…
Wycedził każde słowo, zaglądając w głąb pomieszczenia. Spojrzenie utkwił w wysokim, postawnym brunecie. Jego silne ramiona zdobiły tatuaże, gdzieniegdzie świeciły się srebrne kolczyki.
- Nie jesteś Leightonem – zdjął z jego twarzy hełm strażacki, stanowiący element stroju. – Miałem nie zauważyć?! – wykrzyknął, odpychając od siebie nieznanego chłopaka. – Gdzie jest Leighton?!
- Musiał coś załatwić, szefie.
- Nie obchodzi mnie to. Przyślijcie gnoja, jak się pojawi – obrócił się na pięcie i wyszedł.

Tej nocy także Liam rozgościł się w willi Malików. Ktoś musiał mieć oko na upitego Horana, a Harry i Zayn woleli spać z własnymi rodzinami.
Harry opróżnił butelkę wody, wrzucając ją do kosza na śmieci. Dochodziła trzecia, więc idąc do pokoju, starał się zachować spokój. Mijając sypialnię, chcąc niechcąc, doleciały go głosy przyjaciół.
- Powiedziałeś Liamowi?
- Tak, kiedy Harry został w środku. Jest na bieżąco.
Zdezorientowany Styles spojrzał przez uchylone drzwi, dostrzegając Zayna i Perrie pochylonych nad Sophią, która najwyraźniej obudziła się na pierwsze śniadanie.
- Szkoda mi ich.
- Judith jest szmatą.
- Zayn! – blondynka skarciła go spojrzeniem, wracając do kołysania córki. – Nie wysnuwaj pochopnych wniosków.
- Nie będę jej bronił.
- Ale Judith, odkąd jest z Harrym…
- Była.
- Była, jest, nieważne. Stała się naszą częścią. Rozmawiałam z nią. Nie wiesz, jak źle było między nimi – pokręciła głową. – Po prostu pomóżmy im ze sobą rozmawiać. Jeśli nie dla niej, pomyśl o Harrym. Albo o Leo. Bądź co bądź, uciekł, bo mocno to przeżył.
Malik zagryzł wargę, obejmując Perrie ramieniem.
- Zayn?
- Babska solidarność – prychnął. - Okej – podniósł dłonie w poddańczym geście.
Perrie uśmiechnęła się, cmokając go w policzek.
- Mam nadzieję, że Harry nie pił.
- Skarbie, idź już spać, dobrze? – Zayn strzelił młynka oczami, ironizując nad opiekuńczością swojej żony.
Widząc, że Perrie wychodzi, Harry szybko odsunął się od drzwi, znikając w najbliżej położnym pokoju. Nie chciał zostać nakryty. Czuł się źle z podsłuchiwaniem, lecz nie potrafił się powstrzymać.
- Wszystko okej? – cichy szept Leo dobiegł z drugiego końca pomieszczenia.
Harry obrócił się przestraszony. Wylądował w pokoju Jayden’a, gdzie od niedawna nocowały wszystkie dzieciaki.
- Przepraszam, nie chciałem cię obudzić – podszedł bliżej łóżka, na którym cisnął się Leo i Jayden. Obok, na materacu, pochrapywała Vivienne.
- Nie obudziłeś. Nie umiem przywyknąć do płaczących dzieci – chłopiec potrząsnął głową. – Już nie chcę mieć rodzeństwa.
Harry przygryzł wargę, powstrzymując śmiech. W natłoku ciągłych wydarzeń, Judith raczej nie powiedziała mu, że powinien się przyzwyczaić.
- Już późno, spróbuj zasnąć.
- A mogę mieć jedno pytanie?
- Biorę to na klatę.
Leo usiadł, bawiąc się palcami.
- Możemy tu jeszcze pobyć? Jest miło i głośno, ale w pozytywnym sensie. Nie śmiej się, ale...  Ale chyba tak wygląda rodzina, tato.
Harry poczuł przyjemne ukłucie w sercu, kiedy usłyszał te słowa. Poniekąd cieszył się, że syn powiela jego uczucia.
- Jasne, że możemy. Ale po powrocie od razu nadrabiasz zaległości szkolne.
- Dziękuję! – chłopiec przytulił go mocno, aż drżąc z podekscytowania.
- Cii! Obudzisz resztę. A teraz szoruj spać. Zabieram cię jutro na wycieczkę, musisz zobaczyć parę rzeczy.
- Tylko my?
- A chcesz?
Malec przytaknął.
- Więc tylko my.
Harry poczochrał loki dziecka, otulając go kołdrą.
- Dobranoc, młody mężczyzno.
- Dobranoc.

Dochodziła czwarta rano, a Harry wciąż kręcił się z boku na bok. Nie potrafił znaleźć dogodnej pozycji do snu, co doszczętnie go irytowało.
Niespodziewanie cichy odgłos wiadomości tekstowej rozbrzmiał w małej sypialni. Zdziwiony uniósł się na łokciach, a kiedy przywyknął do mocnego światła wyświetlacza, odczytał na głos.

Od: Leighton
Do: Harry

Nie sądziłem, że lubi pan imprezować, panie Styles.

Skonsternowany odpisał od razu.

Do: Leighton
Od: Harry

Nie sądziłem, że pisanie wiadomości o tej porze leży w granicach przyzwoitości, panie Pevense. Byłeś dziś w „Jacksonville”?

Skarcił się w duchu – po jaką cholerę go o to pyta.

Od: Leighton
Do: Harry

A jednak wiem, że cię nie obudziłem. Nie mam pojęcia, czym jest „Jacksonville”.

Zdziwienie jeszcze bardziej zaniepokoiło Harry’ego. Więc skąd wie o imprezie.

Do: Leighton
Od: Harry
Nie rozumiem.

Od: Leighton
Do: Harry

Moja konsternacja była identyczna, kiedy pojawiłeś się na okładce dzisiejszej gazety.

I wszystko jasne.

Do: Leighton
Od: Harry

Mam bujną przeszłość, panie Pevense.
Chciałbym spotkać się z panem w sprawach zawodowych na początku przyszłego tygodnia, jeśli to możliwe.

Wyślij. Nie, stop. Dobra, wyślij.
Sam nie wierzył w to, co robi. Czy właśnie pisze o pracy ze swoim… Nawet nie był jego znajomym. Był Leightonem. Leightonem o pięćdziesięciu osobowościach.
Boże. Czy on właśnie porównał swojego bezczelnego podopiecznego do „50 Shades of Grey”?

Od: Leighton
Do: Harry

Zobaczymy, co da się zrobić.
Słodkich snów, Harry.

Harry rzucił telefon na biurko, ponownie zatapiając się w pościeli.

Dupek…



nie mogłam się powstrzymać (:

środa, 9 października 2013

Rozdział 9

Witajcie, najwierniejsi i najcierpliwsi ludzie na świecie!
Liceum to zło i zabieracz wszelkiego czasu. Znalazłam dziś chwilkę na przygotowanie dla was czegoś, co ośmielam się nazwać rozdziałem. Nie pobiłam limitu Worda, ale zapchałam tekst akcją, przynajmniej taką mam nadzieję. Trochę się dzieje, ale wciąż do końca nic nie wiadomo. Jestem okrutna! :)
Dziękuję za to, że niektórzy z was wciąż komentują. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam to czytać!



jaki słodki Hazza! :)

_________________________________


Retrospekcja

Niedziela, 04.07.2011r.

- Leonardo Dicaprio w „Incepcji”!
Harry przecząco pokręcił głową, biorąc ze stołu chusteczkę higieniczną. Obwiązał ją sobie na lokach, wykonując dziwne ruchy ręką.
- Wiem, wiem! – Niall z radości zrzucił pilot na podłogę. – Caroline Flack  na emeryturze!
Styles zrobił młynka oczami, ignorując rechot pijanego Malika.
- Kapitan Jack Sparrow.
- Nareszcie! – Harry zdjął z głowy serwetkę, wciskając się między Liama i Zayna.
- Louis wygrał, więc… - Liam wypełnił kieliszek przezroczystym płynem. – Twoja kolej!
Tomlinson jednym haustem pozbył się całej zawartości naczynia.
- Dopiero się rozkręcam – mrugnął w stronę Harry’ego, zajmując jego miejsce na środku pokoju. – Kategoria brzmi... – zamyślił się na moment. Jego niebieskie oczy rozbłysły triumfalnie. – Celebryta.
- Jeśli kolejny raz mówicie o Caroline, to…
Zayn ponownie wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. Wyprawy do Stanów działały na niego imprezowo – przesadzał z alkoholem i często kończył w klubach, wieczorem skruszony spowiadając się Perrie na skypie.
- Damn it! – Louis zagryzł wargę, ignorując język wystawiony w jego stronę. Uwielbiał żartować z byłych Harry’ego.
Po chwili rozglądania się po apartamencie Payne’a, wyciągnął zza komody niewielką miotłę i wskoczył na stół zapełniony brudnymi talerzami.
- Cholera, to musi być Niall!
- Zdecydowanie!
- Co? – Horan prychnął poirytowany. – Wcale tak nie wyglądam!
- Tsaa – Louis westchnął głośno. – Teraz ty! – podsunął blondynowi wódkę pod nos i z powrotem wylądował na sofie. Oparł się o ramię Harry’ego, rozkładając nogi na długość całej kanapy. – Lubię takie wieczory.
- Ja też – Harry przeczesał dłonią włosy. – Ale nie kiedy zapijasz smutki.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Boże, Zayn! – Niall i Malik tarzali się po dywanie, odtwarzając niecenzuralne sceny z „Titanica”.
- Nie udawaj – Styles zignorował przyjaciół, próbując złapać spojrzenie Tomlinsona. – Co się stało?
Louis przez długie minuty wpatrywał się w sufit. Skrupulatnie dobierał słowa, starając się nie wyjawiać za wiele.
- Co byś zrobił, gdyby całe twoje dotychczasowe życie okazało się fiaskiem?
- A możesz przestać gadać frazesami?
- Jesteś nieletni, zostaw tego Jacka Danielsa! – Liam biegał za Malikiem, próbując wyrwać mu butelkę z rąk.
- Odpowiedz – Louis usiadł po turecku, przypatrując się Harry’emu. 
- Nie, to nie jest śmieszne. Zmartwiłeś mnie.
- Ja wcale nie żartuję.
Harry ułożył usta w cienką linię.
- Dlaczego uważasz, że twoje życie jest fiaskiem?
- A czy ja powiedziałem coś takiego?
- Louis!
- Nieważne, nie było tematu.
Tomlinson machnął ręką i mijając grupkę śmiejących się przyjaciół, wyszedł na balkon. Zdenerwowany Harry ruszył za nim.
- Nie skacz, Harry, nie skacz!
Styles tylko westchnął. Przyzwyczaił się do głupot, które Zayn miał w zwyczaju mówić po pijaku. Wyszedł na przestronny taras. Widok z penthouse’a robił wrażenie – w takich chwilach warto doceniać sławę i pieniądze.
- Louis?
Brunet opierał się o barierkę, obserwując pojedyncze smugi światła rozjaśniające niektóre okna sąsiedniego wieżowca.
- Możesz dać mi spokój? – rzucił przez ramię.
- Wiesz co? Jesteś nie do zniesienia. Wyskakujesz z czymś wielkim, a potem tak po prostu ignorujesz sprawę.
Kiedy Harry chciał już odejść, dotyk ciepłej dłoni na nadgarstku zatrzymał go w miejscu.
Między szybkim krokiem a czymś w rodzaju „Chrzanić to” z ust Louisa, nie było czasu na racjonalne przemyślenia.
Louis Tomlinson pocałował swojego przyjaciela Harry’ego Stylesa, który zamiast dać mu w twarz, pocałunek najzwyczajniej w świecie odwzajemnił.


Pogoda od dawna nie prezentowała się tak obiecująco. Pomimo kilku niewielkich chmur, słońce rozświetlało wciąż mokre po wczorajszej ulewie chodniki Kensington Gardens.
Harry, Niall i Zayn z dzieciakami przechadzali się przy fontannach.
- Tato, kiedy sobie pójdą? – córka Horana z nieufnością obracała się za siebie.
- Mi kiedyś jeden dał lizaka.
- Taa – westchnął Zayn. – I wtedy to Jayden sprzedał papparazzim zdjęcie Sophie. Dzięki, synu.
Niall westchnął głośno.
- Nie martw się, porobią trochę zdjęć i się zmyją – wzruszył ramionami. – Zgubimy ich, jak wejdziemy w ten tłum ludzi.
- Po co w ogóle to robią? – dziewczynka pokręciła głową. – Skąd cię znają?
- Kiedyś ci opowiem.
- Tylko pomiń zaloty do dziennikarek – parsknął Zayn, otrzymując w odwecie solidny kuksaniec w żebro.
- Boże, ja tu trzymam niemowlę! – zachichotał, opierając się o ramę wózka dziecięcego.
- Co to są zaloty?
- Dezorientujesz moje dziecko!
- Tato, mogę? – Jayden pociągnął Malika za rękaw, palcem pokazując niedaleki plac zabaw.
- Biegnijcie, dogonimy was.
- Niespożyta energia – westchnął Harry, wypuszczając z rąk dłoń Leo, który ruszył za przyjaciółmi.
- Zawsze chciałem, żeby tak było.
Zayn i Harry zmarszczyli brwi.
- Wiecie – Niall wzruszył ramionami. – Nic sentymentalnego. Po prostu… - zmieszał się. – Nasze dzieci bawią się razem. Wszyscy jesteśmy jedną wielką ferajną. Nie sądziłem, że tak będzie. Kiedyś sądziłem, ale potem… - odkaszlnął znacząco, rozglądając się na boki.
Malik jedynie spojrzał na Sophię śpiącą w swojej pomarańczowej spacerówce.
- Nie rozpadnę się na tysiąc kawałków, jeśli to powiesz. Tak, po śmierci Lou też w to zwątpiłem.
Horan pokrzepiająco uśmiechnął się do Harry’ego.
- Przepraszam. Ja tylko…
- Rozumiem – włożył ręce w kieszenie ciasnych jeansów. – Na waszym miejscu też bym się siebie bał.
- To nie tak – Zayn zaprotestował. – Przeżyłeś to bardziej, sprawa jest oczywista. Wszyscy ponieśliśmy stratę, tylko…
- Tylko nie sądziliśmy, że po tylu latach to wciąż będzie tak żywa sprawa – dokończył Niall.
- I że wciąż będziemy tęsknić tak samo. Czas nie leczy ran - Zayn wyjął spod wózka paczkę Marlboro. – Chcecie?
Obaj zrezygnowali, przejmując od Zayna Sophię, podczas gdy mulat oddalił się jak najdalej od bawiących się na huśtawkach dzieci.
- Jestem okropny – Harry zagryzł wargę. – Zaklepałem sobie rolę cierpiętnika, nie zastanawiając się nawet, jak moim najbliższym może być ciężko.
- Harry, wszystko okej.
- Nie, Niall. Przyjąłem do wiadomości to, co powiedziałeś mi ostatnim razem. Byłem wtedy zbyt zamroczony, by to obiektywnie odebrać. Ale odkąd pojawił się Leighton, zrozumiałem…
- Leighton?
- Kim jest Leighton? – Malik dołączył do chłopaków. – Imię dla dupka.
Harry uśmiechnął się sarkastycznie.
- Leighton jest klonem Louisa – przysiadł na drewnianej ławce, wypatrując syna wśród przedszkolaków. – To ten chłopak, na którego wpadliśmy w parku.
- Znalazłeś go? – Niall wytrzeszczył oczy ze zdumienia.
- Czuję się wykluczony – jęknął Zayn.
- Po naszej zmowie pojechałem do Harry’ego.
- A jednak!
- Cicho, Styles. – blondyn trzepnął go w ramię. – Wpadliśmy w parku na chłopka, który, śmiej się lub nie, wygląda kropka w kropkę jak… Jak Louis. Po prostu jak Louis. Gdyby nie tyle tatuaży i kolczyków – Horan zadrżał, jakby próbował odgonić natrętne myśli. – Bardzo dziwne.
- Niemożliwe.
- Nazywa się Leighton Pevense i nie dość, że wygląda jak Louis, to jeszcze zachowuje się jak on.
Zayn i Niall wymienili zdziwione spojrzenia.
- Okazało się, że mój nowy podopieczny to klon Louisa. Przypadki chodzą po ludziach.
- To chore.
Harry prychnął.
- A żebyś wiedział, Malik, a żebyś wie…
- Kółko samotnych ojców?
Wysoki brunet uśmiechnął się, zdejmując z nosa okulary przeciwsłoneczne. Biała koszulka bez rękawów uwydatniała mięśnie chłopaka, a ciemne jeansy dodawały odważnego wizerunku.
- Liam!


Dym papierosowy wypełniał duszne pomieszczenie. Pokój skąpany w mroku bordowych barw pachniał tytoniem, potem i damskim Chanel Paris.
Chłopak stał podparty o pokrowiec z gitarą. Obserwował obrazy na ścianach prezentujące odważne sceny między dwiema kobietami.
Pomimo klimatów, które uwielbiał, „Jacksonville” odstraszało go kapiącym zewsząd erotyzmem. Miał wrażenie, że nawet wzory wykute w dębowym biurku szeptały do niego sprośne komentarze.
- Pevense, kopę lat! – otyły mężczyzna w ciemnych okularach wyjął z ust niedopałek. Wziął drobnego chłopaka w męski uścisk, gestem wskazując mu krzesło.
- Nie, ja tylko na chwilę – wyjął z plecaka portfel, przeliczając funty. – Sześćdziesiąt procent. Tak, jak obiecałem.
- Noo – mężczyzna raz jeszcze przekartkował banknoty, chowając je w wewnętrznej kieszeni marynarki. – Lubię robić z tobą interesy, Pevense. Kiedy wracasz do Londynu?
- Właśnie o tym chciałem pogadać, ale to może innym razem.
- Siadaj na dupie i mów od rzeczy.
Brunet oblizał spierzchnięte usta, znajdując punkt zaczepienia w komodzie za plecami szefa.
- Możliwe, że nie wracam już w ogóle, panie Morisson.
- Co!?
- Mówię, że…
- Czyś ty, kurwa, zwariował?!
- Nie unoś się. Nic nie jest pewne.
- Jest, czy nie jest, nigdzie nie jedziesz.
- Jackson!
- Nie!
Leighton prychnął poirytowany. Splunąwszy na umorusaną wykładzinę, także utrzymaną w kolorystyce mocnej czerwieni, odwrócił się na pięcie, przekraczając próg czegoś w rodzaju gabinetu.
- Jeszcze nie skończyliśmy, Pevense!
- Wiesz co? – zapiął kurtkę pod samą szyję, wracając do biurka, za którym siedział prostacki Jackson Morisson. – Pieprz się.

wtorek, 24 września 2013

Rozdział 8

Witajcie po przerwie!
Wykończy mnie ta szkoła, słowo daję. Poza tym mam też przyjaciół, rodzinę i sprawy osobiste, więc... To naprawdę brzmi jak denne tłumaczenie, co nie?
Wybaczcie mi zwłokę, ale w ramach rekompensaty rozdział ma aż 6 stron w Wordzie, mój nowy rekord.
Mogę was prosić o komentarze? Wciąż jest ich dużo, ale kiedyś było więcej. Motywują mnie jak cholera.
Zapraszam do czytania! 
Buziaki! :)

__________________________________


Deszcz rytmicznie uderzał o rynny. Chłopiec siedział na parapecie, palcami ścigając się z sunącymi po szybie kroplami.
- Wszystko w porządku?
- Mam bardzo przechlapane?
Perrie uśmiechnęła się, siadając obok.
- Skłamałabym, mówiąc, że nie.
Leo opuścił wzrok, obejmując kolana rękami.
- Hej, co to za mina!
- Ja tylko chciałem, żeby oni zaczęli ze sobą rozmawiać.
- Kto, skarbie? – skonsternowana zmarszczyła brwi. – Nie chcę na ciebie naciskać, ale lepiej, żebyś powiedział mi, dlaczego przyjechałeś bez wiedzy rodziców. Skąd ten pomysł?
- Tata się wyprowadził. Mówił, że na trochę, ale to nie jest na trochę. Mama za często widywała tego pana.
- Jakiego pana? - Perrie pokręciła głową. – Czekaj, powoli. Chyba trochę nie rozumiem.
Leo przygryzł wargę, machając nogami w powietrzu. Był za niski, by dosięgnąć podłogi.
- Mama zdradzała tatę, ale nie mogłem mu powiedzieć.
- Nie… - blondynka przymknęła powieki, próbując przyswoić wszystkie informacje, które opowiedział jej Leo. – Leo? – westchnęła, chwytając strapiony wzrok chłopca. – Nie myśl, że ci nie wierzę, ale chyba coś pokręciłeś. Zdrada to bardzo mocne słowo.
- Wiem, co to znaczy, mam już prawie sześć lat.
Perrie uśmiechnęła się, palce wtapiając w puszyste od mżawki loki dziecka.
- Rodzice przyjadą i wszystko sobie wyjaśnicie, już ich powiadomiłam – grymas wpełzł na twarz pięciolatka, wywołując w Perrie mieszane uczucia. – Spokojnie, wstawię się za tobą, kawalerze.

Droga w godzinach szczytu nie wydawała się kuszącą perspektywą, jednak żadna inna opcja nie wchodziła w grę. Po telefonie, jaki otrzymał, Harry jak poparzony wyskoczył z biura, chcąc, niechcąc, z Judith kroczącą mu za plecami.
Mijając znak informacyjny, dodał gazu, w parę minut pokonując peryferie Londynu.
Nie był tutaj od tak dawna – ostatni raz na urodzinach Liama w 2016 roku. Miejskie zakłady pracy i fabryki nieustannie tętniły życiem. Zdawało się, że choćby najmniejszy hektar potężnej metropolii wykorzystywano w celach gospodarczych. Odległe drapacze chmur powoli wynurzały się zza kłęby dymów i spalin, kiedy tylko zakręcił w pierwsze mieszkalne alejki.
Harry nie potrafił opisać uczucia narastającego w nim z każdym mijanym kilometrem. Pomimo powagi sytuacji cieszył się, że znowu jest tutaj, w miejscu, które mimowolnie nazywał swoim prawdziwym domem.
Judith na siedzeniu pasażera podrygiwała nerwowo, wypatrując skromnej, ale jakże okazałej willi Malików. W prawdzie nie dogadywała się z Zaynem, jednak parę razy miała przyjemność odwiedzić jego posiadłość. Pamiętała, że Malik cenił sobie prywatność, stąd dom na najdalszych obrzeżach Londynu.
- Nie powinieneś skręcić w prawo?
- Jest objazd, robią drogę.
- W porządku.
Funkcjonowanie na zasadzie prostych pytań i odpowiedzi po parogodzinnej trasie stawało się nad wyraz męczące. Sporadyczne próby rozpoczęcia rozmowy nie przyniosły rezultatu, chociaż tyle spraw wymagało przedyskutowania.
Odnalazłszy Churchill Avenue 24, Harry zaparkował na podjeździe, z ociąganiem wyjmując klucze ze stacyjki.
- Idziesz?
Judith zdążyła wysiąść i podejść do bramy, ignorując ulewę plączącą jej jasne kosmyki. Harry naciągnął na głowę kaptur, zamykając samochód. Stanął u boku Judith, przepuszczając ją frontowym wejściem.
Mieszkanie Zayna i Perrie znajdowało się na ogromnym pagórze sąsiadującym z rozległym polem golfowym. Widok jak zawsze zapierał dech w piersiach, jednak i bez tego Harry nie potrafił solidnie nabrać powietrza w płuca. Denerwował się świadomością, że Leo uciekł przez niego. Wyrzuty sumienia coraz bardziej piekły jego gardło, w którym uformowała się gula przerażenia.
Syn Harry’ego nie był głupim maluchem. Rozumiał nader dużo, co budziło podziw wśród babć i nauczycielek. Harry sam nie wiedział, jak czuje się z tym faktem. Kochał Leo najbardziej na świecie, ale często obawiał się, że natłok informacji może za mocno obciążyć chuderlawe barki chłopca. Czasami nie wiedział, w jaki sposób traktować własne dziecko. Momentami odnosił się do niego, jak większość rodziców odnosi się do swoich pociech – z przymrużeniem oka odpowiadał na nurtujące Leo pytania, stawiając wszystko w kolorowym świetle. Z drugiej strony chłopiec miewał dni, które Harry żartobliwie nazywał „podniosłością w kędzierzawym królestwie” – pięciolatek beształ go za wymijające i lakoniczne bajki o szczęściu, chcąc czystej prawdy, jak np. wtedy, gdy nie kupił historii o tym, jakoby dzieci brały się z kapusty.
Harry wyrwał się z letargu dopiero przed drzwiami budynku, kiedy zadaszenie tarasowe powstrzymało strugi deszczu od moczenia jego ubrań.
Judith zadzwoniła delikatnie, strzepując z płaszcza zbłąkane krople wody. Za miną pokerzysty Harry dostrzegł jej zmartwienie i podenerwowanie.
Drzwi otworzyły się ze zgrzytem, ukazując im wnętrze przestronnego przedsionka skąpanego w bieli i szarości.
- Zobacz, goście przyszli!
Perrie kołysała na rękach małą dziewczynkę, która obserwowała przybyszy wielkimi brązowymi oczami. Harry i Judith widzieli ją po raz drugi, nie mogąc wyjść z podziwu, jak zmieniła się przez te pół roku.
- Cześć – Judith pierwsza odważyła się przekroczyć próg korytarza. Przywitała się z Perrie, przejmując z jej rąk Sophię.
- Witaj, Harry – Perrie przytuliła się do Harry’ego, całkowicie znikając w jego dużych ramionach. – Pewnie jesteście zmarznięci, dam wam jakieś ciepłe ubrania.
- Nie, nie trzeba – Judith potrząsnęła głową, oddając Sophię z powrotem w dłonie mamy. – Gdzie on jest? – nerwowo rozejrzała się po korytarzu, odkładając kurtkę na wieszak. Harry powtórzył jej ruchy, mimowolnie zaglądając za najbliższe drzwi. Musiał upewnić się, że Leo jest cały i zdrowy.
- Zasnął. Był wyczerpany – ruszyli za Perrie po schodach, przystając przy drzwiach jednej z sypialni. – Zajrzyjcie, jeśli chcecie, idę przewinąć małą – oddaliła się do pokoju obok, dając im chwilę wytchnienia i ulgi.
Judith bez oporu weszła do środka, od razu przysiadając na skraju wielkiego łóżka.
Leo leżał zamotany w jasną pościel, a jego cichy i spokojny oddech był jedynym dosłyszalnym dźwiękiem panującym w pomieszczeniu.
Harry oparł się o błękitną ścianę, wzdychając ciężko. Ręką delikatnie przeczesał włosy chłopca, pozostawiając je w jeszcze większym nieładzie.
- Dzięki bogu – szepnęła Judtih, przykładając czoło do dłoni Leo. Pocałowała go w policzek i jeszcze szczelniej opatuliła kołdrą.
- Niech odpocznie, potem z nim porozmawiamy – spojrzała na Harry’ego, wstając i oglądając się na śpiącego syna. – Pójdę do Perrie, może coś jej powiedział.
Harry tylko przytaknął, nie zmieniając pozycji. Judith wyszła, przymykając za sobą drzwi.
- Oj, młody, młody – podszedł bliżej, zajmując wcześniejsze miejsce Judith.
- Przepraszam – stłumiony odgłos przedostał się spod kupy prześcieradeł i koców. – Nie chciałem – ciemne oczy wychyliły się zza poszewki, uważnie lustrując zdziwioną twarz Harry’ego.
- Nieładnie robić takie dowcipy starszym, młody mężczyzno – Harry uśmiechnął się, uchylając rąbka kołdry, po czym sam ułożył się obok Leo, ignorując jego chichoczące protesty.
- Jesteś na mnie zły?
Harry podparł głowę na dłoni, odwracając się bokiem w stronę chłopca.
- Jestem zły na siebie – przejechał palcami po policzku Leo, po czym przyciągnął go do siebie. Usiadł po turecku i przytulił syna, zaciągając się jego słodkim zapachem - tak pachniało bezpieczeństwo, o ile to w ogóle możliwe.
- Ja po prostu chciałem, żebyś porozmawiał z mamą. Żebyście nie krzyczeli i żebyś wrócił do domu. Nie jest tak samo, kiedy cię nie ma – cichy szloch jeszcze bardziej zmoczył koszulkę Harry’ego. Zresztą mało brakowało, by i z jego oczu uleciały gorzkie łzy. To była jedna z najpiękniejszych chwil w jego życiu, bez wątpienia. Choć nienadzwyczajna, w swojej prostocie znaczyła dla niego bardzo wiele.
- Już, już – oddalił chłopca od siebie na długość wyciągniętej ręki. – Będzie teraz trochę inaczej, Leo – otarł słone krople z kącików jego oczu, uśmiechając się pocieszająco.
- Kiedy mówiłeś mi, że potrzebujecie z mamą czasu sam na sam, miałeś na myśli sam na sam już na zawsze, prawda?
- Nie jestem pewien, ale ja i twoja mama… - Harry oblizał dolną wargę, szukając odpowiednich słów. Ostatnio nie powiedział mu prawdy, przez co teraz znajduje się tutaj, w sypialni gościnnej Malików. Kłamstwo chyba nie popłaca. – Wydaje mi się, że nie będziemy mogli już nigdy mieszkać w jednym domu – wypalił na jednym wdechu, uciekając wzrokiem w przestrzeń. Nie chciał patrzeć w oczy syna. – Kiedy byłem mały, babcia z dziadkiem też zdecydowali, że przestaną żyć razem, i wiesz co zrobiłem?
- Co takiego?
- Uciekłem z domu – uśmiechnął się gorzko, palcem wskazującym kreśląc kółka na kolanie chłopca. – W prawdzie poszedłem tylko do mojego przyjaciela, Tony’ego, ale rodzice i tak dostali szału. I nawet dokonałem swego. Odłożyłem kryzys w ich małżeństwie na parę miesięcy, ale później to wróciło, ze zdwojoną siłą.
Leo uważnie słuchał każdego jego słowa, w skupieniu analizując, do czego pije tata.
- I wtedy zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu. Lepiej będzie, jeśli przestaniemy mieszkać razem. Nie utrzymam ich na siłę, skoro to gorsze niż bycie osobno.
- Co było potem?
- Potem babcia rozwiodła się z dziadkiem. Zostałem z babcią, ale dziadek odwiedzał mnie co najmniej dwa razy w tygodniu. Chodziliśmy na ryby, na moje ulubione eklery do cukierni pani Hutcherson.
- Naszej sąsiadki?
- Tak – Harry uśmiechnął się mimowolnie, gdy coraz bardziej ożywiał zakopane gdzieś głęboko wspomnienia z dzieciństwa. – Najlepsze wypieki w mieście, zresztą sam próbowałeś.
Leo przytaknął, wyraźnie nad czymś dumając.
- I teraz myślisz, że dobrze zrobiłeś?
- Myślę, że gdybym tego nie zrobił, może teraz wiódłbym inne życie. Może nie dokonałbym paru kluczowych wyborów nawiązujących do tego, gdzie jestem teraz. Może nie miałbym ciebie i może nigdy nie poznałbym wujka Zayna, który nie spotkałby cioci Perrie.
- I wszystko zależało od tego, że pozwoliłeś dziadkom się rozwieść?
Harry przygryzł wargę.
- Trochę zboczyliśmy z tematu. Po prostu uważam, że czasami to, co wydaje się niedobre, jest najlepszą opcją dla wszystkich. Rozumiesz?
- Chyba tak.
- Dobrze – Harry uśmiechnął się, wstając z łóżka. – A teraz chodź – wyciągnął dłoń w stronę chłopca. – Mama na pewno się ucieszy, że jednak nie śpisz.

Perrie opowiedziała Judith i Harry’emu wszystko, czego dowiedziała się od ich syna. Resztę dnia spędzili ignorując problem i starając się miło spędzić czas.
Leo zaintrygował się małą Sophią, chociaż Jayden, syn Malików, skutecznie wmawiał mu, że „to coś” tylko płacze i je, w dodatku jest dziewczynką w różowych śpiochach.
Harry, wpatrzony w dzieciaki śmigające po całym domu, wylegiwał się na kanapie. Kompletnie ignorował telewizor głośno reklamujący nowy proszek do prania.
- Mogę się przyłączyć?
- Jasne.
Harry przesunął się, robiąc więcej miejsca dla Zayna z Sophią na rękach. Malik rozłożył na środku sofy kocyk, na którym ułożył dziewczynkę z zabawką w buzi. Sam usiadł wygodnie, zmieniając kanał na stację muzyczną.
- Wesoło tu, odkąd przyjechaliście.
Brzdęk garnków i talerzy dopełniał hałasu, a zapach czegoś aromatycznego kusił zmysły.
- Nie ma za co – Harry zachichotał, gilgocząc Sophię, wpatrującą się w niego świecącymi z radości oczyma.
- Szkoda, że tak rzadko wpadacie.
Zayn westchnął, poprawiając zwisającą skarpetkę na stópce córki.
- Wiem, że masz mi to za złe, ale…
- Nie – przerwał mu energicznie. – Bynajmniej. Po prostu rozumiem, co w tobie siedzi. Tak sądzę, że rozumiem.
Chwila krępującej ciszy ciążyła nad salonem.
- Dzięki, Zayn.
- Nie przeceniaj mnie. Parę razy chciałem zrobić ci Paranormal Activity.
Sophie, nie wiedząc, co się dzieje, dołączyła do chichoczących chłopaków, wywołując w nich jeszcze większą salwę śmiechu.
- Macie tutaj jakiś jej kult? – Harry uniósł brew, obserwując Malika, który tym razem przyczepił się do odpiętego guziczka w małej różowej koszulce.
- Perrie mówi, że mam obsesję.
- Niall ma konkurencję.
- Niall niedługo odpadnie. Vivi poszła do szkoły, niedługo nie będzie już córeczką tatusia.
- Masz rację – Harry przytaknął w zamyśleniu. – Przekażę Liamowi, żeby zaostrzył rywalizację.
- Payno się nigdy nie ustatkuje – roześmiał się Zayn, podpierając brodę kolanem.
- Czytałem w gazetach, że kogoś ma – Harry wzruszył ramionami, pomagając Sophie ustać na nogach. Dziewczynka przytrzymała się jego palców, z trudem unosząc się na pulchnych nóżkach. Zayn przyglądał im się z uśmiechem.
- Nie byle kogo. Pamiętasz Jesy Nelson?
- Była z Perrie w Little Mix.
- Ta sama.
Harry gwizdnął z aprobatą.
- Naprawdę?
- Coś jest na rzeczy, ale oficjalnie udawaj zaskoczonego.
- Milczę jak grób.
- Tato! – Jayden wbiegł do pokoju, a zaraz za nim pojawił się Leo. – Mama mówi, że kolacja na stole.
- Idziemy – Harry podniósł się, biorąc Sophie na ręce.
- Harry?
Styles przepuścił chłopców przodem, odwracając się do Zayna.
- Nie chcę się wtrącać, ale też czytam prasę, poza tym Perrie powiedziała mi, co mówił Leo. W sensie… – zmieszał się. – Leo uciekł, bo uważa, że…
- Leo ma rację.
Zayn pokiwał głową, wyłączając telewizor.
- Jeśli chcesz pogadać, to jestem tu dla ciebie.
- Dziękuję.
Za to Harry cenił sobie Malika. Nie odzywał się do niego tyle czasu, a on wciąż był taki sam – nie wścibiał nosa w nie swoje sprawy, ale we wszystkim miałeś jego poparcie, niezależnie od tego, jaka jest sytuacja.
- No – Zayn odkaszlnął, popędzając Harry’ego. – Koniec czułości, mój kurczak stygnie.

Kolacja przebiegała w przyjemnej atmosferze. Nawet Harry i Judith rozmawiali ze sobą, próbując odłożyć na bok rzeczy, z którymi przyjdzie im się zmierzyć jutro. Na początku było dość niezręcznie. Harry wciąż nie pogodził się z tym, co zrobiła mu jego żona. Potrafił jednak koegzystować z kobietą w harmonii, motywowany obecnością Leo.
Dzwonek do drzwi przerwał rozgardiasz panujący przy stole.
- Spodziewasz się kogoś?
Zayn wzruszył ramionami, wyprzedzając Perrie w wyjściu na przedsionek.
- Słyszałem, że imprezujecie bez Horanów, parszywe gnidy!
- Niall, tu są dzieci!
Horan wpadł do jadalni z Vivienne na rękach.
- Harry był łaskaw wysłać mi SMS’a – uradowany Irlandczyk postawił swoją córkę na ziemi, przytulając się z każdym, włącznie z Sophią.
- Gdzie zgubiłeś Demi?
- W Ameryce. Ale wraca niedługo. Kurde, jak się cieszę, że was tu widzę w takim gronie.

Dom Malików tętnił życiem.
Vivi, Leo i Jayden biegali boso po trawie na ogrodzie, a zmartwione Judith i Perrie obserwowały najmniejszy ruch dzieci, upominając je na każdym kroku.
Niall, Zayn i Harry rozsiedli się na tarasie, popijając piwo i ciesząc się piękną pogodą, która nastała zaraz po okropnej burzy.
- Świetnie, że wpadliście do Londynu.
Niall nie wiedział o ucieczce Leo, lecz reszta postanowiła wtajemniczyć go z rana. Nie chcieli psuć specyfiki tego miłego wieczoru, a entuzjazm Horana był zaraźliwy.
Rozmawiali o rzeczach błahych, wspominali dawne lata, skrupulatnie omijając tematy drażliwe.
- Przepraszam na moment.
Harry, rozbrojony nowym kawałem Nialla, oddalił się w głąb ogrodu, przykładając do ucha dzwoniący telefon.
- Styles, słucham?
- Cześć, Harry.
Przystanął w miejscu, próbując przypomnieć sobie, jakim cudem Leighton do niego dzwoni. Spotkanie spraiwło, że stał się nieco zamroczony, więc dopiero po chwili przypomniał sobie o wizytówce.
- Cześć, Leighton.
- Znalazłeś już chłopca?
- Tak, dziękuję, że pytasz. Wszystko w porządku?
Głos Leightona był inny niż zazwyczaj, stonowany i mało wyzywający.
- Chciałem się tylko upewnić, że z twoim synem jest okej.
- To miłe.
Głośne szumy i piski zakłóciły połączenie.
- Jesteś tam?  - Harry zmarszczył brwi, słysząc krzykliwy głos w tle.
- Tak, tak. Przepraszam, muszę kończyć.
- Wszystko dobrze?
- Tak. Cieszę się, że u ciebie w porządku.
- Leighton?
- Tak?
Harry zawahał się.
- Naprawdę wszystko dobrze?
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, Harry.
- Jesteś dziś inny.
- Nie znasz mnie.
Cisza zawisła na linii, jednak żaden nie rzucił słuchawką.
- Może już wkrótce poznasz mnie lepiej – cichy szept przyprawił Harry’ego o ciarki na całym ciele. Co do cholery? Czy ten dupek mu grozi? – Dobranoc, Harry.
Głuchy odgłos zakończonego połączenia rozszedł się echem po spokojnej okolicy.
Leighton jest popaprany…

niedziela, 8 września 2013

Rozdział 7

Cześć!
Nie będę kłamać - jest mega krótko, mega dziwnie i mega nie w moim stylu. Retrospekcja chyba dłuższa od całego rozdziału właściwego.
Nie nadążam ze szkołą, ze wszystkim innym. To aż irracjonalne, biorąc pod uwagę, że dopiero zaczął się rok szkolny. Poza nauką prywatne sprawy też rzuciły mi się na łeb, więc nie dałam rady wykrzesać nic więcej z tego rozdziału. Stwierdziłam, że wolicie cokolwiek od niczego, prawda?
W wakacje byłam w miarę regularna, ale teraz nie wiem, kiedy i jak będę publikować. Postaram się wykrzesać każdą chwilę. Oby wena nie zrobiła mnie w jajo.
Mimo wszystko, liczę na waszą wyrozumiałość.
Do napisania!

_____________________


Retrospekcja

Wtorek, 01.04.2012r.

- A co myślisz o tym?
Chłopak przejął świstek, z uwagą śledząc tekst pełen kleksów i przekreśleń. Wymięta kartka wyglądała, jakby wyjęto ją psu z gardła. Kilkanaście przedziurawionych miejsc sugerowało, że Harry bardzo przykładał się do wyraźnego kaligrafowania swoich bazgrołów.
Delikatny uśmiech błądził po wargach Louis’ego.
- To jest to – spojrzał na Stylesa, wyrywając mu długopis z dłoni. Szybkim ruchem dopisał dwie linijki, na końcu stawiając dwukropek i nawias. – Będzie się świetnie komponować.
Harry spojrzał ponad ramieniem przyjaciela, odczytując na głos.
- „Cause this love is only getting stronger so I don’t wanna wait any longer, I just wanna tell the world that you’re mine, Styles J”* – zachichotał, mierzwiąc oklapniętą grzywkę bruneta. – Jeśli zmienimy ostatnie słowo, to są naprawdę genialne wersy.
- Nie podoba ci się?
- Bynajmniej. Po prostu nie wyobrażam sobie Zayna śpiewającego dla mnie miłosną serenadę – prychnął, podchodząc do niewielkiego aneksu kuchennego. – Głodny?
- Jasne – Louis przytaknął w zamyśleniu. Z szuflady wyjął notes, pieczołowicie przelewając na papier zdanie po zdaniu.
- Bawisz się w powieściopisarza?
Harry uśmiechnął się, stawiając na stoliku dwa talerze odgrzanej w mikrofali chińszczyzny.
- Hej, ziemia do Tommo – machnął ręką tuż przed wzrokiem Louis’ego, wyrywając go z transu.
- Tak, tak, dzięki – rzucił na odczepne, wracając do pisania.
Był wyraźnie pochłonięty tym, co robił. Niczym robot kreślił kolejne i kolejne wyrazy. Ku zdziwieniu Harry’ego, w ogóle nie popełniał błędów. Miał całkowitą kontrolę nad tym, co chciał przekazać.
Zaintrygowany, nie mogąc dłużej wytrzymać, odłożył widelec i zwinnym ruchem wyrwał przyjacielowi skoroszyt.
- Oddawaj!
Parę centymetrów wzwyż pozwoliło mu skutecznie odpędzić Tomlinsona, który niestrudzenie stawał na palcach, chcąc odebrać własność.
- Wow, Lou!
- Nie Lou-Louj mi tutaj, tylko oddawaj!
- Nie, poważnie, to jest świetne. Wpadłeś na to przed chwilą?
- Zainspirowałeś mnie stęchłym zapachem jedzenia – wywrócił oczami. Wiedząc, że z metrem osiemdziesiąt pięć nie ma co walczyć, wrócił na małą, niewygodną kozetkę. Umeblowanie nowojorskiego studia z pewnością nie sprzyjało zdrowiu kręgosłupa.
- Łatwo ci to przychodzi. Nigdy nie pojmę jak to możliwe – Harry westchnął, dołączając do bruneta.
Louis zagryzł wargę, hamując chichot.
- Po prostu skupiam się na tym, co czuję. Żadnych blokad – dokładnie dobierał słowa, całkowicie skupiając się na Harrym. – Żadnych.
Styles odwzajemnił spojrzenie, wiedząc, do czego zmierza. Harry nigdy nie będzie taki pewny siebie i bezpośredni jak Louis.
- Jedz, bo wystygnie.
- Wiesz? Trochę siebie nie doceniasz – Louis z uwagą lustrował swój ryż, ignorując skonsternowane spojrzenie Harry’ego. – Kiedyś możesz wieść prym w tej dziedzinie – westchnął. – Byłbyś genialnym tekściarzem, gdybyś choć trochę się otworzył.
Harry nie zaprzeczył. Głupio mu przyznać, że lubi pisać i chyba całkiem dobrze się w tym odnajduje. Chociaż Louis miał rację – twórczość do wglądu publicznego stopowała go na tyle, iż każdą pracę analizował percepcją innych, ignorując to, jak sam się z tym czuje. Kątem oka jeszcze raz zmierzył fragmenty Louis’ego. Patrząc na nie wiedział, że są jego, przesiąknięte nim po ostatnie litery.
„I promised one day that I’ll bring you back a star. I caught one and it burned a hole in my hand…” *2

- Styles, jest za dziesięć siódma.
- Już, chwila.
Harry wygrzebał się spod kołdry, mrużąc oczy przed oślepiającym blaskiem poranka. W pośpiechu naciągnął na siebie wczorajsze jeansy. Nie miał ochoty użerać się z zamkniętą walizką. Od niechcenia przeczesał dłonią włosy, przekraczając próg niewielkiej kuchni.
- Chcesz? Wiem, że chcesz.
Adam postawił przed nim parujący kubek. Harry wspiął się na wysoki stołek, głowę opierając o blat.
- Zabieraj te kłaki z moich kanapek – Lambert uderzył go lekko łopatką kuchenną. Usiadł naprzeciwko, w skupieniu przyglądając się przyjacielowi.
- No co? – Harry wzruszył ramionami, biorąc łyk kawy, która przyjemnie rozgrzała go od środka.
- Co teraz? - Adam przeniósł wzrok na artykuł w dzisiejszej gazecie. Podrapał się po karku, palcem wskazującym pokazując Harry’emu nagłówek:
„Lider zespołu wszech czasów w separacji”
- Nie wiem, skąd już wiedzą – czarnowłosy westchnął, wkładając brudne naczynia do zlewu.
- Wychodzi na to, że nawet sąsiadom nie można ufać – Harry wysilił się na uśmiech, dopijając swój napój. – Chodź, podrzucę cię.

- Dzień dobry, panie Styles!
Harry przytakiwał każdemu, schodami wspinając się na ósme piętro. Adam pędził za nim, jęcząc i marudząc przy każdym kroku.
- Durna awaria – burknął, kiedy dotarli na odpowiedni poziom. – Kończysz dziś równo ze mną, czy mam iść na autobus? – przystanął w drodze do swojego grajdołka.
- O siedemnastej na parkingu.
Adam skinął głową, znikając za zakrętem. Harry skierował się w stronę biurka sekretarki.
- Coś nowego? – wyczekująco spojrzał na dziewczynę, składając podpis na kilku czekających już na niego dokumentach.
- Dzień dobry, panie Styles. Ma pan gościa, czeka w gabinecie.
- Nie spodziewałem się…
- Miał wizytówkę – wpadła mu w słowo. Zarumieniła się, podając Harry'emu teczki, z którymi powinien się dziś uporać.
- No tak. Dziękuję, Veronico.
- Miłego dnia, panie Styles!
Ruszył szybciej niż miał w zwyczaju, po drodze zdejmując kurtkę i przerzucając ją przez ramię. Wpadł do ciemnego biura, zapalając światło. Rozejrzał się dookoła, szukając go wzrokiem.
- Bardzo impulsywnie, Harry - Leighton siedział na JEGO krześle za JEGO biurkiem, w palcach trzymając JEGO zdjęcie.
- Nie za wygodnie, panie Pevense? – zamknął drzwi, podchodząc bliżej. Rzucił dokumentację na blat, delikatnie odbierając mu z rąk fotografię.
Leighton wstał, niespiesznie okrążył Harry’ego, po czym usiadł po drugiej stronie, gdzie zazwyczaj oczekiwali go normalni pracownicy. Harry postawił ramkę na swoje miejsce. Zapach wody kolońskiej Leightona wciąż unosił się przy jego fotelu.
- Więc – odkaszlnął, szykując się na walkę z niebezpiecznie bezpruderyjnym spojrzeniem bruneta. – Masz to, o co cię prosiłem?
- Owszem – chłopak wyciągnął z kieszeni pendrive’a. Położył go na stole, pstryknięciem przekazując Harry’emu. Podniósł się, udając, że rozprostowuje kości.
- Idziesz już? – Harry zmarszczył brwi, obserwując, jak Leighton podnosi swój czarny plecak.
- Miałem ci to tylko przynieść - prychnął, jakby nigdy nic.
Harry westchnął.
- Nie jesteś ze mną na ty, Leightonie.
- Ty ze mną też nie, Harry.
Puścił mu oczko, otwierając drzwi.
- Zadzwonię za parę dni.  
- Nie chcesz nawet przedyskutować kwestii umowy? – oparł się o krzesło. Leighton wprawiał go w coraz większe zakłopotanie. – O ile jakąś podpiszemy – poprawił się, widząc triumfalne iskierki malujące się w jego oczach.
- Panie Styles, ja przepraszam, mówiłam pani, że jest pan zajęty, ale… - Veronica wpadła do pomieszczenia, a tuż za nią pojawiła się Judith.
- Czego chcesz? – Harry wstał powoli, zmieszane spojrzenie rzucając w stronę Leightona i swojej sekretarki. Jeśli jego żona planowała zrobić mu awanturę, wolał, żeby nie było żadnych świadków.
- Harry…
- Nie teraz – delikatnie złapał ją za ramię, próbując wypędzić z gabinetu.
- Harry, nie wiem, gdzie jest Leo.

Zayn od paru minut krążył samochodem po parkingu. 
- Cholera!
Jak na złość wszyscy postanowili wybrać się dziś do supermarketu. Dźwięk telefonu wyrwał go z szeptania wiązanki pełnej przekleństw. Zawsze, gdy się spieszył, coś musiało uprzykrzyć mu życie. 
- Czego? - warknął do telefonu, nie spoglądając na wyświetlacz.
- Zayn? - zmartwiony głos Perrie nieco go zaniepokoił.
- Coś się stało?
- Jest u mnie syn Harry'ego.
- Co? - Malik zmarszczył brwi, odnajdując wreszcie upragnione wolne miejsce.
- Ma jego kartę kredytową. Pomijam fakt, że przyjechał tu sam, chowając się w toalecie w pociągu. 
- CO?! - Zayn drastycznie zahamował, wyłączając silnik. - Powiedz, że żartujesz. 
- Wracaj do domu, ja dzwonię do Harry'ego - nie czekając na odpowiedź, zakończyła połączenie. 


*2 fragment Don't let me go