środa, 9 października 2013

Rozdział 9

Witajcie, najwierniejsi i najcierpliwsi ludzie na świecie!
Liceum to zło i zabieracz wszelkiego czasu. Znalazłam dziś chwilkę na przygotowanie dla was czegoś, co ośmielam się nazwać rozdziałem. Nie pobiłam limitu Worda, ale zapchałam tekst akcją, przynajmniej taką mam nadzieję. Trochę się dzieje, ale wciąż do końca nic nie wiadomo. Jestem okrutna! :)
Dziękuję za to, że niektórzy z was wciąż komentują. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam to czytać!



jaki słodki Hazza! :)

_________________________________


Retrospekcja

Niedziela, 04.07.2011r.

- Leonardo Dicaprio w „Incepcji”!
Harry przecząco pokręcił głową, biorąc ze stołu chusteczkę higieniczną. Obwiązał ją sobie na lokach, wykonując dziwne ruchy ręką.
- Wiem, wiem! – Niall z radości zrzucił pilot na podłogę. – Caroline Flack  na emeryturze!
Styles zrobił młynka oczami, ignorując rechot pijanego Malika.
- Kapitan Jack Sparrow.
- Nareszcie! – Harry zdjął z głowy serwetkę, wciskając się między Liama i Zayna.
- Louis wygrał, więc… - Liam wypełnił kieliszek przezroczystym płynem. – Twoja kolej!
Tomlinson jednym haustem pozbył się całej zawartości naczynia.
- Dopiero się rozkręcam – mrugnął w stronę Harry’ego, zajmując jego miejsce na środku pokoju. – Kategoria brzmi... – zamyślił się na moment. Jego niebieskie oczy rozbłysły triumfalnie. – Celebryta.
- Jeśli kolejny raz mówicie o Caroline, to…
Zayn ponownie wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. Wyprawy do Stanów działały na niego imprezowo – przesadzał z alkoholem i często kończył w klubach, wieczorem skruszony spowiadając się Perrie na skypie.
- Damn it! – Louis zagryzł wargę, ignorując język wystawiony w jego stronę. Uwielbiał żartować z byłych Harry’ego.
Po chwili rozglądania się po apartamencie Payne’a, wyciągnął zza komody niewielką miotłę i wskoczył na stół zapełniony brudnymi talerzami.
- Cholera, to musi być Niall!
- Zdecydowanie!
- Co? – Horan prychnął poirytowany. – Wcale tak nie wyglądam!
- Tsaa – Louis westchnął głośno. – Teraz ty! – podsunął blondynowi wódkę pod nos i z powrotem wylądował na sofie. Oparł się o ramię Harry’ego, rozkładając nogi na długość całej kanapy. – Lubię takie wieczory.
- Ja też – Harry przeczesał dłonią włosy. – Ale nie kiedy zapijasz smutki.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Boże, Zayn! – Niall i Malik tarzali się po dywanie, odtwarzając niecenzuralne sceny z „Titanica”.
- Nie udawaj – Styles zignorował przyjaciół, próbując złapać spojrzenie Tomlinsona. – Co się stało?
Louis przez długie minuty wpatrywał się w sufit. Skrupulatnie dobierał słowa, starając się nie wyjawiać za wiele.
- Co byś zrobił, gdyby całe twoje dotychczasowe życie okazało się fiaskiem?
- A możesz przestać gadać frazesami?
- Jesteś nieletni, zostaw tego Jacka Danielsa! – Liam biegał za Malikiem, próbując wyrwać mu butelkę z rąk.
- Odpowiedz – Louis usiadł po turecku, przypatrując się Harry’emu. 
- Nie, to nie jest śmieszne. Zmartwiłeś mnie.
- Ja wcale nie żartuję.
Harry ułożył usta w cienką linię.
- Dlaczego uważasz, że twoje życie jest fiaskiem?
- A czy ja powiedziałem coś takiego?
- Louis!
- Nieważne, nie było tematu.
Tomlinson machnął ręką i mijając grupkę śmiejących się przyjaciół, wyszedł na balkon. Zdenerwowany Harry ruszył za nim.
- Nie skacz, Harry, nie skacz!
Styles tylko westchnął. Przyzwyczaił się do głupot, które Zayn miał w zwyczaju mówić po pijaku. Wyszedł na przestronny taras. Widok z penthouse’a robił wrażenie – w takich chwilach warto doceniać sławę i pieniądze.
- Louis?
Brunet opierał się o barierkę, obserwując pojedyncze smugi światła rozjaśniające niektóre okna sąsiedniego wieżowca.
- Możesz dać mi spokój? – rzucił przez ramię.
- Wiesz co? Jesteś nie do zniesienia. Wyskakujesz z czymś wielkim, a potem tak po prostu ignorujesz sprawę.
Kiedy Harry chciał już odejść, dotyk ciepłej dłoni na nadgarstku zatrzymał go w miejscu.
Między szybkim krokiem a czymś w rodzaju „Chrzanić to” z ust Louisa, nie było czasu na racjonalne przemyślenia.
Louis Tomlinson pocałował swojego przyjaciela Harry’ego Stylesa, który zamiast dać mu w twarz, pocałunek najzwyczajniej w świecie odwzajemnił.


Pogoda od dawna nie prezentowała się tak obiecująco. Pomimo kilku niewielkich chmur, słońce rozświetlało wciąż mokre po wczorajszej ulewie chodniki Kensington Gardens.
Harry, Niall i Zayn z dzieciakami przechadzali się przy fontannach.
- Tato, kiedy sobie pójdą? – córka Horana z nieufnością obracała się za siebie.
- Mi kiedyś jeden dał lizaka.
- Taa – westchnął Zayn. – I wtedy to Jayden sprzedał papparazzim zdjęcie Sophie. Dzięki, synu.
Niall westchnął głośno.
- Nie martw się, porobią trochę zdjęć i się zmyją – wzruszył ramionami. – Zgubimy ich, jak wejdziemy w ten tłum ludzi.
- Po co w ogóle to robią? – dziewczynka pokręciła głową. – Skąd cię znają?
- Kiedyś ci opowiem.
- Tylko pomiń zaloty do dziennikarek – parsknął Zayn, otrzymując w odwecie solidny kuksaniec w żebro.
- Boże, ja tu trzymam niemowlę! – zachichotał, opierając się o ramę wózka dziecięcego.
- Co to są zaloty?
- Dezorientujesz moje dziecko!
- Tato, mogę? – Jayden pociągnął Malika za rękaw, palcem pokazując niedaleki plac zabaw.
- Biegnijcie, dogonimy was.
- Niespożyta energia – westchnął Harry, wypuszczając z rąk dłoń Leo, który ruszył za przyjaciółmi.
- Zawsze chciałem, żeby tak było.
Zayn i Harry zmarszczyli brwi.
- Wiecie – Niall wzruszył ramionami. – Nic sentymentalnego. Po prostu… - zmieszał się. – Nasze dzieci bawią się razem. Wszyscy jesteśmy jedną wielką ferajną. Nie sądziłem, że tak będzie. Kiedyś sądziłem, ale potem… - odkaszlnął znacząco, rozglądając się na boki.
Malik jedynie spojrzał na Sophię śpiącą w swojej pomarańczowej spacerówce.
- Nie rozpadnę się na tysiąc kawałków, jeśli to powiesz. Tak, po śmierci Lou też w to zwątpiłem.
Horan pokrzepiająco uśmiechnął się do Harry’ego.
- Przepraszam. Ja tylko…
- Rozumiem – włożył ręce w kieszenie ciasnych jeansów. – Na waszym miejscu też bym się siebie bał.
- To nie tak – Zayn zaprotestował. – Przeżyłeś to bardziej, sprawa jest oczywista. Wszyscy ponieśliśmy stratę, tylko…
- Tylko nie sądziliśmy, że po tylu latach to wciąż będzie tak żywa sprawa – dokończył Niall.
- I że wciąż będziemy tęsknić tak samo. Czas nie leczy ran - Zayn wyjął spod wózka paczkę Marlboro. – Chcecie?
Obaj zrezygnowali, przejmując od Zayna Sophię, podczas gdy mulat oddalił się jak najdalej od bawiących się na huśtawkach dzieci.
- Jestem okropny – Harry zagryzł wargę. – Zaklepałem sobie rolę cierpiętnika, nie zastanawiając się nawet, jak moim najbliższym może być ciężko.
- Harry, wszystko okej.
- Nie, Niall. Przyjąłem do wiadomości to, co powiedziałeś mi ostatnim razem. Byłem wtedy zbyt zamroczony, by to obiektywnie odebrać. Ale odkąd pojawił się Leighton, zrozumiałem…
- Leighton?
- Kim jest Leighton? – Malik dołączył do chłopaków. – Imię dla dupka.
Harry uśmiechnął się sarkastycznie.
- Leighton jest klonem Louisa – przysiadł na drewnianej ławce, wypatrując syna wśród przedszkolaków. – To ten chłopak, na którego wpadliśmy w parku.
- Znalazłeś go? – Niall wytrzeszczył oczy ze zdumienia.
- Czuję się wykluczony – jęknął Zayn.
- Po naszej zmowie pojechałem do Harry’ego.
- A jednak!
- Cicho, Styles. – blondyn trzepnął go w ramię. – Wpadliśmy w parku na chłopka, który, śmiej się lub nie, wygląda kropka w kropkę jak… Jak Louis. Po prostu jak Louis. Gdyby nie tyle tatuaży i kolczyków – Horan zadrżał, jakby próbował odgonić natrętne myśli. – Bardzo dziwne.
- Niemożliwe.
- Nazywa się Leighton Pevense i nie dość, że wygląda jak Louis, to jeszcze zachowuje się jak on.
Zayn i Niall wymienili zdziwione spojrzenia.
- Okazało się, że mój nowy podopieczny to klon Louisa. Przypadki chodzą po ludziach.
- To chore.
Harry prychnął.
- A żebyś wiedział, Malik, a żebyś wie…
- Kółko samotnych ojców?
Wysoki brunet uśmiechnął się, zdejmując z nosa okulary przeciwsłoneczne. Biała koszulka bez rękawów uwydatniała mięśnie chłopaka, a ciemne jeansy dodawały odważnego wizerunku.
- Liam!


Dym papierosowy wypełniał duszne pomieszczenie. Pokój skąpany w mroku bordowych barw pachniał tytoniem, potem i damskim Chanel Paris.
Chłopak stał podparty o pokrowiec z gitarą. Obserwował obrazy na ścianach prezentujące odważne sceny między dwiema kobietami.
Pomimo klimatów, które uwielbiał, „Jacksonville” odstraszało go kapiącym zewsząd erotyzmem. Miał wrażenie, że nawet wzory wykute w dębowym biurku szeptały do niego sprośne komentarze.
- Pevense, kopę lat! – otyły mężczyzna w ciemnych okularach wyjął z ust niedopałek. Wziął drobnego chłopaka w męski uścisk, gestem wskazując mu krzesło.
- Nie, ja tylko na chwilę – wyjął z plecaka portfel, przeliczając funty. – Sześćdziesiąt procent. Tak, jak obiecałem.
- Noo – mężczyzna raz jeszcze przekartkował banknoty, chowając je w wewnętrznej kieszeni marynarki. – Lubię robić z tobą interesy, Pevense. Kiedy wracasz do Londynu?
- Właśnie o tym chciałem pogadać, ale to może innym razem.
- Siadaj na dupie i mów od rzeczy.
Brunet oblizał spierzchnięte usta, znajdując punkt zaczepienia w komodzie za plecami szefa.
- Możliwe, że nie wracam już w ogóle, panie Morisson.
- Co!?
- Mówię, że…
- Czyś ty, kurwa, zwariował?!
- Nie unoś się. Nic nie jest pewne.
- Jest, czy nie jest, nigdzie nie jedziesz.
- Jackson!
- Nie!
Leighton prychnął poirytowany. Splunąwszy na umorusaną wykładzinę, także utrzymaną w kolorystyce mocnej czerwieni, odwrócił się na pięcie, przekraczając próg czegoś w rodzaju gabinetu.
- Jeszcze nie skończyliśmy, Pevense!
- Wiesz co? – zapiął kurtkę pod samą szyję, wracając do biurka, za którym siedział prostacki Jackson Morisson. – Pieprz się.

wtorek, 24 września 2013

Rozdział 8

Witajcie po przerwie!
Wykończy mnie ta szkoła, słowo daję. Poza tym mam też przyjaciół, rodzinę i sprawy osobiste, więc... To naprawdę brzmi jak denne tłumaczenie, co nie?
Wybaczcie mi zwłokę, ale w ramach rekompensaty rozdział ma aż 6 stron w Wordzie, mój nowy rekord.
Mogę was prosić o komentarze? Wciąż jest ich dużo, ale kiedyś było więcej. Motywują mnie jak cholera.
Zapraszam do czytania! 
Buziaki! :)

__________________________________


Deszcz rytmicznie uderzał o rynny. Chłopiec siedział na parapecie, palcami ścigając się z sunącymi po szybie kroplami.
- Wszystko w porządku?
- Mam bardzo przechlapane?
Perrie uśmiechnęła się, siadając obok.
- Skłamałabym, mówiąc, że nie.
Leo opuścił wzrok, obejmując kolana rękami.
- Hej, co to za mina!
- Ja tylko chciałem, żeby oni zaczęli ze sobą rozmawiać.
- Kto, skarbie? – skonsternowana zmarszczyła brwi. – Nie chcę na ciebie naciskać, ale lepiej, żebyś powiedział mi, dlaczego przyjechałeś bez wiedzy rodziców. Skąd ten pomysł?
- Tata się wyprowadził. Mówił, że na trochę, ale to nie jest na trochę. Mama za często widywała tego pana.
- Jakiego pana? - Perrie pokręciła głową. – Czekaj, powoli. Chyba trochę nie rozumiem.
Leo przygryzł wargę, machając nogami w powietrzu. Był za niski, by dosięgnąć podłogi.
- Mama zdradzała tatę, ale nie mogłem mu powiedzieć.
- Nie… - blondynka przymknęła powieki, próbując przyswoić wszystkie informacje, które opowiedział jej Leo. – Leo? – westchnęła, chwytając strapiony wzrok chłopca. – Nie myśl, że ci nie wierzę, ale chyba coś pokręciłeś. Zdrada to bardzo mocne słowo.
- Wiem, co to znaczy, mam już prawie sześć lat.
Perrie uśmiechnęła się, palce wtapiając w puszyste od mżawki loki dziecka.
- Rodzice przyjadą i wszystko sobie wyjaśnicie, już ich powiadomiłam – grymas wpełzł na twarz pięciolatka, wywołując w Perrie mieszane uczucia. – Spokojnie, wstawię się za tobą, kawalerze.

Droga w godzinach szczytu nie wydawała się kuszącą perspektywą, jednak żadna inna opcja nie wchodziła w grę. Po telefonie, jaki otrzymał, Harry jak poparzony wyskoczył z biura, chcąc, niechcąc, z Judith kroczącą mu za plecami.
Mijając znak informacyjny, dodał gazu, w parę minut pokonując peryferie Londynu.
Nie był tutaj od tak dawna – ostatni raz na urodzinach Liama w 2016 roku. Miejskie zakłady pracy i fabryki nieustannie tętniły życiem. Zdawało się, że choćby najmniejszy hektar potężnej metropolii wykorzystywano w celach gospodarczych. Odległe drapacze chmur powoli wynurzały się zza kłęby dymów i spalin, kiedy tylko zakręcił w pierwsze mieszkalne alejki.
Harry nie potrafił opisać uczucia narastającego w nim z każdym mijanym kilometrem. Pomimo powagi sytuacji cieszył się, że znowu jest tutaj, w miejscu, które mimowolnie nazywał swoim prawdziwym domem.
Judith na siedzeniu pasażera podrygiwała nerwowo, wypatrując skromnej, ale jakże okazałej willi Malików. W prawdzie nie dogadywała się z Zaynem, jednak parę razy miała przyjemność odwiedzić jego posiadłość. Pamiętała, że Malik cenił sobie prywatność, stąd dom na najdalszych obrzeżach Londynu.
- Nie powinieneś skręcić w prawo?
- Jest objazd, robią drogę.
- W porządku.
Funkcjonowanie na zasadzie prostych pytań i odpowiedzi po parogodzinnej trasie stawało się nad wyraz męczące. Sporadyczne próby rozpoczęcia rozmowy nie przyniosły rezultatu, chociaż tyle spraw wymagało przedyskutowania.
Odnalazłszy Churchill Avenue 24, Harry zaparkował na podjeździe, z ociąganiem wyjmując klucze ze stacyjki.
- Idziesz?
Judith zdążyła wysiąść i podejść do bramy, ignorując ulewę plączącą jej jasne kosmyki. Harry naciągnął na głowę kaptur, zamykając samochód. Stanął u boku Judith, przepuszczając ją frontowym wejściem.
Mieszkanie Zayna i Perrie znajdowało się na ogromnym pagórze sąsiadującym z rozległym polem golfowym. Widok jak zawsze zapierał dech w piersiach, jednak i bez tego Harry nie potrafił solidnie nabrać powietrza w płuca. Denerwował się świadomością, że Leo uciekł przez niego. Wyrzuty sumienia coraz bardziej piekły jego gardło, w którym uformowała się gula przerażenia.
Syn Harry’ego nie był głupim maluchem. Rozumiał nader dużo, co budziło podziw wśród babć i nauczycielek. Harry sam nie wiedział, jak czuje się z tym faktem. Kochał Leo najbardziej na świecie, ale często obawiał się, że natłok informacji może za mocno obciążyć chuderlawe barki chłopca. Czasami nie wiedział, w jaki sposób traktować własne dziecko. Momentami odnosił się do niego, jak większość rodziców odnosi się do swoich pociech – z przymrużeniem oka odpowiadał na nurtujące Leo pytania, stawiając wszystko w kolorowym świetle. Z drugiej strony chłopiec miewał dni, które Harry żartobliwie nazywał „podniosłością w kędzierzawym królestwie” – pięciolatek beształ go za wymijające i lakoniczne bajki o szczęściu, chcąc czystej prawdy, jak np. wtedy, gdy nie kupił historii o tym, jakoby dzieci brały się z kapusty.
Harry wyrwał się z letargu dopiero przed drzwiami budynku, kiedy zadaszenie tarasowe powstrzymało strugi deszczu od moczenia jego ubrań.
Judith zadzwoniła delikatnie, strzepując z płaszcza zbłąkane krople wody. Za miną pokerzysty Harry dostrzegł jej zmartwienie i podenerwowanie.
Drzwi otworzyły się ze zgrzytem, ukazując im wnętrze przestronnego przedsionka skąpanego w bieli i szarości.
- Zobacz, goście przyszli!
Perrie kołysała na rękach małą dziewczynkę, która obserwowała przybyszy wielkimi brązowymi oczami. Harry i Judith widzieli ją po raz drugi, nie mogąc wyjść z podziwu, jak zmieniła się przez te pół roku.
- Cześć – Judith pierwsza odważyła się przekroczyć próg korytarza. Przywitała się z Perrie, przejmując z jej rąk Sophię.
- Witaj, Harry – Perrie przytuliła się do Harry’ego, całkowicie znikając w jego dużych ramionach. – Pewnie jesteście zmarznięci, dam wam jakieś ciepłe ubrania.
- Nie, nie trzeba – Judith potrząsnęła głową, oddając Sophię z powrotem w dłonie mamy. – Gdzie on jest? – nerwowo rozejrzała się po korytarzu, odkładając kurtkę na wieszak. Harry powtórzył jej ruchy, mimowolnie zaglądając za najbliższe drzwi. Musiał upewnić się, że Leo jest cały i zdrowy.
- Zasnął. Był wyczerpany – ruszyli za Perrie po schodach, przystając przy drzwiach jednej z sypialni. – Zajrzyjcie, jeśli chcecie, idę przewinąć małą – oddaliła się do pokoju obok, dając im chwilę wytchnienia i ulgi.
Judith bez oporu weszła do środka, od razu przysiadając na skraju wielkiego łóżka.
Leo leżał zamotany w jasną pościel, a jego cichy i spokojny oddech był jedynym dosłyszalnym dźwiękiem panującym w pomieszczeniu.
Harry oparł się o błękitną ścianę, wzdychając ciężko. Ręką delikatnie przeczesał włosy chłopca, pozostawiając je w jeszcze większym nieładzie.
- Dzięki bogu – szepnęła Judtih, przykładając czoło do dłoni Leo. Pocałowała go w policzek i jeszcze szczelniej opatuliła kołdrą.
- Niech odpocznie, potem z nim porozmawiamy – spojrzała na Harry’ego, wstając i oglądając się na śpiącego syna. – Pójdę do Perrie, może coś jej powiedział.
Harry tylko przytaknął, nie zmieniając pozycji. Judith wyszła, przymykając za sobą drzwi.
- Oj, młody, młody – podszedł bliżej, zajmując wcześniejsze miejsce Judith.
- Przepraszam – stłumiony odgłos przedostał się spod kupy prześcieradeł i koców. – Nie chciałem – ciemne oczy wychyliły się zza poszewki, uważnie lustrując zdziwioną twarz Harry’ego.
- Nieładnie robić takie dowcipy starszym, młody mężczyzno – Harry uśmiechnął się, uchylając rąbka kołdry, po czym sam ułożył się obok Leo, ignorując jego chichoczące protesty.
- Jesteś na mnie zły?
Harry podparł głowę na dłoni, odwracając się bokiem w stronę chłopca.
- Jestem zły na siebie – przejechał palcami po policzku Leo, po czym przyciągnął go do siebie. Usiadł po turecku i przytulił syna, zaciągając się jego słodkim zapachem - tak pachniało bezpieczeństwo, o ile to w ogóle możliwe.
- Ja po prostu chciałem, żebyś porozmawiał z mamą. Żebyście nie krzyczeli i żebyś wrócił do domu. Nie jest tak samo, kiedy cię nie ma – cichy szloch jeszcze bardziej zmoczył koszulkę Harry’ego. Zresztą mało brakowało, by i z jego oczu uleciały gorzkie łzy. To była jedna z najpiękniejszych chwil w jego życiu, bez wątpienia. Choć nienadzwyczajna, w swojej prostocie znaczyła dla niego bardzo wiele.
- Już, już – oddalił chłopca od siebie na długość wyciągniętej ręki. – Będzie teraz trochę inaczej, Leo – otarł słone krople z kącików jego oczu, uśmiechając się pocieszająco.
- Kiedy mówiłeś mi, że potrzebujecie z mamą czasu sam na sam, miałeś na myśli sam na sam już na zawsze, prawda?
- Nie jestem pewien, ale ja i twoja mama… - Harry oblizał dolną wargę, szukając odpowiednich słów. Ostatnio nie powiedział mu prawdy, przez co teraz znajduje się tutaj, w sypialni gościnnej Malików. Kłamstwo chyba nie popłaca. – Wydaje mi się, że nie będziemy mogli już nigdy mieszkać w jednym domu – wypalił na jednym wdechu, uciekając wzrokiem w przestrzeń. Nie chciał patrzeć w oczy syna. – Kiedy byłem mały, babcia z dziadkiem też zdecydowali, że przestaną żyć razem, i wiesz co zrobiłem?
- Co takiego?
- Uciekłem z domu – uśmiechnął się gorzko, palcem wskazującym kreśląc kółka na kolanie chłopca. – W prawdzie poszedłem tylko do mojego przyjaciela, Tony’ego, ale rodzice i tak dostali szału. I nawet dokonałem swego. Odłożyłem kryzys w ich małżeństwie na parę miesięcy, ale później to wróciło, ze zdwojoną siłą.
Leo uważnie słuchał każdego jego słowa, w skupieniu analizując, do czego pije tata.
- I wtedy zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu. Lepiej będzie, jeśli przestaniemy mieszkać razem. Nie utrzymam ich na siłę, skoro to gorsze niż bycie osobno.
- Co było potem?
- Potem babcia rozwiodła się z dziadkiem. Zostałem z babcią, ale dziadek odwiedzał mnie co najmniej dwa razy w tygodniu. Chodziliśmy na ryby, na moje ulubione eklery do cukierni pani Hutcherson.
- Naszej sąsiadki?
- Tak – Harry uśmiechnął się mimowolnie, gdy coraz bardziej ożywiał zakopane gdzieś głęboko wspomnienia z dzieciństwa. – Najlepsze wypieki w mieście, zresztą sam próbowałeś.
Leo przytaknął, wyraźnie nad czymś dumając.
- I teraz myślisz, że dobrze zrobiłeś?
- Myślę, że gdybym tego nie zrobił, może teraz wiódłbym inne życie. Może nie dokonałbym paru kluczowych wyborów nawiązujących do tego, gdzie jestem teraz. Może nie miałbym ciebie i może nigdy nie poznałbym wujka Zayna, który nie spotkałby cioci Perrie.
- I wszystko zależało od tego, że pozwoliłeś dziadkom się rozwieść?
Harry przygryzł wargę.
- Trochę zboczyliśmy z tematu. Po prostu uważam, że czasami to, co wydaje się niedobre, jest najlepszą opcją dla wszystkich. Rozumiesz?
- Chyba tak.
- Dobrze – Harry uśmiechnął się, wstając z łóżka. – A teraz chodź – wyciągnął dłoń w stronę chłopca. – Mama na pewno się ucieszy, że jednak nie śpisz.

Perrie opowiedziała Judith i Harry’emu wszystko, czego dowiedziała się od ich syna. Resztę dnia spędzili ignorując problem i starając się miło spędzić czas.
Leo zaintrygował się małą Sophią, chociaż Jayden, syn Malików, skutecznie wmawiał mu, że „to coś” tylko płacze i je, w dodatku jest dziewczynką w różowych śpiochach.
Harry, wpatrzony w dzieciaki śmigające po całym domu, wylegiwał się na kanapie. Kompletnie ignorował telewizor głośno reklamujący nowy proszek do prania.
- Mogę się przyłączyć?
- Jasne.
Harry przesunął się, robiąc więcej miejsca dla Zayna z Sophią na rękach. Malik rozłożył na środku sofy kocyk, na którym ułożył dziewczynkę z zabawką w buzi. Sam usiadł wygodnie, zmieniając kanał na stację muzyczną.
- Wesoło tu, odkąd przyjechaliście.
Brzdęk garnków i talerzy dopełniał hałasu, a zapach czegoś aromatycznego kusił zmysły.
- Nie ma za co – Harry zachichotał, gilgocząc Sophię, wpatrującą się w niego świecącymi z radości oczyma.
- Szkoda, że tak rzadko wpadacie.
Zayn westchnął, poprawiając zwisającą skarpetkę na stópce córki.
- Wiem, że masz mi to za złe, ale…
- Nie – przerwał mu energicznie. – Bynajmniej. Po prostu rozumiem, co w tobie siedzi. Tak sądzę, że rozumiem.
Chwila krępującej ciszy ciążyła nad salonem.
- Dzięki, Zayn.
- Nie przeceniaj mnie. Parę razy chciałem zrobić ci Paranormal Activity.
Sophie, nie wiedząc, co się dzieje, dołączyła do chichoczących chłopaków, wywołując w nich jeszcze większą salwę śmiechu.
- Macie tutaj jakiś jej kult? – Harry uniósł brew, obserwując Malika, który tym razem przyczepił się do odpiętego guziczka w małej różowej koszulce.
- Perrie mówi, że mam obsesję.
- Niall ma konkurencję.
- Niall niedługo odpadnie. Vivi poszła do szkoły, niedługo nie będzie już córeczką tatusia.
- Masz rację – Harry przytaknął w zamyśleniu. – Przekażę Liamowi, żeby zaostrzył rywalizację.
- Payno się nigdy nie ustatkuje – roześmiał się Zayn, podpierając brodę kolanem.
- Czytałem w gazetach, że kogoś ma – Harry wzruszył ramionami, pomagając Sophie ustać na nogach. Dziewczynka przytrzymała się jego palców, z trudem unosząc się na pulchnych nóżkach. Zayn przyglądał im się z uśmiechem.
- Nie byle kogo. Pamiętasz Jesy Nelson?
- Była z Perrie w Little Mix.
- Ta sama.
Harry gwizdnął z aprobatą.
- Naprawdę?
- Coś jest na rzeczy, ale oficjalnie udawaj zaskoczonego.
- Milczę jak grób.
- Tato! – Jayden wbiegł do pokoju, a zaraz za nim pojawił się Leo. – Mama mówi, że kolacja na stole.
- Idziemy – Harry podniósł się, biorąc Sophie na ręce.
- Harry?
Styles przepuścił chłopców przodem, odwracając się do Zayna.
- Nie chcę się wtrącać, ale też czytam prasę, poza tym Perrie powiedziała mi, co mówił Leo. W sensie… – zmieszał się. – Leo uciekł, bo uważa, że…
- Leo ma rację.
Zayn pokiwał głową, wyłączając telewizor.
- Jeśli chcesz pogadać, to jestem tu dla ciebie.
- Dziękuję.
Za to Harry cenił sobie Malika. Nie odzywał się do niego tyle czasu, a on wciąż był taki sam – nie wścibiał nosa w nie swoje sprawy, ale we wszystkim miałeś jego poparcie, niezależnie od tego, jaka jest sytuacja.
- No – Zayn odkaszlnął, popędzając Harry’ego. – Koniec czułości, mój kurczak stygnie.

Kolacja przebiegała w przyjemnej atmosferze. Nawet Harry i Judith rozmawiali ze sobą, próbując odłożyć na bok rzeczy, z którymi przyjdzie im się zmierzyć jutro. Na początku było dość niezręcznie. Harry wciąż nie pogodził się z tym, co zrobiła mu jego żona. Potrafił jednak koegzystować z kobietą w harmonii, motywowany obecnością Leo.
Dzwonek do drzwi przerwał rozgardiasz panujący przy stole.
- Spodziewasz się kogoś?
Zayn wzruszył ramionami, wyprzedzając Perrie w wyjściu na przedsionek.
- Słyszałem, że imprezujecie bez Horanów, parszywe gnidy!
- Niall, tu są dzieci!
Horan wpadł do jadalni z Vivienne na rękach.
- Harry był łaskaw wysłać mi SMS’a – uradowany Irlandczyk postawił swoją córkę na ziemi, przytulając się z każdym, włącznie z Sophią.
- Gdzie zgubiłeś Demi?
- W Ameryce. Ale wraca niedługo. Kurde, jak się cieszę, że was tu widzę w takim gronie.

Dom Malików tętnił życiem.
Vivi, Leo i Jayden biegali boso po trawie na ogrodzie, a zmartwione Judith i Perrie obserwowały najmniejszy ruch dzieci, upominając je na każdym kroku.
Niall, Zayn i Harry rozsiedli się na tarasie, popijając piwo i ciesząc się piękną pogodą, która nastała zaraz po okropnej burzy.
- Świetnie, że wpadliście do Londynu.
Niall nie wiedział o ucieczce Leo, lecz reszta postanowiła wtajemniczyć go z rana. Nie chcieli psuć specyfiki tego miłego wieczoru, a entuzjazm Horana był zaraźliwy.
Rozmawiali o rzeczach błahych, wspominali dawne lata, skrupulatnie omijając tematy drażliwe.
- Przepraszam na moment.
Harry, rozbrojony nowym kawałem Nialla, oddalił się w głąb ogrodu, przykładając do ucha dzwoniący telefon.
- Styles, słucham?
- Cześć, Harry.
Przystanął w miejscu, próbując przypomnieć sobie, jakim cudem Leighton do niego dzwoni. Spotkanie spraiwło, że stał się nieco zamroczony, więc dopiero po chwili przypomniał sobie o wizytówce.
- Cześć, Leighton.
- Znalazłeś już chłopca?
- Tak, dziękuję, że pytasz. Wszystko w porządku?
Głos Leightona był inny niż zazwyczaj, stonowany i mało wyzywający.
- Chciałem się tylko upewnić, że z twoim synem jest okej.
- To miłe.
Głośne szumy i piski zakłóciły połączenie.
- Jesteś tam?  - Harry zmarszczył brwi, słysząc krzykliwy głos w tle.
- Tak, tak. Przepraszam, muszę kończyć.
- Wszystko dobrze?
- Tak. Cieszę się, że u ciebie w porządku.
- Leighton?
- Tak?
Harry zawahał się.
- Naprawdę wszystko dobrze?
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, Harry.
- Jesteś dziś inny.
- Nie znasz mnie.
Cisza zawisła na linii, jednak żaden nie rzucił słuchawką.
- Może już wkrótce poznasz mnie lepiej – cichy szept przyprawił Harry’ego o ciarki na całym ciele. Co do cholery? Czy ten dupek mu grozi? – Dobranoc, Harry.
Głuchy odgłos zakończonego połączenia rozszedł się echem po spokojnej okolicy.
Leighton jest popaprany…

niedziela, 8 września 2013

Rozdział 7

Cześć!
Nie będę kłamać - jest mega krótko, mega dziwnie i mega nie w moim stylu. Retrospekcja chyba dłuższa od całego rozdziału właściwego.
Nie nadążam ze szkołą, ze wszystkim innym. To aż irracjonalne, biorąc pod uwagę, że dopiero zaczął się rok szkolny. Poza nauką prywatne sprawy też rzuciły mi się na łeb, więc nie dałam rady wykrzesać nic więcej z tego rozdziału. Stwierdziłam, że wolicie cokolwiek od niczego, prawda?
W wakacje byłam w miarę regularna, ale teraz nie wiem, kiedy i jak będę publikować. Postaram się wykrzesać każdą chwilę. Oby wena nie zrobiła mnie w jajo.
Mimo wszystko, liczę na waszą wyrozumiałość.
Do napisania!

_____________________


Retrospekcja

Wtorek, 01.04.2012r.

- A co myślisz o tym?
Chłopak przejął świstek, z uwagą śledząc tekst pełen kleksów i przekreśleń. Wymięta kartka wyglądała, jakby wyjęto ją psu z gardła. Kilkanaście przedziurawionych miejsc sugerowało, że Harry bardzo przykładał się do wyraźnego kaligrafowania swoich bazgrołów.
Delikatny uśmiech błądził po wargach Louis’ego.
- To jest to – spojrzał na Stylesa, wyrywając mu długopis z dłoni. Szybkim ruchem dopisał dwie linijki, na końcu stawiając dwukropek i nawias. – Będzie się świetnie komponować.
Harry spojrzał ponad ramieniem przyjaciela, odczytując na głos.
- „Cause this love is only getting stronger so I don’t wanna wait any longer, I just wanna tell the world that you’re mine, Styles J”* – zachichotał, mierzwiąc oklapniętą grzywkę bruneta. – Jeśli zmienimy ostatnie słowo, to są naprawdę genialne wersy.
- Nie podoba ci się?
- Bynajmniej. Po prostu nie wyobrażam sobie Zayna śpiewającego dla mnie miłosną serenadę – prychnął, podchodząc do niewielkiego aneksu kuchennego. – Głodny?
- Jasne – Louis przytaknął w zamyśleniu. Z szuflady wyjął notes, pieczołowicie przelewając na papier zdanie po zdaniu.
- Bawisz się w powieściopisarza?
Harry uśmiechnął się, stawiając na stoliku dwa talerze odgrzanej w mikrofali chińszczyzny.
- Hej, ziemia do Tommo – machnął ręką tuż przed wzrokiem Louis’ego, wyrywając go z transu.
- Tak, tak, dzięki – rzucił na odczepne, wracając do pisania.
Był wyraźnie pochłonięty tym, co robił. Niczym robot kreślił kolejne i kolejne wyrazy. Ku zdziwieniu Harry’ego, w ogóle nie popełniał błędów. Miał całkowitą kontrolę nad tym, co chciał przekazać.
Zaintrygowany, nie mogąc dłużej wytrzymać, odłożył widelec i zwinnym ruchem wyrwał przyjacielowi skoroszyt.
- Oddawaj!
Parę centymetrów wzwyż pozwoliło mu skutecznie odpędzić Tomlinsona, który niestrudzenie stawał na palcach, chcąc odebrać własność.
- Wow, Lou!
- Nie Lou-Louj mi tutaj, tylko oddawaj!
- Nie, poważnie, to jest świetne. Wpadłeś na to przed chwilą?
- Zainspirowałeś mnie stęchłym zapachem jedzenia – wywrócił oczami. Wiedząc, że z metrem osiemdziesiąt pięć nie ma co walczyć, wrócił na małą, niewygodną kozetkę. Umeblowanie nowojorskiego studia z pewnością nie sprzyjało zdrowiu kręgosłupa.
- Łatwo ci to przychodzi. Nigdy nie pojmę jak to możliwe – Harry westchnął, dołączając do bruneta.
Louis zagryzł wargę, hamując chichot.
- Po prostu skupiam się na tym, co czuję. Żadnych blokad – dokładnie dobierał słowa, całkowicie skupiając się na Harrym. – Żadnych.
Styles odwzajemnił spojrzenie, wiedząc, do czego zmierza. Harry nigdy nie będzie taki pewny siebie i bezpośredni jak Louis.
- Jedz, bo wystygnie.
- Wiesz? Trochę siebie nie doceniasz – Louis z uwagą lustrował swój ryż, ignorując skonsternowane spojrzenie Harry’ego. – Kiedyś możesz wieść prym w tej dziedzinie – westchnął. – Byłbyś genialnym tekściarzem, gdybyś choć trochę się otworzył.
Harry nie zaprzeczył. Głupio mu przyznać, że lubi pisać i chyba całkiem dobrze się w tym odnajduje. Chociaż Louis miał rację – twórczość do wglądu publicznego stopowała go na tyle, iż każdą pracę analizował percepcją innych, ignorując to, jak sam się z tym czuje. Kątem oka jeszcze raz zmierzył fragmenty Louis’ego. Patrząc na nie wiedział, że są jego, przesiąknięte nim po ostatnie litery.
„I promised one day that I’ll bring you back a star. I caught one and it burned a hole in my hand…” *2

- Styles, jest za dziesięć siódma.
- Już, chwila.
Harry wygrzebał się spod kołdry, mrużąc oczy przed oślepiającym blaskiem poranka. W pośpiechu naciągnął na siebie wczorajsze jeansy. Nie miał ochoty użerać się z zamkniętą walizką. Od niechcenia przeczesał dłonią włosy, przekraczając próg niewielkiej kuchni.
- Chcesz? Wiem, że chcesz.
Adam postawił przed nim parujący kubek. Harry wspiął się na wysoki stołek, głowę opierając o blat.
- Zabieraj te kłaki z moich kanapek – Lambert uderzył go lekko łopatką kuchenną. Usiadł naprzeciwko, w skupieniu przyglądając się przyjacielowi.
- No co? – Harry wzruszył ramionami, biorąc łyk kawy, która przyjemnie rozgrzała go od środka.
- Co teraz? - Adam przeniósł wzrok na artykuł w dzisiejszej gazecie. Podrapał się po karku, palcem wskazującym pokazując Harry’emu nagłówek:
„Lider zespołu wszech czasów w separacji”
- Nie wiem, skąd już wiedzą – czarnowłosy westchnął, wkładając brudne naczynia do zlewu.
- Wychodzi na to, że nawet sąsiadom nie można ufać – Harry wysilił się na uśmiech, dopijając swój napój. – Chodź, podrzucę cię.

- Dzień dobry, panie Styles!
Harry przytakiwał każdemu, schodami wspinając się na ósme piętro. Adam pędził za nim, jęcząc i marudząc przy każdym kroku.
- Durna awaria – burknął, kiedy dotarli na odpowiedni poziom. – Kończysz dziś równo ze mną, czy mam iść na autobus? – przystanął w drodze do swojego grajdołka.
- O siedemnastej na parkingu.
Adam skinął głową, znikając za zakrętem. Harry skierował się w stronę biurka sekretarki.
- Coś nowego? – wyczekująco spojrzał na dziewczynę, składając podpis na kilku czekających już na niego dokumentach.
- Dzień dobry, panie Styles. Ma pan gościa, czeka w gabinecie.
- Nie spodziewałem się…
- Miał wizytówkę – wpadła mu w słowo. Zarumieniła się, podając Harry'emu teczki, z którymi powinien się dziś uporać.
- No tak. Dziękuję, Veronico.
- Miłego dnia, panie Styles!
Ruszył szybciej niż miał w zwyczaju, po drodze zdejmując kurtkę i przerzucając ją przez ramię. Wpadł do ciemnego biura, zapalając światło. Rozejrzał się dookoła, szukając go wzrokiem.
- Bardzo impulsywnie, Harry - Leighton siedział na JEGO krześle za JEGO biurkiem, w palcach trzymając JEGO zdjęcie.
- Nie za wygodnie, panie Pevense? – zamknął drzwi, podchodząc bliżej. Rzucił dokumentację na blat, delikatnie odbierając mu z rąk fotografię.
Leighton wstał, niespiesznie okrążył Harry’ego, po czym usiadł po drugiej stronie, gdzie zazwyczaj oczekiwali go normalni pracownicy. Harry postawił ramkę na swoje miejsce. Zapach wody kolońskiej Leightona wciąż unosił się przy jego fotelu.
- Więc – odkaszlnął, szykując się na walkę z niebezpiecznie bezpruderyjnym spojrzeniem bruneta. – Masz to, o co cię prosiłem?
- Owszem – chłopak wyciągnął z kieszeni pendrive’a. Położył go na stole, pstryknięciem przekazując Harry’emu. Podniósł się, udając, że rozprostowuje kości.
- Idziesz już? – Harry zmarszczył brwi, obserwując, jak Leighton podnosi swój czarny plecak.
- Miałem ci to tylko przynieść - prychnął, jakby nigdy nic.
Harry westchnął.
- Nie jesteś ze mną na ty, Leightonie.
- Ty ze mną też nie, Harry.
Puścił mu oczko, otwierając drzwi.
- Zadzwonię za parę dni.  
- Nie chcesz nawet przedyskutować kwestii umowy? – oparł się o krzesło. Leighton wprawiał go w coraz większe zakłopotanie. – O ile jakąś podpiszemy – poprawił się, widząc triumfalne iskierki malujące się w jego oczach.
- Panie Styles, ja przepraszam, mówiłam pani, że jest pan zajęty, ale… - Veronica wpadła do pomieszczenia, a tuż za nią pojawiła się Judith.
- Czego chcesz? – Harry wstał powoli, zmieszane spojrzenie rzucając w stronę Leightona i swojej sekretarki. Jeśli jego żona planowała zrobić mu awanturę, wolał, żeby nie było żadnych świadków.
- Harry…
- Nie teraz – delikatnie złapał ją za ramię, próbując wypędzić z gabinetu.
- Harry, nie wiem, gdzie jest Leo.

Zayn od paru minut krążył samochodem po parkingu. 
- Cholera!
Jak na złość wszyscy postanowili wybrać się dziś do supermarketu. Dźwięk telefonu wyrwał go z szeptania wiązanki pełnej przekleństw. Zawsze, gdy się spieszył, coś musiało uprzykrzyć mu życie. 
- Czego? - warknął do telefonu, nie spoglądając na wyświetlacz.
- Zayn? - zmartwiony głos Perrie nieco go zaniepokoił.
- Coś się stało?
- Jest u mnie syn Harry'ego.
- Co? - Malik zmarszczył brwi, odnajdując wreszcie upragnione wolne miejsce.
- Ma jego kartę kredytową. Pomijam fakt, że przyjechał tu sam, chowając się w toalecie w pociągu. 
- CO?! - Zayn drastycznie zahamował, wyłączając silnik. - Powiedz, że żartujesz. 
- Wracaj do domu, ja dzwonię do Harry'ego - nie czekając na odpowiedź, zakończyła połączenie. 


*2 fragment Don't let me go

wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozdział 6

Cześć!
Dziękuję za cierpliwość.
Przyznam szczerze, że nie jestem zadowolona z tego rozdziału, jednak nie chciałam robić jeszcze dłuższej przerwy.
Nie wiem, jak to będzie od września. Mam obowiązki na drugim blogu, pisanie w tygodniu odpada. W dodatku idę do nowej szkoły, więc muszę jakoś to wszystko ze sobą pogodzić. Dam radę, ale trzymajcie kciuki!
Nie przedłużam.
Miłego czytania! :)

________________________________


Retrospekcja

Sobota, 16.12.2011r.

- A to suka! Poważnie?!
- Louis, zachowuj się.
Jeśli fani uważali Tomlinsona za najśmieszniejszego z zespołu, strach pomyśleć, jak oceniliby go pod wpływem alkoholu.
- Jesteśmy – Harry oparł bruneta o ścianę. Upewnił się, że stoi w miarę stabilnie, po czym odnalazł klucze i otworzył drzwi apartamentu.
- Chodź no tu – ponownie złapał go pod ramię.
Parę razy o mało nie wylądowali na podłodze, póki w końcu znaleźli się w sypialni.
- Idź spać, Boo.
- Nie będziesz mi rozkazywał, gówniarzu! – Louis czknął głośno i wybuchnął śmiechem. – Ojć!
Harry pokręcił głową z dezaprobatą. Zostawił go w klubie pod opieką Liama. Wydawać by się mogło, że z Paynem nie przekroczy granicy, a jednak…
- Ej, nie kradnij!
- Chcę ci tylko zdjąć buty, nie wierć się.
- Styles mnie okra... – Harry rzucił się na przyjaciela, dłońmi tamując jego krzyki. – Zgłupiałeś, ośle, jest czwarta nad ranem!
- Ojć! – znów zaśmiał się głupkowato, totalnie zapominając o chwilowej złości.
- Boże, dopomóż – Harry jęknął przeciągle, próbując sturlać się z Louis’ego, który przyparł go do siebie i  najwyraźniej nie zamierzał opuścić. – Mógłbyś?
- Mógłbym co?
- Mógłbyś mnie puścić, proszę? Mam nowy garnitur, lepiej, byś nie puścił na niego pawia.
- Nie jestem aż tak pijany.
- Podrywałeś Zayna.
- I muszę być pijany, żeby to robić? – Louis uniósł brew, chichocząc pod nosem.
- Boo!
- Curly!
Kiedy wreszcie wyplątał się z kończyn kolegi, dokończył zdejmowanie mu obuwia. Tym razem nie protestował. Z łatwością ułożył na poduszkach wątłe ciało Louis’ego. Choć nie był nawet pełnoletni, ciężar Tommo nie stanowił dla niego wyzwania.
- Śpij – powiedział cicho, roztrzepując jego misternie spryskaną lakierem grzywkę.
- Curly?
- Tak?
- Nie umawiaj się z nią. Jest starą i obrzydliwą suką. Tylko ze mną możesz się umawiać.
- Dobrze, Boo, śpij.


- Co masz na myśli?
Judith wpatrywała się w Harry’ego, próbując wyczytać z jego twarzy jakiekolwiek emocje. Przełknęła głośno i wzięła głęboki oddech. Nie potrafiła kontrolować drżenia rąk.
- Nieważne. Zapomnij.
Harry odwrócił się i wszedł na górę. Oparł się o drewnianą powłokę drzwi, zaciskając powieki.
To chyba kolejny niefortunny dowcip. Dlaczego wszystko wali się w tym samym czasie? Jakby życie działało zasadą domina – jeden problem przewraca całą konstrukcję.
- Harry, proszę, daj mi wyjaśnić – kroki na korytarzu stawały się coraz głośniejsze. Judith ciągnęła za klamkę, próbując wejść do sypialni.
Harry westchnął i odsunął się, wpuszczając blondynkę do środka. Nie zaszczycając jej choćby spojrzeniem, otworzył szufladę.
- Tak po prostu wyjdziesz? – przystanęła obok łóżka, obserwując jak pakuje swoje rzeczy. – Harry, nie masz dokąd iść, proszę, nie wygłupiaj się.
Głośny huk sprawił, że podskoczyła w miejscu, z przerażeniem wpatrując się w pochyloną sylwetkę Harry’ego. Jego pięść z impetem uderzyła w ścianę.
- Przestań – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Przestań, bo nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężko jest mi się pohamować – złapał jej przepełnione paniką spojrzenie.
Judith nie poruszyła się ani o milimetr, kiedy Harry zabierał resztę ubrań, pozostawiając szafę na wpół pełną.
Niedbale zamknął wieko i zabrał walizkę. Zaszedł do łazienki, upychając w kieszenie bagażu maszynkę do golenia i szczoteczkę, po czym skierował się na dół. Kobieta powoli ruszyła za nim, przystanęła jednak na najniższym stopniu schodów.
- Będziesz kiedyś w stanie ze mną porozmawiać? – oplotła tułów ramionami, starając się mówić normalnie. Jej głos mimowolnie brzmiał nader piskliwie.
- Nie wiem – bąknął pod nosem, zawiązując sznurowadło. Narzucił kurtkę i wziął kluczyki od samochodu.
- Harry, patrzysz na to subiektywnie. Nie bądź uparty.
- Jak w ogóle możesz mówić do mnie w ten sposób?! – trzasnął drzwiami frontowymi, które chwilę wcześniej otworzył. – Nie dość, że pewnie przepieprzyłaś pół swojej firmy, to jeszcze…
- Nie krzycz na mamę.
Kędzierzawy chłopczyk wychylał się zza framugi, większość ciała wciąż chowając za ścianą. Harry ostrożnie zamknął usta, przenosząc wzrok na syna.
- Przepraszam – ukucnął, wyciągając rękę w jego stronę. – Nie chciałem cię przestraszyć.
Leo stopniowo wynurzał się z salonu, podchodząc bliżej. Wydął dolną wargę, uczepiając się szyi Harry’ego.
- Nie wyjeżdżaj – rzucił niewyraźnie, chowając twarz w jego koszulce.
- Hej, no już – Harry wstał, przytulając go do siebie. – Nigdzie nie jadę, zostaję w Holmes Chapel.
- To dokąd idziesz?
- Wiesz, skarbie… - odsunął Leo od siebie, ścierając pojedyncze łzy z jego policzków. – Ja i mama musimy trochę pobyć osobno.
- Oddam ci mój pokój.
Lekki uśmiech zagościł na ustach Harry’ego.
- Wybacz, ale to się nie uda – pogłaskał go po włosach, wplątując palce w pojedyncze kosmyki. Kiedyś sam był właścicielem tak bujnych loków.
- Kiedy wrócisz? – malec pociągnął nosem, przecierając dłonią zaczerwiewnione spojówki.
- Nie mogę ci niczego obiecać – postawił go na ziemi. – Jesteś teraz jedynym mężczyzną w tym domu. Nie zawiedziesz, kapitanie?
- Nie zawiodę - uśmiechnął się nieśmiało, chwytając dłoń zaciekle milczącej Judith.
Harry odwzajemnił gest i oglądając się za siebie, wyszedł w chłodne wieczorne powietrze.

Długo krążył ulicami, ostatecznie decydując się odwiedzić jedno szczególne miejsce. Potrzebował chwili wytchnienia i samotności, a w mieście trudno o brak zainteresowania jego osobą.
Trasę umilał sobie płytami CD z podręcznej kolekcji. Starał się skupić uwagę na akordach, ignorując powody, dla których o tak późnej porze błądzi po odległych przedmieściach.
Dotarłszy na cmentarz „East side”, zgasił silnik i oparł się o zagłówek fotela. Pojedyncze auta oślepiały go blaskiem reflektorów, udając się w kierunku głównej autostrady.
Bez pośpiechu wyszedł na zewnątrz, przyciskiem blokując pojazd. Swoim tempem ruszył brukowaną ścieżką, mijając ciężką bramę, która o tej porze wzbudzała mieszane odczucia.
Było bardzo ciemno. Nikt nie kłopotał się inwestycją w oświetlenie. O ile ktokolwiek kiedykolwiek zawracał sobie głowę starym cmentarzyskiem. Dla zarządców niedalekich biurowców, to miejsce w ogóle mogłoby nie istnieć. Tylko zagracało teren, psując całokształt widoku z najwyższych pięter luksusowych wieżowców.
Harry nieźle uprzykrzył wszystkim życie, wykupując obszar na własność. I chociaż nie posiadał do niego większych praw - był zwykłym najemcą, nie właścicielem - cieszył się ze swojego osobistego psikusa względem wrednych biznesmenów.
Przedzierał się alejkami, nie mijając żywego ducha. Marzł niemiłosiernie, ale nie zawracał. Nie miał siły zmierzyć się z tym, co go spotkało. Jeszcze nie teraz.
- Cześć, Louis.
Przerywając wszechobecną ciszę, postrzegał się jako intruza. Zakłócał przepiękny spokój, do którego tak garnął.
Przysiadł na małej ławeczce nieopodal nagrobka.
- Mogę ci potowarzyszyć?
Chuchnął w skostniałe dłonie, usiłując przywrócić im trochę ciepła. Szmaragdowe tęczówki utkwił w wygrawerowanym napisie „Louis William Tomlinson”.
- Wiesz… - oparł łokcie o kolana, sprawdzając, czy na pewno nikt go nie obserwuje. – Niezły z ciebie dupek, Louis. Nawet jak nie żyjesz, to jesteś wszędzie – wygiął wargi w grymasie, oglądając oszronioną trawę pod stopami. – A poza tym, że twój posłaniec burzy harmonię mojej logiki, to właśnie zostałem zdradzony. Trochę chujowo, nie sądzisz? – ponownie spojrzał na kawałek marmuru, jakby oczekiwał przytakiwania lub innej ludzkiej reakcji. – Jestem żałosny – pokręcił głową. – Gadam z twoim grobem, a to już poważny powód, by znaleźć się w psychiatryku.
Dźwięk przychodzącej wiadomości tekstowej echem rozszedł się po okolicy. Harry szukał telefonu, nim przypomniał sobie, że zostawił go w samochodzie.
- Co do cholery.
Obrócił się, dostrzegając przed sobą smukły cień.
- Przepraszam, to moja komórka.
Wysoka brunetka posłała mu niemrawy uśmiech. Wiatr rozwiewał jej długie brązowe włosy, czapka z motywem pandy dodawała dziewczęcego uroku.
- To niebezpieczne chodzić po ciemku z dala od cywilizacji.
Kobieta przewróciła oczami, wpadając w objęcia Harry’ego.
- Miło cię widzieć, Eleanor.
Słodki zapach kwiatów wypełnił mu nozdrza. Bez przerwy używała tych samych perfum.
- Jak się masz? Wszystko w porządku? – uniósł brwi, wpatrując się w jej wyraźnie zaokrąglony brzuch. – Znowu?
- Tak jakoś wyszło – wzruszyła ramionami. Ciągle miała tendencję do rumienienia się z błahych powodów.
- Bardzo się cieszę, naprawdę. Ale tym bardziej nie powinnaś być tu sama.
Lekceważąco machnęła ręką, troskliwe spojrzenie kierując na nagrobek.  
- Ostatnio zaniedbałam pewne sprawy. Mój mąż zabrał Jamie’go do swoich rodziców, a ja pomyślałam, że wpadnę – westchnęła. – A... – zająknęła się. – A jak u ciebie?
Powietrze wydobywające się z ust tworzyło parę wokół ich twarzy.
- Jak wiele słyszałaś?
- Wyjdę na okropnego człowieka, jeśli powiem, że wszystko?
- Tak.
- Więc nic – uśmiechnęła się przekornie.
Harry pokręcił głową z dezaprobatą.
- Bezczelna.
- Co się dzieje, Harry? – usiadła, klepiąc miejsce obok siebie.
Przyłączył się, lustrując jej zatroskaną minę.
- Trochę się sypie, Els.
- Trochę bardzo, co? – delikatnie wykrzywiła wargi. – Judith ma kogoś? – roztropnie wypowiadała każde słowo.
- Nie wiem. Chyba tak. Nie chciałem z nią rozmawiać.
- Rozumiem – w zamyśleniu wpatrywała się w niebo.
- Nie umiem już tego poskładać – kontynuował. - Wszystko było w porządku, a teraz… - zamknął oczy, opierając czoło o ramię Calder. Eleanor objęła go ramieniem, wzdychając ciężko. – Mówiła mi, że to ja robię wszystko źle, że za dużo sobie wyobrażam. I może ona ma rację – spojrzał na nią. – Może gdybym jakoś próbował pracować nad sobą, może wtedy…
- Harry, spokojnie. Nie powinieneś obwiniać się za to, co zrobiła.
- Ale nam się nie układało. Od dłuższego czasu się kłóciliśmy, spaliśmy osobno. Ona chciała walczyć, ale ja… Ja powiedziałem, że nie widzę sensu. Tyle razy dałem jej do zrozumienia, że nie widzę sensu – pokręcił głową, przełykając gulę formującą się w jego gardle. – A teraz będzie miała dziecko z jakimś popier… - skrzywił się. – Przepraszam, ja po prostu…
- Jesteś zdenerwowany. Wiem, to nie w twoim stylu – Eleanor bezustannie dodawała mu otuchy, pocierając jego ramię. – Przepraszam.
- Za co? – skonsternowany zmarszczył brwi.
- Nie umiem ci nic poradzić – odgarnęła z czoła zbłąkany kosmyk włosów. – Nie miałam styczności z podobną sytuacją.
- Jestem wdzięczny, że słuchasz. Niczego od ciebie nie wymagam – uśmiechnął się niewyraźnie. – Przyjechałaś pobyć z Lou, a ja truję.
- O nie, Harry, nie! – zaprotestowała. – Doceniam to, że cały czas mi ufasz, biorąc pod uwagę, jak bardzo skomplikowałam ci życie.
- Kiedyś naprawdę próbowałem cię znienawidzić – rozłożył ręce w poddańczym geście. – Ale masz w sobie za dużo wdzięku.
Zaśmiała się serdecznie.
- Chodź, Harry, zimno mi. Dajmy nieboszczykom trochę pospać.
- To bardzo nietaktowne, panno Calder – uśmiechnął się, podążając za nią w stronę wyjścia. 

środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział 5

Cześć! :)
Nowy rozdział przed wami.
Ponownie dziękuję, że czytacie, komentujecie, dodajecie do obserwowanych. Wiele to dla mnie znaczy, naprawdę.
W zakładkach pojawili się bohaterowie. Zapraszam, jeśli nie macie aż tak bujnej wyobraźni co do niektórych postaci. :)
Wyjeżdżam na cały tydzień, może dłużej, więc nie wiem, kiedy znów coś dodam. Oczywiście zrobię co w mojej mocy, by cokolwiek napisać.
Jeszcze raz dziękuję za wszystko i nie przedłużam.
Buziaki! :)

__________________________________________________


Harry stał jak sparaliżowany. Wpatrywał się w chłopaka, który lekko zaskoczony zmarszczył brwi.
To w ogóle możliwe? Jakim cudem nie znajduje się w „Punk’D”*? A może jednak…
Jeszcze dziś rano marzył o ponownym spotkaniu bruneta, a teraz nie mógł wydusić z siebie słowa. Czuł się jak idiota. Zbiera szczękę z podłogi, podczas gdy on skanuje go błękitno-szarym spojrzeniem. Może miał paranoje, ale w jego oczach dostrzegł coś dziwnego. Jakiś przebłysk arogancji i sceptycyzmu.
- Panie Styles? – nie doczekawszy się żadnej reakcji, Ratliff, który wprowadził gościa do gabinetu, przeniósł wzrok na przyjaciela. – Czy wy się znacie?
Chłopak przygryzł wargę, próbując pohamować uśmiech.
- Powiedzmy.
Harry potrząsnął głową i odgarnął z czoła uporczywą grzywkę. Nie będzie tak sterczał do końca życia.
- Dziękuję, panie Ratliff - odchrząknął, strzepując z T-shirtu niewidzialny pyłek.
Blondyn najwidoczniej nie pojął aluzji. Harry utkwił w nim szmaragdowe tęczówki, starając się zwalczyć swoją nagłą zmianę nastroju. Przerażenie wyparowało, ustępując miejsca nieuzasadnionej irytacji.
- Panie Ratliff? – ponownie przywołał jego uwagę, pokazując dłonią na uchylone drzwi. – Dziękuję.
- Oh – zmieszał się. – Oczywiście – speszony opuścił pomieszczenie, uważnie lustrując czubki czarnych butów.
Harry powoli przeniósł wzrok na swojego towarzysza, który wydawał się nadzwyczaj rozbawiony zaistniałą sytuacją.
- Czy pana coś śmieszy, panie… - zaaferowany ostatnimi wydarzeniami, kompletnie zapomniał z kim ma do czynienia.
- Po prostu Leighton – zmniejszył dystans między nimi i wyciągnął rękę.
Harry dyskretnie przyjrzał się tatuażom na odsłoniętych przedramionach. Adrenalina buzowała w jego żyłach, kiedy przez parę sekund wymieniali uścisk dłoni.
- Leighton – powtórzył. – Siadaj, proszę. – wskazał na krzesło naprzeciw niego.
- Chyba nie masz aż takich wyrzutów sumienia – wypalił, wprawiając Stylesa w niemałą dezorientację.
- Proszę? – oparł się o biurko, łapiąc jego złośliwe spojrzenie.
- Kiedy wszedłem, wyglądałeś, jakbyś zobaczył trupa. Serio, nie gniewam się, że nie umiesz chodzić po prostych chodnikach.
Harry uśmiechnął się. Zuchwałość oraz bezpruderyjność idealnie odzwierciedlały te wszystkie dziary i kolczyki.
- Wydawałeś się milszy na tym prostym chodniku, Leightonie – skwitował, stukając palcami o kolano.
- Pozory mylą, Harry – zagryzł wargę.
- Służbowo panie Styles, proszę – zasiadł za biurkiem, kartkując papiery. Wiedział, że Leighton nie spuszczał go z oczu, ale potrzebował chwili oderwania się od jego badawczego spojrzenia.
- Więc, panie Styles… - wyraźnie zaakcentował nazwisko, wygodniej rozpierając się na swoim miejscu. – Chciał się pan ze mną spotkać?
Znalazłszy odpowiedni kwit, Harry odetchnął cicho, podnosząc głowę znad sterty dokumentów.
- Owszem. Zainteresowały mnie twoje materiały. A konkretnie ten – podsunął mu utwór „Skin”, odwracając kartkę drukiem w jego kierunku.
Wyraźnie zdziwiony, przejechał palcem wskazującym po dwudniowym zaroście.
- Cóż… - przeciągnął samogłoskę, podnosząc wzrok na Harry’ego. – Nie spodziewałem się.
- Dlaczego? Przecież to świetny tekst.
- Też tak sądzę – uśmiechnął się. Miał śliczny uśmiech. – Po prostu nie dam ci zrobić z tego kolejnej komercyjnej sieczki.
- Nie zbyt ro…
- Napisałem do tego podkład – wtrącił się. – Dużo nad nim pracowałem, lecz wszystkie wytwórnie, które do tej pory odwiedziłem, chciały podłożyć pod to jakieś pieprzone pop lub R’n’B – prychnął. Nawet nie przejął się swoim mało wyważonym słownictwem.
Harry tylko uniósł brew, trawiąc to, co właśnie usłyszał. „Chesire East Records” miało na celu „pieprzony pop lub R’n’B”. Tylko taka muzyka wybijała się w mediach.
- Masz tę ścieżkę dźwiękową? – pytanie mimowolnie wyrwało się z jego ust, nim zdążył ugryźć się w język.
- Mam nawet demo – wyraźnie skonfundowany, wyprostował się, opierając łokcie o blat. Znajdował się teraz bardzo blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Harry przełknął głośno, ostrożnie odsuwając się i opierając na krześle. Zapach mocnej wody kolońskiej już zdążył zawładnąć jego zmysłami.
- Podrzucisz mi jutro?
- Dlaczego? Przecież…
- Więc jesteśmy umówieni, Leightonie – okrążył pomieszczenie, podchodząc do wysokiego regału pełnego segregatorów. – To dla ciebie – podał mu wizytówkę. – Pokaż to recepcjonistce, powołaj się na mnie, a wpuści cię bez problemu.
Brunet wpatrywał się w niego przez chwilę, jednak schował kwitek do kieszeni.
- Miałem dobre przeczucie – rzucił, podnosząc się z miejsca.
- Jakie, jeśli można wiedzieć?
Leighton oparł się o framugę. Zawadiacki uśmieszek czaił się na jego delikatnych ustach.
- Tommy mówił, że jesteś świetny i powinienem spróbować.
- Bez przesady.
- Poważnie. Chciałem dać sobie spokój, ale byłbym kretynem, odrzucając ofertę Harry’ego Stylesa.
Harry powoli wypuścił powietrze z płuc. Ledwo zdawał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech za każdym razem, gdy przeszywają go szare tęczówki chłopaka.
- Nie powinieneś rezygnować, Leighton – polubił jego imię. Mógłby wymawiać je godzinami. – Zasługujesz na chwilę uwagi ze strony najlepszych ludzi w tym fachu.
- Czuję się doceniony, Harry - zrobił młynka oczami, zakładając ręce na piersi. Prowokował go.
- W sprawach służbowych panie…
- Obawiam się, że moja wizyta dobiegło końca, Harry – mrugnął, otwierając drzwi. – Na razie.
I wyszedł. Tak zwyczajnie wyszedł, kończąc najkrótsze spotkanie biznesowe, jakie Harry kiedykolwiek przeprowadził.
Westchnął przeciągle, z powrotem zapadając się w miękki fotel.
- Co do cholery… - pokręcił głową, uderzając czołem w blat. Przymknął powieki, reasumując minione 10 minut swojego życia.
- Ej, Harry?
Styles jęknął, mamrocząc coś niezrozumiałego.
- Co?
- Idź sobie, Lambert.
- Mowy nie ma. Kim jest ten zombie boy, z którym minąłem się w korytarzu? – usiadł na biurku, ciągnąc Harry’ego za loki.
- To boli – fuknął, chichocząc. Odepchnął dłoń przyjaciela i pomasował obolały kark. Napotykając ciekawskie spojrzenie Adama, wiedział, że jest na przegranej pozycji.
- Kolejna zmora zawodowa.
Czarnowłosy potakująco kiwnął głową. Zamyślił się, nieobecnym wzrokiem błądząc po bałaganie na biurku.
- Nie dam ci jego numeru – wyprzedził pytanie chłopaka, nim zdążył choćby otworzyć usta.
- Wcale nie chciałem jego… Dobra – podniósł ręce w poddańczym geście, dostrzegając pełny politowania wzrok Harry’ego.
Styles zaśmiał się, rozwalając misternie ułożoną fryzurę Adama. Lakier, który miał we włosach, z łatwością skleiłby pokaźny stos papierowych ludzików.
- Ej! – zeskoczył z blatu, na którym wciąż siedział.
- Karma – Harry pokazał mu język, po czym sam wstał, chwytając czerwoną teczkę. – Chyba się zbieram.
- Spóźniasz się i urywasz wcześniej? Też chcę!
- Ktoś musi ratować moją firmę. Powierzam ci to odpowiedzialne zadanie.
Lambert prychnął i podszedł do wyjścia.
- Bywasz okrutnym szefem.
- A ty upierdliwą sekretarką – zachichotał na widok środkowego palca wymierzonego prosto w jego stronę. Czarnowłosy opuścił biuro, teatralnie trzaskając drzwiami.
Harry uwielbiał Adama. Obawiał się, że skoczyłby za nim w ogień, jeśli tylko zaszłaby taka potrzeba. Zawsze poprawiał mu humor, jednocześnie wiedząc, kiedy pora przystopować z żartami. Był idealnym typem przyjaciela, który kopnie cię, gdy zwątpisz, opieprzy, gdy przesadzisz i zrobi upokarzające zdjęcia, gdy zaśniesz w pracy.
Uporządkował parę pism, resztę zostawiając na jutro. Leighton wytrącił go z równowagi na cały wieczór.
Doprowadził pokój do porządku, zgasił światło i wyszedł na korytarz.
- Veronica? – zwrócił się do młodej sekretarki, która dobitnie znudzona przeglądała facebooka.
- Tak, panie Styles? – zerwała się na równe nogi, chowając monitor za plecami.
- Wychodzę wcześniej. Oddaj to, proszę, Randy’emu Jacksonowi z samego rana – położył na ladzie skoroszyt.
- Oczywiście – przytaknęła. – Ed Sheeran pytał o pana, ale był pan zajęty, więc…
- Sam do niego zadzwonię. Dziękuję – rzucił przez ramię, wchodząc do windy.
- Do widzenia, panie Styles – usłyszał, nim drzwi zatrzasnęły się z nieprzyjemnym zgrzytem.
- Nie znoszę wind – bąknął pod nosem. Przymknął powieki, ignorując powitania i pożegnania, kiedy na kolejnych piętrach winda zatrzymywała się, przyjmując nowych pasażerów. Czuł się zmęczony, chociaż wcale nie zrobił dziś wiele. Wykończyło go parę minut przesyconych napiętą atmosferą. Parę minut, które w nocy nie dadzą mu zasnąć.

Odetchnął z ulgą, kiedy wreszcie znalazł się na podjeździe uroczego domku w przestronnej dzielnicy. Wysiadł z auta i zadzwonił do drzwi. Ciche szczekanie rozniosło się echem po najbliższej okolicy.
- Harry!
- Cześć, Mirando – ucałował kobietę w policzek i przestąpił próg mieszkania. – Przyjechałem po zgubę.
- Jest w salonie. Napijesz się kawy?
- Niestety, męczący dzień. Może innym razem – uśmiechnął się przepraszająco.
- Ale szarlotkę i tak zapakuję – poklepała go po ramieniu, znikając w kuchni.
Harry skierował kroki do salonu.
Leo leżał na ziemi, głowę opierając o masywne ciało labradora, nie bacząc na zmarnowaną minę psiaka.
- Puk puk.
Chłopczyk w pośpiechu wskoczył Harry’emu na ramiona. Uradowany kundel otarł się o nogi Stylesa.
- Cześć! – Leo uśmiechnął się, ukazując wszystkie dziury w miejscach, gdzie brakowało mu zębów.
- Widzę, że wymęczyłeś Snajpera – schylił się i pogłaskał psa, proszącego się o chwilę jego uwagi.
- Od razu wymęczyłeś – uroczo przewrócił oczami. – Po prostu potrzebowałem rumaka, a babcia nie ma konia.
- Pozwól, że nie spytam – Harry pokręcił głową z dezaprobatą, mierzwiąc loczki syna. Chłopiec westchnął, ponownie stając na nogach.
- Idziemy do domu?
- Tak. Szoruj po buty.
Leo ubierał się, z trudem wiążąc sznurowadła, lecz Harry cierpliwie czekał, wiedząc, że powinien pozwolić mu na trochę samodzielności.
- Proszę – Miranda podała mu reklamówkę wypchaną opakowaniami. – Ciasto, kompot domowej roboty i konfitura malinowa. Leo bardzo smakowała – popatrzyła na wnuczka z troską, na jaką stać tylko najbardziej rozpieszczające babcie.
- Przez miesiąc tego nie zjemy.
- Już nie przesadzaj – zaśmiała się, całując Leo w czoło.
- Pa, babciu! – wybiegł na zewnątrz, wpadając na drzwi od samochodu. Harry odblokował je przyciskiem, patrząc, jak chłopiec gramoli się do środka.
- Harry? – wzrok Mirandy skupił się na nim. Wiedział, że Judith nie omieszkała wspomnieć o ich sprzeczce. – Poukładaj to sobie, dobrze? – uśmiechnęła się, biorąc go w objęcia.
Był wyraźnie oszołomiony. Nigdy nie mieli złych stosunków, a żarty o teściowej w żadnym wypadku nie padały z ust Harry’ego – trafił na cudowną, wyrozumiałą kobietę. Zwyczajnie zadziwiło go to, że Miranda wydawała się pełna współczucia i empatii. 
- Postaram się – odwzajemnił uśmiech. – Jeszcze raz dziękuję za dzisiaj.
- I tak się sama nudzę jak diabli – westchnęła. – Wpadajcie częściej.
- Oczywiście. Do zobaczenia – pomachał jej, wsiadając do sedana.

Leo całą drogę opowiadał o tym, co dziś obejrzał w telewizji, jakie warzywa ma babcia w ogródku i jak przyczynił się do ugotowania obiadu. Harry słuchał uważnie, jak zawsze, choć przyłapywał się na całkowitym odpłynięciu w temat zatytułowany „Leighton”.
- A tobie jak minął dzień?
- Słucham? – Leo nigdy nie pytał. Był zbyt zaaferowany swoimi własnymi przeżyciami.
- Jak minął ci dzień?
- Całkiem dobrze – uśmiechnął się, zaglądając w lusterko wsteczne. Złapał poirytowane spojrzenie chłopca. – Okej, masz mnie. Potwornie.
- Jakiś debil cię zdenerwował?
- Nie mów tak! Nie wypada!
- Wujek Niall…
- Wujek Niall kiedyś dostanie ode mnie z plaskacza.
- Mówiłeś, że nie wolno się bić – Leo uniósł brew, kopiąc Harry’ego w siedzenie kierowcy.
- Czasami nie ma innej opcji – westchnął. - Ale tobie nie wolno! – dodał po chwili, kiedy spostrzegł ten filuterny uśmieszek niewróżący nic dobrego.

Kiedy wreszcie dojechali, Harry zmarszczył brwi, widząc fiata Judith na podjeździe.
- Mama jest w domu! – krzyknął Leo, wybiegając od razu po zatrzymaniu samochodu.
Skonsternowany Harry zablokował auto i ruszył do środka, szykując się na kolejną dawkę docinków i dziecinnych zachowań. Nawet tutaj nie mógł odpocząć.
- Judith? – zdjął buty, kurtkę i wszedł do kuchni. – Judith? – zmartwił się, widząc podpuchnięte oczy blondynki. – Coś się stało? - rozejrzał się w poszukiwaniu Leo. Najwidoczniej jest już w swoim pokoju.
- Harry – westchnęła, bawiąc się obrączką na palcu. – Harry, ja…
- Hej... – podszedł bliżej, przytulając ją do siebie, kiedy tylko zaniosła się szlochem. Może i byli pokłóceni, może i miał mieszane odczucia względem dalszego małżeństwa, ale to nie oznaczało, że tak nagle przestało mu zależeć.
- Harry, jestem w ciąży.
Zamurowało go. Stał w osłupieniu wystarczająco długo, by wszystkie kończyny zdrętwiały i odmówiły posłuszeństwa. Odsunął się od Judith, którą wciąż obejmował, bez wzajemności.
- Harry – spojrzała na niego z przerażeniem.
- Będzie okej.
- Obawiam się, że… - zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. – Obawiam się, że to nie jest twoje dziecko.


*Punk'D - program, w którym gwiazdy wrabiają inne sławne osobistości. 

środa, 7 sierpnia 2013

Rozdział 4

Witajcie! :)
Prezentuję kolejny rozdział "Really don't like/love you". Przeczuwam, że wiele z was domyśli się, o kogo chodzi w końcowej scenie. 
Ogromnie dziękuję za to, że komentujecie. Uwielbiam czytać te przemyślenia na pół strony, jak i pojedyncze, krótkie zdania. Każdy rodzaj uznania jest miły. Keep making me happy! 
Miłej lektury! :)

__________________________________________


Para unosiła się ponad kabinę prysznicową, by w końcu osiąść na chłodnych kafelkach, tworząc przezroczystą i mokrą powłokę. Gorące krople wody kreśliły zawiłe ścieżki, spacerując wzdłuż torsu Harry’ego. Zamknął oczy, całkowicie oddając się strumieniu, które  boleśnie odbijało się od jego umięśnionych ramion. Potarł kark, przyciskając czoło do lodowatej glazury.
Przeszłość nie potrafiła zostawić go w spokoju. Raz przywołana, zacisnęła swoje macki, nie dając za wygraną. Kim był chłopak z gitarą? Dlaczego wcześniej się nie spotkali? Holmes Chapel to dziura zabita dechami, więc jakim cudem o nim nie słyszał? Ekscentryczny styl bycia nie uszedłby uwadze jego wścibskich sąsiadek. Harry czuł się zaintrygowany, jednak tajemniczy brunet wniósł coś więcej niżeli ciekawość. Stając twarzą w twarz z klonem Louis’ego, zmierzył się z potęgą wspomnień, które nieprzerwanie próbował wymazać. Chciał by zniknęły, zabierając lata buntu i samodestrukcji, tak niemiło kontrastujące ze spokojnym usposobieniem Stylesa. Lecz czy wciąż był tym samym chłopakiem co kiedyś? Teoretycznie uważał, że nic się nie zmieniło. Wciąż zachowywał się tak samo, natomiast transformacja, jaka zaszła w jego rozumowaniu, choć niewidoczna, odcisnęła piętno na sposobie, w jaki postrzegał samego siebie.
Niemniej, nie mógł sobie darować, że tak po prostu pozwolił odejść punkowej wersji Tomlinsona. Chciał go poznać, a zwyczajne: „Hej, wyglądasz jak mój martwy przyjaciel. Pójdziemy na kawę?” nie wchodziło w grę. Mimowolnie wzdrygnął się na słowo „martwy”. Jego rzeczywistość za bardzo bolała.
Nie posiadał planu. Pragnął jedynie spędzić z chłopakiem parę godzin, nawet jeśli to najbardziej pozbawione sensu marzenie. Nie, zmartwychwstanie Lou było dużo bardziej nierealne.
Uniósł powieki, ostatni raz przeczesując dłonią splątane loki. Potrząsnął głową. Musiał ukierunkować myśli na neutralny tor.
Osuszył ciało ręcznikiem i obwiązał się nim w pasie. Wyszedł z zaparowanej łazienki, ruszając ciemnym korytarzem.
Niall opuścił ich wczoraj wieczorem. Bał się zostawić przyjaciela, szczególnie, gdy nie mógł poprosić żony Harry’ego o… O co? Sam nie wiedział. Judith pewnie uznałaby, że Horan przesadza. Nie pozostawało mu nic innego jak prośba o telefony, gdyby potrzebował pogadać. Ewentualnie wyrwać się daleko stąd. Nieważne - miał po prostu zadzwonić. Harry zgodził się, wszak inną kwestię stanowiło to, czy słowa dotrzyma. Niall znał go zbyt dobrze. Chętnie zostałby i miał na niego oko, ale obowiązki wzywały. W kiepskim nastroju wrócił do Londynu.
Harry ubrał się w pośpiechu. Wiedział, że jest spóźniony. Ostatecznie nikt nie zrobi mu awantury, lecz mimo wszystko nie korzystał ze swoich „przywilejów”. Lubił, kiedy traktowano go na równi z innymi pracownikami.
Zbiegł po schodach, zaglądając do kuchni. Pusto. Zmarszczył brwi, wyciągając telefon z tylnej kieszeni jeansów. Zazwyczaj wychodził pierwszy.
Ramieniem przytrzymywał słuchawkę przy uchu, do ręki biorąc jabłko. Wolną dłonią narzucił kurtkę, zamykając za sobą frontowe drzwi.
- Harry? – głos zmusił go, by przystanąć tuż obok auta. Nie uzyskując odpowiedzi, rozłączył się, chowając komórkę.
- Pani Hutcherson! – uśmiechnął się, podchodząc do staruszki. – Jak się pani miewa? Dawno się nie widzieliśmy.
Kobieta odwzajemniła gest, jednak Harry zauważył, że kąciki warg nie sięgają do oczu, jak to miały w zwyczaju.
- Bardzo dobrze, kochanie. Cieszę się, że cię widzę – odgarnęła z czoła zbłąkany kosmyk siwych już włosów. - Muszę ci coś powiedzieć.
- Słucham uważnie – zasalutował, rozbawiając ją. Jak szybko się ucieszyła, tak też powróciła do powagi.
- Wiem, że nie powinnam się wtrącać, ale… – brązowe tęczówki utkwiła w Harrym. – Czy wszystko u ciebie w porządku? – zaskoczenie zamajaczyło na twarzy chłopaka. – Mam na myśli, czy wszystko w porządku z twoją rodziną? – dodała.
- Pani Hutcherson…
- Liliane.
- Liliane – poprawił się. – Nie chciałbym kłamać, więc może lepiej, jeśli nie odpowiem na twoje pytanie – uśmiechnął się niemrawo. – Ale dziękuję za troskę.
- Po prostu się martwię.– potarła zziębnięte dłonie. - Wasza ostatnia sprzeczka, niestety, dotarła do moich uszu. Broń Boże, nie podsłuchiwałam! – gwałtownie podniosła ręce. – Ja tylko…
- O nic pani nie oskarżam, pani Hutcherson. Powinienem raczej przeprosić za zakłócanie ciszy z samego rana.
Liliane westchnęła, pokrzepiająco klepiąc go po ramieniu. Jej niski wzrost sprawiał, że mało brakowało, aby stanęła na palcach.
- Mam nadzieję, że jakoś to sobie poukładacie – uśmiechnęła się. – I zawsze chętnie zajmę się Leo, jeśli zajdzie potrzeba.
- Oczywiście. Jest pani najlepszą opiekunką w mieście.
- Mów mi po imieniu, skarbie. Proszę – zachichotała.
- Przepraszam, ale muszę iść. Jestem spóźniony – zrobił parę kroków w tył. – Miło było panią… - skrzywił się. - Cię zobaczyć.
- Ciebie również, Harry – pomachała mu, przechodząc na drugą stronę ulicy, w kierunku swojego domu.
Styles wsiadł do czarnego sedana, odpalając silnik. Włączył się do ruchu, przeskakując kolejne stacje radiowe.
- Pora na parę nowinek ze świata show-biznesu – ciepła barwa głosu prezentera przerwała stonowaną balladę. Informacje o skandalach i romansach docierały do Harry’ego jednym uchem, galopem wypadając drugim. Nie potrzebował zaśmiecać sobie umysłu bezsensownymi plotkami. – A na koniec dobra wiadomość dla fanów Liama Payne’a – Harry pogłośnił urządzenie, zatrzymując się na skrzyżowaniu. – Kolejna solowa płyta artysty ukaże się jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Przynajmniej tak zapowiedział menadżer wokalisty.
- Liam wytrwale pracował nad nowym materiałem – znajomy głos Paula Higginsa rozszedł się po samochodzie. – Pomagałem mu, jak tylko mogłem. Choć żaden ze mnie specjalista, cieszę się, że brał do serca moje skromne opinie. Album będzie nosił tytuł „Uncover”, a głośna premiera przewidywana jest w okolicach grudnia.
Urywek wywiadu zakończył się, a dziennikarz znowu przemówił.
- Jak sądzicie, czy trzeci studyjny krążek Liama zdobędzie szczyt Billboard’u? A może pobije sukces jego dokonań za czasów One Direction? Dajcie znać na naszej stronie internetowej. Tymczasem na antenie radia Mid-Cheshire, Robin Thicke i „Blurred Lines”.
Harry uśmiechnął się. Liam zawsze z największym entuzjazmem podchodził do fanów i koncertowania. Nie potrafił z tego zrezygnować nawet po rozpadzie zespołu. Był niezwykle utalentowany, a skoro nie wyobrażał sobie innego sposobu na życie, czemu nie miałby próbować na własną rękę. Skonsultował się z chłopakami, nim podjął ostateczną decyzję, a wszyscy zgodnie wspierali go w wybiciu się z boybandowych schematów.
Zaparkowawszy na podziemnym parkingu, Harry wygrzebał się ze środka, kopniakiem zamykając drzwi. Zablokował auto i wjechał windą na samą górę przestronnego budynku.
- Dzień dobry, panie Styles.
- Witaj, Veronico – rzucił w stronę recepcjonistki.
- Miłego dnia, panie Styles.
- Wzajemnie – kiwnął głową w stronę chłopaka, którego imienia kompletnie nie pamiętał.
- Ciężka noc? – Adam uniósł brwi, wynurzając się ze swojego „królestwa”.
- Chyba nie do mnie to pytanie – uśmiechnął się, podając mu dłoń. – Spóźniłem się, pogadamy później.
- Expresso? – zawołał za oddalającym się szefem.
- Ratujesz mi życie!
- Jak zawsze – westchnął chłopak, odwracając się i wracając do służbowej kuchni.

Harry dopadł do drzwi gabinetu. Wszedł do środka, rzucając teczkę dokumentów na biurko. Opadł na krzesło i włączył komputer. Sterta e-maili czekała na odczytane, podczas gdy jedyne, o czym myślał, to ciepłe kapcie i dobry film. Westchnął, biorąc się do pracy.
Adam pojawił się parę minut później, stawiając przed nosem Stylesa filiżankę kawy i kanapkę.
- Kiedy ja się spóźniam, na ogół nie mam czasu na śniadanie.
- Jesteś najlepszy, wiesz? – Harry puścił mu oczko, zabierając się za jedzenie.
- Beze mnie ta firma byłaby niczym – westchnął żartobliwie, po czym opuścił pokój, nie chcąc przeszkadzać.
- Dzięki – rzucił za nim Styles, wzrokiem powracając do monitora.

Dzień dłużył się niemiłosiernie, a zmęczenie coraz częściej zmuszało Harry’ego do krótkich przerw. W okolicach południa oparł się wygodnie o krzesło i wyciągnął nogi na biurku. Wyjął telefon, sprawdzając skrzynkę odbiorczą.

Leo nie chciał zostać w przedszkolu. Zostawiłam go u mojej mamy. Zajedź tam potem. Będę wieczorem.

I tyle. Proste zdania pozbawione emocji. Zresztą, czego spodziewał się po ostatniej kłótni. „Kocham cię” na końcu SMS’a z pewnością bardziej wprawiłoby go w zamęt.
Odnalazł w kontaktach odpowiedni numer i nacisnął zieloną słuchawkę.
- Słucham? – otrzymał odpowiedź tuż po pierwszym sygnale.
- Cześć, Mirando. Jest gdzieś przy tobie mój syn?
- O, Harry. Chwileczkę – usłyszał parę szumów, po czym dotarło do niego słodkie seplenienie.
- Tata?
- Cześć, mały mężczyzno. Słyszałem, że mamy kod dziewiąty.
- Nie, to nie tak – westchnął chłopczyk. Kod dziewiąty w ich tajnym języku oznaczał ni mniej ni więcej: „Symuluję chorobę, ale nie mów mamie”.
- Więc co się stało, hm? – przekręcił się na obrotowym krześle, wpatrując się w piękne krajobrazy widoczne z ósmego piętra.
- Nie mam dzisiaj nastroju.
- Przepraszam? – Harry musiał stłumić chichot. Zmusił się do westchnienia dezaprobaty. Chyba tak zachowują się ci ojcowie w serialach. – Rozumiem, że można mieć gorszy dzień, ale to nie powód, by rzucać nasze obowiązki.
- Wiem, ale naprawdę nie chciałem – jęknął Leo.
Styles wyobraził sobie jego strapioną minę. Odetchnął ciężko.
- Okej, ale to ostatni raz, jasne? Inaczej będę musiał rozważyć, czy znów nie mówić do ciebie skrzacie.
- O nie! Nie chcę być więcej skrzatem! Jestem małym mężczyzną!
- Dobrze – Harry uśmiechnął się i potarł skroń. - Odbiorę cię po pracy.
- I pójdziemy na ciacho?
- A zasłużyłeś?
Drzwi gabinetu otworzyły się. Zmieszany Ratliff chciał się wycofać, ale Harry zaprosił go gestem ręki.
- Muszę kończyć. Do zobaczenia wieczorem, skarbie.
- Pa, tato!
Rozłączył się, przenosząc wzrok na blondyna.
- Przepraszam – rzucił Harry, wstając z miejsca.
- Nie, to ja powinienem zapukać – chłopak odchrząknął. – Wiem, że spotkanie miało odbyć się jutro, panie Styles, ale mój znajomy pomylił daty i jest tutaj. Pomyślałem, że może…
- Jasne – przerwał mu. Nie mógł doczekać się, aby poznać autora „Skin”. – Niech wejdzie.
- Dziękuję, panie Styles – mężczyzna uśmiechnął się w podzięce, wychodząc. Harry’ego zawsze zadziwiało, jak bardzo Thomas Ratliff denerwował się, kiedy z nim rozmawiał. Bądź co bądź, nie należał do tych wszystkich szefów-tyranów. Przynajmniej był pewien, że do Christiana Greya droga daleka.
Ciche pukanie przerwało jego rozmyślania.
- Proszę – przekartkował parę plików na biurku. – Wita… - zaciął się, gdy tylko jego szmaragdowe tęczówki spotkały się ze zdziwionym spojrzeniem bruneta.
To się nie dzieje naprawdę…

środa, 31 lipca 2013

Rozdział 3

Cześć! :)
Z całego mojego shipperskiego serduszka chciałam Wam bardzo mocno podziękować za tyle wejść i komentarzy. To dopiero trzeci rozdział, a już wywołaliście na mojej twarzy tak wiele uśmiechów. Uwielbiam czytać Wasze spostrzeżenia i nawet groźby za uśmiercenie Lou. (niezły anty-fanpage w komentarzach, hahaha) Przepraszam, takie zamierzenie tego opowiadania. Mnie też nie jest z tym łatwo.
Nie przedłużając, liczę, że poniższy tekst także Wam się spodoba.
Do napisania! :)

_______________________________


Retrospekcja

Piątek, 01.02.2012r.

- Jeśli zaraz tego nie wyłączysz, to cię… - pozostała część zdania została pochłonięta przez poduszkę przyciśniętą do twarzy bruneta.
- Oh, Harreeeh! – Louis potrząsnął ramieniem chłopaka. Podgłośnił radio i usiadł na nim okrakiem. – Dzisiaj wielki dzień!
Harry zakopał się głębiej pod pierzynę.
- Nie chcę żadnego wielkiego dnia.
- Tak nie będziemy rozmawiać, mój drogi! – Tomlinson podniósł się z miejsca, wygrzebując przyjaciela spod kołdry.
- Ej! – Loczek usiadł gwałtownie, próbując wyszarpnąć koc z rąk starszego kolegi.
- Z pewnością jesteś nago, a najbliższa szafa znajduje się w drugim pokoju – Harry spojrzał na niego z ironią. Czy Louis naprawdę myślał, że go krępuje? – Na dole czeka twoja mama, która bardzo lubi organizować sobie wycieczki po moim mieszkaniu.
To diametralnie zmieniało postać rzeczy. Zrezygnowany Harry wstał z materaca. Tej nocy zatrzymał się w apartamencie Lou, bo nie miał ochoty na takie właśnie niespodzianki.
- Nie mogłeś powiedzieć, że poszedłem gdzie indziej? – burknął, kierując się do sąsiedniej sypialni.
- Akurat by uwierzyła – zaśmiał się, idąc za nim. Zatrzymali się koło małej walizki Stylesa. – Naprawdę sądzisz, że osiemnaste urodziny robią z ciebie nudnego starca?
Harry obrócił się, przełykając głośno. Zlustrował Louis’ego od stóp do głów, mimowolnie zatapiąjąc się w jego szarych tęczówkach, gdzieniegdzie skroplonych odcieniem błękitu. Westchnął przeciągle. Uwielbiał je. Były więcej niż cechą szczególną Tomlinsona. Choć potrafiły skłonić go do wszystkiego, widział w nich talizmany, którym powierzyłby własne życie.
- Okej – podniósł ręce w poddańczym geście. – Ale bez szaleństw. Skromna impreza. Nic więcej.
- Oczywiście! – Louis zasalutował, opuszczając pomieszczenie w wyraźnie lepszym nastroju.
Harry pokręcił głową, uśmiechając się. Sprawianie radości Louis’emu było jego priorytetem. Skoro pragnął urządzić przyjęcie urodzinowe, niechaj urządza. Byle tylko nie składał mu życzeń, tak jak obiecał.
- Dziękuję – rozpromieniona buzia Tommo wyjrzała zza framugi. – Nie pożałujesz!
- Już żałuję! – krzyknął za nim, wciąż nie ścierając uśmiechu z twarzy.

Pomimo weekendu, Harry obudził się wcześniej niż zwykle.
Wczorajszy wieczór spędził w miłym towarzystwie Nialla i Judith. Rozmawiali jak za dawnych lat, śmiejąc się tak głośno, aż Leo zagroził „wydziałdziczeniem” się z tej rodziny. Niall został u nich, zajmując pokój gościnny. Tym samym państwo Styles spali dziś w jednym łóżku. Ich nić porozumienia i miłości zniknęła wraz z życzeniem Horanowi dobrej nocy. Harry zaproponował, że przeniesie się na kanapę, jednakże dziewczyna stwierdziła, że nie będą bawić się w cyrk.  
Kiedy obrócił głowę, spostrzegł puste miejsce obok. Zdezorientowany zszedł na dół.
Judith siedziała na werandzie, dzierżąc w dłoniach paczkę niebieskich Marlboro. Harry ściągnął z wieszaka kurtkę, wychodząc w zimne poranne powietrze.
- Zmarzniesz – rzucił obojętnie, naciągając materiał na zziębnięte ramiona blondynki.
Stał chwilę, wpatrując się w jej smukłe palce, obracające opakowaniem. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, wrócił do środka. Parę minut później pojawił się z dwoma parującymi kubkami. Judith odebrała jeden z nich, rzucając fajki na ziemię. Harry przycupnął obok, jednak żadne z nich nie zwracało nań większej uwagi. Po prostu siedzieli w ciszy, od czasu do czasu popijając herbatę.
- Pamiętasz… - głos Judith przestraszył Harry’ego. Nie sądził, że się do niego odezwie.
- Tak? – spojrzał na nią, kiedy przerwała.
Kobieta odgarnęła włosy z twarzy, łapiąc spojrzenie swojego męża.
- Pamiętasz jak powiedziałam ci, że jestem w ciąży? – Harry uśmiechnął się, przypominając sobie tamtą chwilę. – A jak następnego dnia stanąłeś w progu z wanienką i dwiema torbami śpioszków?
- Nie sposób zapomnieć – odparł, opuszczając wzrok na zimny już napój. – Czemu pytasz?
- Chciałam się upewnić – wzruszyła ramionami, odkładając kubek i ponownie biorąc papierosy.
- A gdzie ta głębia, którą wkładasz w każde swoje zdanie, pani redaktor? – zapytał, wyjmując paczkę z jej szczupłych dłoni. Judith skończyła z nałogiem, ale zawsze miała opakowanie w torebce. W ten sposób czuła się silniejsza, niezwyciężona.
-  Było nam wtedy tak łatwo - Harry zagryzł wargę. - Wtedy miałam wrażenie, że jestem kimś więcej niż tylko stałym aspektem twojego życia.
- Judith…
- Czuję się jak mebel – kontynuowała. – Jak mebel, który niedługo wyrzucisz.
Czy to jakieś przykre zrządzenie losu? Najpierw Niall, teraz Judith. Nagle wszyscy zaczęli otwarcie mówić. A Harry wiedział, że to nastąpi. Wiedział, ale ciągle nie chciał słuchać.
- Nie porównuj się do rzeczy bezwartościowych. Przesadzasz.
- Widzisz? – prychnęła. – O to chodzi, Harry. Przesadzam. Okej, przesadzam. Ale nie zaprzeczyłeś – Styles otworzył usta, lecz nie wydobył z nich żadnego dźwięku. Judith miała rację. Oboje o tym wiedzieli.
- Bywało ciężko i zawsze dawaliśmy radę. Przebrnęliśmy przez trudniejsze sprawy. A teraz? Teraz nie dzieje się nic, co mogłoby nas rozdzielić, więc dlaczego nagle jest tak cholernie źle.
- Bo nie dzieje się nic, Judith – westchnął. – Odpowiedziałaś na swoje własne pytanie – podniósł się, zabierając brudne naczynia.
- Naprawdę myślisz, że po tylu latach małżeństwa wciąż będziemy sypać sobie kwiatki pod stopy, Harry?
- Najwidoczniej widziałem w życiu zbyt wiele długich i pięknych związków. Może po prostu nie jest nam pisane bycie jednym z nich.
- Więc idź do sądu, proszę bardzo, droga wolna!
- Nie krzycz, obudzisz sąsiadów – rozejrzał się dokoła, nie dostrzegając jednak żywej duszy. Wciąż było zbyt wcześnie.
- Nie obchodzą mnie inni ludzie, kiedy mówisz, że ten związek nie ma sensu!
- Wcale tego nie powie…
- Ale sugerujesz! – wpadła mu w słowo, zrywając się z miejsca. – I boli mnie to, że tak zwyczajnie rezygnujesz. Jakbym zawsze była nikim, jakimś kołem ratunkowym, opcją numer dwa, planem B…
Harry spojrzał w dal, uważnie kalkulując każde usłyszane właśnie słowo. Zacisnął wargi w wąską linię, aby pohamować się od powiedzenia tego, co bez wątpienia rozpętałoby piekło na ziemi.
Judith westchnęła tylko, biegnąc na górę. Po drodze potrąciła Nialla, który zakłopotany kręcił się przy drzwiach.
- Ja tylko… - zmieszał się. – Krzyki i… Martwiłem się. Słyszałem… Trochę. Sporo – utkwił wzrok w czubkach swoich palców, unikając spojrzenia Harry’ego.
- Jasne. Rozumiem – rzucił cicho, wchodząc do środka i zamykając drzwi.


Niedziela zapowiadała się chłodniej niż minione dni. Typowy mroźny klimat zdawał się powracać w skromne angielskie progi. Niezrażony lekką mżawką Leo wyciągnął Harry’ego i Nialla na spacer. Koniecznie chciał im coś pokazać. 
Szli spokojnie alejkami, co chwilę krzycząc do chłopca, aby trzymał się bliżej. Jego energia była godna pozazdroszczenia, kiedy ledwo budząc się, wkładał kalosze i ruszał na podbój świata.
- Wujku, pokażesz mi kiedyś Big Ben?
- Pewnie. Jeśli tylko przekonasz tatę, żebyście wreszcie wpadli do Londynu.
- Tato! Pojedziemy? Prooooszę!
Rozbawiony Harry poczochrał loczki Leo.
- Jak do wakacji nauczysz się pisać i czytać, możemy o tym porozmawiać.
- Już nie bądź taki surowy – Niall schował ręce w kieszenie jeansów, wyśmiewając nadopiekuńcze zapędy Stylesa. Co jak co, ale przed laty nigdy nie posądziłby go o takie zagorzałe „tacierzyństwo”.
- Przynajmniej mój syn nie będzie rozpieszczony jak Vivi.
- Odczep się od mojej córki! Po prostu ma bardzo dużo zabawek.
- W porównaniu z innymi dziećmi, masz w salonie niezły różowy sklep, Horan – poklepał przyjaciela po ramieniu, wyraźnie szydząc z jego uwielbienia dla motywów księżniczek.
- Tylko Zayn mnie rozumie – westchnął, unikając kałuży, którą właśnie rozchlapywał Leo.
Harry zajęty przyjemną i luźną pogawędką, kompletnie nie patrzył przed siebie. Nieco się przestraszył, gdy wpadł na niższego od siebie, młodego chłopaka.
- Boże, bardzo cię prze… - zamilkł w pół słowa. Potrząsnął głową i zamknął oczy, ponownie je otwierając. – To chyba jakiś żart – szepnął pod nosem, wpatrując się w bruneta, którego wciąż trzymał za ramiona ku zachowaniu równowagi.
- Przepraszam? – skonsternowany mężczyzna delikatnie acz stanowczo wyszarpnął swój płaszcz z palców Harry’ego. – Czy my się znamy? – spojrzał na niego, a wtedy było po wszystkim.
Świat właśnie robił sobie z Harry’ego jakiś chory dowcip. Ewentualnie wciąż spał.
Zdziwione spojrzenie Nialla utwierdziło go w przekonaniu, że nie zwariował i jest jak najbardziej obudzony.
Brązowe włosy lekko opadały na czoło chłopaka, odsłaniając przekute uszy. Ciemna karnacja kontrastowała z tatuażami pokrywającymi szyję, ramiona i, jak Harry mógł się domyślać, większość jego ciała. Był bardzo przystojny, ale nawet drobny zarost w pełni nie zamaskował dziecięcych, a nawet dość kobiecych rysów twarzy. Ubrany na czarno, z gitarą w pokrowcu, sprawiał wrażenie niesamowicie intrygującego i tajemniczego, ale coś w jego spojrzeniu nie pozwalało nabrać się na ten image. Coś, co czaiło się w tych szarych oczach, gdzieniegdzie skroplonych odcieniem błękitu.
- Przepraszam, ale… Spieszę się – ciemnowłosy uśmiechnął się, wyraźnie speszony minami chłopaków. Odszedł w pośpiechu, jednak co chwilę oglądał się przez ramię.
- Hej! – zawołał za nim Harry, odzyskując zdolność mowy i logicznego myślenia. Mężczyzna odwrócił się, przystając na rogu. – Przepraszam, że na ciebie wpadłem! – krzyknął, choć na usta cisnęły mu się zupełnie inne słowa. Starał się jednak opanować. „To przecież niemożliwe, Styles.”
- Jest okej – uniósł kciuki w górę, skręcił i zniknął im z pola widzenia.
Harry stał jak słup soli, gapiąc się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widział nieznajomego.
- Tato? Idziemy? – zniecierpliwiony Leo pociągnął go za rękaw.
- Harry? – Niall odchrząknął i kiwnął głową w stronę chodnika. – Musimy iść.
Leo ruszył przodem, a Niall ciągnął Harry’ego ze sobą, próbując zachować jakiekolwiek pozory normalności.
- Takie rzeczy się nie zdarzają. Harry, proszę, nie wariuj.
- Więc jak to wytłumaczysz? – źrenice Harry’ego poszerzyły się dziesięciokrotnie. Nie mógł przerwać odwracania się do tyłu. Najchętniej ruszyłby za tym mężczyzną, nie bacząc na brak racjonalności w jego postępowaniu.
- Podobno istnieje prawdopodobieństwo, że siedem ludzi na ziemi wygląda zupełnie jak ty. Przecież to tylko przypadek.
- Dlaczego ten przypadek wpadł na mnie w parku?! – Harry podniósł głos, przyciągając wzrok swojego syna.
- Tato, nie krzycz – minę chłopca zastąpił grymas przemieszany ze zdziwieniem. Harry rzadko mówił tym tonem.
- Przepraszam – zamknął oczy, dłonią przejeżdżając splątane od wiatru włosy. – Idź, dogonimy cię – wymusił uśmiech, patrząc jak Leo powoli obraca się na pięcie i wskakuje w kolejną kałużę.
- Niall, ty też go widziałeś, prawda? – szukał wsparcia w Irlandczyku, choć nie do końca wiedział, jak mógłby mu pomóc. Nie minęły trzy minuty, a on już ześwirował. Czuł się jak Kapelusznik w „Alicji w Krainie Czarów” – totalny wariat.
- Widziałem i nie mam pojęcia, jak to możliwe. Po prostu chodźmy dalej, Harry. Musimy iść dalej – Styles wiedział, że za tymi słowami czai się drugie dno. „Iść dalej” – nie patrzeć w przeszłość. Nie patrzeć dwanaście lat wstecz.
- On wyglądał jak mój Louis.
- Nie, Harry! Stop! – Niall podszedł bliżej, potrząsając nim. – Nie przesadzaj!
- Kiedy ja nie przesadzam!
- Harry! Idź za Leo, zanim się zgubi, do cholery! – Niall sam był podenerwowany, ale starał się to ukryć. Nie mógł pozwolić Harry’emu na kolejny upadek.
Na wspomnienie chłopca otrząsnął się. Powłóczając nogami, ruszył przed siebie, jednak wciąż bardziej przypominał robota niż cywilizowanego człowieka. Niall jeszcze raz obejrzał się na skrzyżowanie ulic, po czym dołączył do przyjaciela. „To nie jest możliwe.”